Subskrybuj
Mark Zuckerberg awatar metawersum
Pisarz, publicysta, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki. Autor powieści Jetlag (2014), God Hates Poland (2015) i Hello World (2017) oraz non-fiction Wszyscy jesteśmy cyborgami. Jak internet zmienił Polskę (2019). W 2021 ukaże się jego książka...

W bańkach rozdzieleni

Media społecznościowe są odbiciem prawdziwego świata. Krzywym i czarnym zwierciadłem, lupą i teleskopem. Wyciągają z nas to, co ludzkie, i to, co obce.

„To wszystko wina dystopijnych sf” – takim sarkastycznym powiedzonkiem pisarz Bruce Sterling, jeden z ojców cyberpunka, od kilku lat komentuje doniesienia z mrocznej przyszłości, w której żyjemy. Lubimy wyciągać różne rodzynki – co przewidział Lem? przed czym przestrzegali futurolodzy? – które się sprawdziły, jednak tak naprawdę nikt nie przewidział czasów, w których żyjemy: fantastyka służy wyrażaniu i ekstrapolowaniu współczesnych lęków.

W filmie Blade Runner 2049 (z 2017 r.) replikant KD6-3.7 poddany jest testowi stabilności. Nie jest człowiekiem, tylko czymś pomiędzy klonem a robotem, przedziwną, wykonaną w fabryce istotą. Replikanci to niemaszyny, ale też nieludzie. Przeprowadzający test dręczy nieszczęsnego K. pytaniami nawiązującymi do fragmentu poematu Blady ogień Nabokova. „System komórek, zrastających się w komórki”. „Zrastających”. „System”. „W komórki” – odpowiada niewzruszony K., chociaż egzaminator co chwilę próbuje wytrącić go z równowagi. „Czy odczuwasz przyjemność z bycia częścią systemu?”

„System” – odpowiada po prostu K.

Egzaminator testujący K. jest niewidzialny, skryty za umocowaną na ścianie białą kamerką i skanerem. Co za kontrast ze sceną przesłuchiwania replikanta Leona w oryginalnym Blade Runnerze, prequelu z 1982 r., gdzie test na człowieczeństwo przeprowadzał arcyludzki detektyw palący papierosa. Ciemny, zadymiony pokoik w wieżowcu gigantycznej korporacji; gdy tu dochodzi do przemocy, jest ona bliska, fizyczna, realna. Długo nie mogliśmy zrozumieć, jaką krzywdę można wyrządzić przez internet, jak wygląda przemoc, która nie jest bezpośrednia ani fizyczna. Bladzi chłopcy z Krzemowej Doliny zaprojektowali dla nas cybernetyczne place zabaw, w których mieliśmy miło spędzać czas, lecz zamiast tego sprowadzili palący i niszczący ogień. Nadal nie możemy rozmawiać o tym, jak bardzo zmieniła nas sieć, jeśli nie uświadomimy sobie, jak naprawdę wygląda przemoc w niej zadawana.

Czy ja odczuwam przyjemność z bycia częścią systemu? Oto jest pytanie dnia, roku, dekady.

W tej grze zginiesz naprawdę

Matrixie (1999 r.) sióstr Wachowskich ludzkość jest trzymana w gnostyckim więzieniu komputerowej symulacji. Tytułowy Matrix, cyfrowy świat, z początku przypomina naszą szarą rzeczywistość („naszą”, czyli klasy średniej udręczonej w korpopracy), w którą wchodzą bohaterowie obdarzeni nadludzkimi mocami. Wtedy Matrix zamienia się w grę komputerową, która tym się różni od tych znanych z domowych konsoli, że jeśli się w niej zginie, to zginie się naprawdę (Matrix został zresztą przerobiony na kilka gier wideo, a bohaterem czwartej części filmowej serii, Matrix Zmartwychwstania, jest programista z San Francisco, autor… nagradzanej serii gier Matrix).

W scenie otwierającej film oddział specjalny policji SWAT szturmuje budynek, aby pojmać hakerkę Trinity. Sekwencja uderzająco przypomina realne prześladowanie, jakim jest swatting. Polega ono na sprowokowaniu policji, żeby zrobiła nalot na ofiarę – wysyła się fikcyjne zgłoszenie morderstwa, porwania czy podnosi alarm bombowy. W 2017 r. w Wichita w stanie Kansas doszło przy takiej okazji do wypadku śmiertelnego. Policja dostała wezwanie – młody mężczyzna poinformował, że właśnie zabił ojca, a resztę rodziny przetrzymuje jako zakładników. Służby porządkowe przyjechały pod wskazany adres i zastrzeliły człowieka. Jak się okazało, nie miał on nic wspólnego ze sprawą – stał się ofiarą sprzeczki dwóch graczy w popularną grę online. Jeden nasłał na drugiego policję przy pomocy recydywisty Tylera Barrisa, tylko dysponował niewłaściwym adresem. Gracz został za to skazany na 15 miesięcy pozbawienia wolności, a Barris na 20 lat więzienia. Od grania w gry, jak się okazuje, można zginąć.

