Myślę o samotności każdej z osób zranionych przez ludzi Kościoła. O samotności kobiet i mężczyzn ze wspólnoty prowadzonej przez Pawła M., doświadczających najpierw przemocy seksualnej, manipulacji i poniżenia, a następnie lekceważenia i odrzucenia ze strony przełożonych Pawła M. i jego współbraci. Ostatnio za sprawą raportu specjalnie powołanej komisji uzyskaliśmy lepszy wgląd w potworne nadużycia, jakich dopuszczał się dominikanin. Ile raportów jeszcze nie powstało? Ile historii czeka na ujawnienie? Ile osób nadal w samotności musi się zmagać z doznanymi krzywdami?
Unikam słowa „ofiara”. Jest to określenie tożsamościowe, które może się przyczyniać do wtórnej stygmatyzacji, zamknięcia biografii człowieka w tym jednym traumatycznym doświadczeniu. Osoba pokrzywdzona, osoba zraniona – te określenia kryją w sobie możliwość przepracowania trudnego doświadczenia, a zatem nadają jakąś sprawczość.
Często rozmawiam z osobami, które czują się samotne w Kościele. Są pozostawione same sobie w niezgodzie na patologie od lat przyczyniające się do dewastacji katolickiej wspólnoty. Pamiętam te wszystkie ataki ze strony osób sprawujących w Kościele władzę na ludzi, którzy ponad korporacyjną lojalność stawiają uczciwość, prawdę i przyzwoitość. Spotkały się z oskarżaniem o działanie na szkodę Kościoła, niszczenie go czy o złą wolę.
W takich sytuacjach mam ochotę przywoływać słowa drogiego wykształconym duchownym Arystotelesa. W Etyce nikomachejskiejfilozof dystansuje się od swojego mistrza Platona, podkreślając, że bliższa jest mu prawda niż autorytet nauczyciela: „Zdaje się chyba jednak,…