Subskrybuj
Autorka wielu powieści, po które chętnie sięgają włoscy reżyserzy, tacy jak Mario Martone (Obsesyjna miłość) czy Roberto Faenza (Czas porzucenia). Ma na swoim koncie także eseje i opowiadanie dla dzieci Zagubiona lalka (Wydawnictwo Debit 2017)....

Przygodne rozważania

Razi mnie butna małostkowość ludzi, którzy uważają się za istoty wybrane, a antropocentryzm – czy to religijny, czy nie – przepełnia niepokojem. Zamek, w którym się obwarowaliśmy, ogłaszając się dziećmi bożymi, a więc panami Wszechświata, jest moim zdaniem przejawem arogancji.

Publikujemy fragmenty Przygodnych rozważań Eleny Ferrante, które ukażą się w czerwcu bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Sonia Draga


Narodowość językowa

24 lutego 2018 r.

Kocham swój kraj, ale nie odnajduję w sobie żadnego patriotycznego ducha czy narodowej dumy. Na dodatek pizza mi szkodzi, rzadko jadam spaghetti, nie podnoszę głosu, nie wymachuję rękami, nienawidzę mafii i nie wykrzykuję mamma mia. Cechy narodowościowe to zwykłe uproszczenie. Ze stereotypami należy walczyć. Dla mnie bycie Włoszką zawiera się w fakcie, że mówię i piszę po włosku. Komuś może się to wydawać mało, ale zapewniam, że to bardzo wiele. Każdy język jest kompendium historii, geografii, życia materialnego i duchowego, przywar i cnót nie tylko jednostki, która się nim aktualnie posługuje, ale wszystkich innych, którzy nim mówili przez minione stulecia. Słowa, gramatyka, składnia są jak dłuto rzeźbiące w myśli. I nie chodzi mi tylko o tradycję literacką, o tę niezwykłą rafinerię życiowego doświadczenia, aktywną od wieków, o studnię mądrości i technik wyrazu, z której dane mi było czerpać i która mnie ukształtowała. Bo gdy mówię, że jestem Włoszką, ponieważ piszę po włosku, chodzi mi o to, że to jedyna płaszczyzna, na jakiej jestem skłonna przypisać sobie narodowość. Pozostałe mi nie odpowiadają, wręcz mnie przerażają, zwłaszcza gdy przyjmują postać nacjonalizmu, szowinizmu, imperializmu i gdy niegodnie wysługują się językiem – czy to barykadując się za nim i pielęgnując bezproduktywną i zgoła niemożliwą do utrzymania czystość, czy to narzucając swoje poglądy przy użyciu przewagi ekonomicznej i broni. Tak było, tak jest i tak będzie, choć to zło dążące do wyeliminowania różnic, przez co zubaża nas wszystkich. Opowiadam się za narodowością językową jako szansą na dialog, na pokonanie granic i na spojrzenie poza istniejące bariery, zwłaszcza te wynikające z płci. Dlatego za jedynych bohaterów uważam tłumaczki i tłumaczy (zachwyt budzą we mnie ci, którzy dobrze opanowali sztukę tłumaczenia symultanicznego). Kocham zaś w szczególności tych, którzy są również zagorzałymi czytelnikami i promotorami literatury. Dzięki nim włoska tożsamość wyruszyła w świat, by go ubogacić, pozwalając, żeby ten świat wraz z licznymi językami sam ją przenikał i przemieniał. Ci, którzy tłumaczą, wnoszą jedne narody do drugich, jako pierwsi stykają się z odmiennym sposobem widzenia i odczuwania. Nawet ich błędy są świadectwem wysiłku i dobrych chęci. Tłumaczenie to nasz ratunek, wyciąga nas ze studni, do której trafiliśmy przez czysty przypadek, przez sam fakt narodzin. Jestem więc Włoszką, kompletną i dumną. Gdybym jednak mogła, rzuciłabym się w nurt wszystkich języków i przez wszystkie dałabym się ponieść. I nawet Tłumacz Google, choć pełen omyłek, napawa mnie otuchą, gdy patrzę na długą listę języków wyjściowych i docelowych. Możemy stać się kimś więcej niż tym, kim przyszło nam być.

Jedyne prawdziwe imię

7 kwietnia 2018 r.

W Neapolu, w małym kościółku Pio Monte della Misericordia – tam gdzie można podziwiać słynny obraz Caravaggia poświęcony siedmiu czynom miłosierdzia – pośród innych malowideł znajduje się jedno, które mnie fascynuje i które oglądam za każdym razem, gdy nadarza się okazja. To przedstawienie zakonnicy ze złożonymi rękami, zamkniętymi oczami i z malującym się na twarzy uniesieniem. Tabliczka po prawej stronie dzieła informuje, że to Nostra Signora de la Soledad(Nasza Pani Samotna) pędzla żyjącego w XVII w. Anonima. Słowo to bardzo mi się podoba, i to już od wczesnej młodości. Oznacza, że wszystko, czego mogę się dowiedzieć o człowieku, który namalował ten obraz, mam przed oczami. Wspaniała szansa, by w pełni skupić się na samym efekcie twórczego aktu. Nie muszę zawracać sobie głowy nazwiskiem autora, znanym czy mniej znanym. Mam przed sobą jedynie pracę ludzkiej istoty, która dzięki energii i pomysłowości, rezygnując z tysiąca możliwości zainwestowania własnego czasu, zmagając się z kapryśną materią barw, zobrazowała na takiej, a nie innej powierzchni – w obrębie tradycji, w której wyrosła, przy całym swoim zaangażowaniu, odkładając na bok inne potrzeby – osobistą wizję modlącej się kobiety. Im usilniej przyglądam się mniszce,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Moje duchowe miejsce