Piątego sierpnia 2022 r. do drzwi Clary Sorretti, mieszkanki Londynu przebywającej w kanadyjskim Ontario, zapukała policja. Kobieta została aresztowana, a jej komputer, a także smartfony jej i jej chłopaka skonfiskowane. Stało się tak z powodu e-maili z pogróżkami, które otrzymali miejscowi politycy. Wysłały je podszywające się pod Sorretti trolle z forum Kiwi Farms, skupiającego ludzi, których główną rozrywką jest prześladowanie innych. Kto im przeszkadza? Kobiety, aktywiści i mniejszości, głównie LGBT. Trolle nękały np. rodzinę transpłciowego dziecka, które w styczniu 2017 r. pojawiło się na rewolucyjnej okładce amerykańskiego „National Geographic”. Clara Sorretti to streamerka i komentatorka polityczna, zajmująca się m.in. walką z transfobią (sama jest transkobietą). W opublikowanym w serwisie YouTube oświadczeniu przyznała, że swatting został poprzedzony trwającym kilka miesięcy prześladowaniem w internecie i poza nim. Zbiegło się to z niedawną eskalacją prawicowych kampanii wymierzonych przeciwko LGBT+ (ich echa docierają również do Polski), szczególnie osobom trans. Liczba ustaw wymierzonych w mniejszości seksualne i płciowe (m.in. usuwanie tematów LGBT+ ze szkół, wykluczanie osób trans z zajęć sportowych, zezwolenie na dyskryminację przez organizacje religijne czy utrudnianie dostępu do opieki medycznej) dramatycznie się zwiększyła – od 41 w 2018 r. po 238 w samym pierwszym kwartale 2022 r. Każdy stan wprowadził co najmniej jeden taki przepis. Kiedy Sorretti opowiadała o tym w serwisie streamerskim Twitch, jej konto zostało zablokowane za „nieodpowiednie treści”, oczywiście na skutek zgłoszeń hejterów. Twierdziła też, że zwracała się nawet o pomoc policji. Nie dość, że jej nie uzyskała, to – koniec końców – została potraktowana jak terrorystka.

###banner###

W wywiadzie dla NewsMax 24 sierpnia 2022 r. reprezentantka stanu Georgia Marjorie Taylor Greene stwierdziła, że padła dwukrotnie ofiarą swattingu ze strony użytkownika wspomnianego forum Kiwi Farms. „Ta witryna musi zostać usunięta. Nie powinno być żadnych firm ani żadnych usług, które pozwalają [hejterom] namierzać wrogów” – mówiła polityczka. Forum już wcześniej zwracało na siebie uwagę – w marcu 2019 r., po ataku terrorystycznym na meczet w Christchurch w Nowej Zelandii, jej władze zablokowały dostęp do strony z powodu publikacji nagrań i manifestu napastnika, prawicowego trolla internetowego. Ale dopiero teraz udało się przekonać firmę Cloudflare, żeby skreśliła Kiwi Farms z listy swoich klientów. Firma odpowiada za zabezpieczenie stron przed nadmiernym ruchem – bez jej osłony witryny po prostu padają z przeładowania. To samo stało się z Kiwi Farms, które pozbawione tarczy, zostały zmuszone zejść do podziemia, najpierw na rosyjskie serwery, a potem do tzw. darknetu – części sieci, do której dostęp zwykłych użytkowników jest praktycznie uniemożliwiony.Gdy piszę te słowa, wojna z „farmerami” została wygrana, właściciel strony opublikował oświadczenie, że ją zamyka. Stracił też dostęp do usług Google. Na razie.

Dekada zamętu

Nie każdy jest aktywistką, która nadepnęła komuś na odcisk, ani piwnicznym trollem, który postanawia kupić sobie karabin i wyjść z nim na ulicę. Zwykłych ludzi te sensacyjne historie rodem z technothrillera w ogóle nie dotyczą, lecz internet krzywdzi ich w sposób zupełnie inny. Media społecznościowe zmieniły świat na gorsze. Okazało się, że przy ich pomocy można manipulować wyborcami, wywoływać moralną panikę, sterować opinią publiczną czy szczuć na mniejszości. I co najstraszniejsze, w powielaniu propagandy uczestniczą sami użytkownicy.

