Kiedy w roku 2015 opublikowałam pierwszy tekst skierowany do szerszego niż środowisko akademickie grona odbiorców, moje życie zawodowe opierało się na dwóch filarach: naukowym i choreoterapeutycznym. Wtedy jeszcze nie sądziłam, że wkrótce będę więcej pisać, niż tańczyć. A debiutowałam właśnie w tym miejscu, na łamach miesięcznika „Znak”, artykułem o terapii tańcem (choreoterapii). Kiedy jeszcze leczenie za pomocą ruchu stanowiło nie tylko moje główne źródło utrzymania, ale i satysfakcji, prowadziłam sesje grupowej i indywidualnej terapii niewerbalnej, szkolenia choreoterapeutyczne, improwizacje ruchowe i „Pogotowie taneczne”. Ale samo doświadczanie efektów terapii tańcem okazało się niewystarczające. Przeprowadzałam więc badania na temat skuteczności stosowanej metody pracy z pacjent(k)ami i prezentowałam wyniki metaanaliz, czyli systematycznego przeglądu badań na temat efektywności terapii tańcem wraz ze statystyczną analizą uzyskanych w nich rezultatów na konferencjach naukowych. Już same te praktyczno-teoretyczne dociekania dawały podstawy, by zaufać choreoterapii. Zwłaszcza jako skutecznej metodzie leczenia depresji i zaburzeń lękowych. Terapia tańcem i ruchem przynosi bowiem najlepsze rezultaty u osób, których problemy psychiczne odzwierciedlone są w ciele lub które doświadczyły traumy dotykającej ciała. Dobrze było wiedzieć i widzieć, jak taniec pomaga.
Mimo pełnego przekonania co do skuteczności terapii tańcem na kilka lat rozstałam się z tą metodą, zarówno jako narzędziem w leczeniu innych, jak i rodzajem samopomocy. Nigdy nie myślałam o tym zaprzestaniu pracy terapeutycznej jako porzuceniu, porażce czy innym rodzaju dającej się łatwo (nad)interpretować reakcji. Tu trzeba było po prostu uwierzyć w okoliczności życiowe.
Ale kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, spontanicznie wróciłam do tańca i jego terapeutycznego zastosowania. Może znów zaczęłam korzystać z choreoterapii, bo bariery językowe nie pozwalały mi wspierać rozmową uchodźców wojennych potrzebujących pomocy psychologicznej?
A może, mieszkając w kraju przyfrontowym, sama właśnie w ciele, w gestach, w ruchach najmocniej poczułam coś, czego nie miałam czuć, a co odezwało się jako wyraz traumy międzypokoleniowej? To nie tak, że od razu całkowicie zarzuciłam werbalne sposoby rozumienia: psychoanalizę i pisanie, ale im bardziej oswajałam się z wojną za pomocą słów, tym bardziej przeciążałam ciało. Ile tekstów powstanie o tej wojnie, a ile choreografii? – to pytanie od początku wojny w Ukrainie cisnęło mi się na usta. I jeszcze: czy dzieci, dla których werbalizacja uczuć jest zwykle mniej dostępna niż uwalnianie emocji za pomocą ruchu, mogą teraz tańczyć?
Mój trzyletni syn mówi o „dzieciach z Krainy”, a ja bardzo lubię tę jego pomyłkę ucinającą „u”, od którego zaczyna się to, co niesie wojna: „uciekanie”, „ukrywanie”, „umieranie”. („Tak, synku, to są dzieci z Krainy. Będziemy z nimi tańczyć”). To był mój pierwszy pomysł. Wrócić do terapii tańcem. Jednak stosunkowo szybko moja praca choreoterapeutyczna w tym obszarze została zastąpiona działaniami ukraińskich terapeutów i tancerzy, którzy lepiej reagowali na potrzeby swoich współobywateli. O moim doświadczeniu interwencyjnym na tym polu nie potrafię jeszcze pisać. Ale chciałabym opowiedzieć o szerszym zjawisku, o innym cierpieniu na poziomie ciała, które ujawniła wojna. Chodzi o międzypokoleniowy przekaz traumy i…