A przecież miało być tak pięknie. Blade obudowy pecetów miały niczym prometejski ogień nieść między ludzi wiedzę i poznanie. Widziałem ostatnio tiktoka, w którym dziennikarz pyta zwolennika Trumpa: „Czy Hilary Clinton powinna być sądzona za zdradę stanu, jeśli ukradła tajne dokumenty?”. „Oczywiście!” – odpowiada trumpista. „A gdyby Trump zrobił coś takiego, też powinien być sądzony?” Konsternacja, krótka chwila, i: „Nie. To co innego. Trump jest patriotą”. W eseju Why the Past 10 Years of American Life Have Been Uniquely Stupid (Dlaczego ostatnia dekada amerykańskiego życia była wyjątkowo głupia) Jonathan Haidt używa metafory wieży Babel, żeby zrozumieć, skąd się biorą takie odpowiedzi. Dlaczego „coś nagle poszło strasznie nie tak. Jesteśmy zdezorientowani, nie potrafimy mówić tym samym językiem ani rozpoznać tej samej prawdy. Jesteśmy odcięci od siebie i od przeszłości”. Tak jak budowniczowie biblijnej wieży zostali ukarani za swoją pychę pomieszaniem języków, tak podzieleni stali się Amerykanie, żyjący jakby w dwóch różnych państwach, z różnymi historiami i konstytucją. Haidt te pęknięcia i polaryzację dostrzega nie tylko między wyborcami demokratów i republikanów, ale w obrębie lewicy i w obrębie prawicy, na uniwersytetach, w firmach, instytucjach, a nawet w rodzinach.

Skąd ta cezura ostatnich 10 lat? Bo właśnie dekadę temu przeżywaliśmy szczyt technooptymizmu. Facebook i Twitter miały stać się narzędziami demokratycznych przemian – Zachód patrzył z nadzieją na Arabską Wiosnę, nazywaną wręcz „twitterową rewolucją”. Rozpowszechniły się smartfony i aplikacja Tłumacz Google. „Można powiedzieć, że w 2011 r. ludzkość odbudowała wieżę Babel” – konkluduje Haidt. Media społecznościowe miały się jednak odmienić. Dwa narzędzia – facebookowy „like” (polubienie) i twitterowy „retweet” (skopiowany przez Facebooka jako „share”, udostępnienie), które służyły wyrażaniu poparcia i prostemu podawaniu dalej treści, uczyniły z użytkowników części wielkiej nadawczej maszyny, która sprawiła, że powstały rozchodzące się „wirusowo” internetowe sławy. Z dnia na dzień można było zostać gwiazdą albo wrogiem publicznym, którego za mniejsze i większe występki atakował „twitterowy motłoch”.

Można spytać, czy w tej zmianie było cokolwiek nowego. Treści już wcześniej wirusowo krążyły w sieci, mechanizm „podaj dalej” wbudowany jest przecież w pocztę elektroniczną, którą podróżowały pierwsze memy. Idea łańcuszka jest zresztą starsza niż komunikacja cyfrowa. Cóż, różnica jest taka jak między tweetem, a e-mailem. Elektroniczna poczta – przynajmniej z początku – bardzo przypominała swoją analogową formę; w czasach regulowanego przez ceny połączeń telefonicznych dostępu do sieci podobne były nawet jej rytuały. Łączenie się, pobieranie, spokojna lektura. Czas na odpisanie i wysłanie, tyle że bez potrzeby pójścia na pocztę, zaklejania koperty, lizania znaczka. Te stare obyczaje żyją jeszcze w przestrzeniach starszych użytkowników, w ruinach blogosfery. Blogowanie było skomplikowanym procesem, wymagało komputera, edytora, często grzebania w kodzie. Tweeta wystarczy wklepać. Łatwo coś chlapnąć, napisać po pijaku, impulsywnie. Jedna myśl i leć, mały ptaszku. Tak samo – jednym klikiem – można było powielić treść. Bez czytania, bez sprawdzenia, bez myślenia, wystarczy sensacyjny nagłówek.

Cyfrowy kapitalizm

Wyrok na to, czym ma być internet, zapadł znacznie wcześniej, gdy na początku XXI w. pękła internetowa bańka. Odbyło się to po cichu, oczy świata zwrócone były na płonące wieże World Trade Center i szykującą się „wojnę z terroryzmem”. Tymczasem z sieci znikały kolejne witryny, sztucznie nadmuchiwane biznesy internetowe z końca XX w., które okazały się workiem bez dna. Wśród firm dotkniętych giełdowym załamaniem znalazła się między innymi firma Pets.com z San Francisco, która zajmowała się sprzedażą detaliczną akcesoriów dla zwierząt domowych. Zasłynęła gigantyczną akcją marketingową, w skład której weszło uczestnictwo w słynnej nowojorskiej paradzie w Święto Dziękczynienia w 1999 r. czy kosztująca 1,2 mln dolarów emisja reklamy w czasie Super Bowl rok później. Po debiucie giełdowym w lutym 2000 r….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co nam dają algorytmy?