To najbardziej dojrzałe i przepełnione empatią dzieło w karierze tego filmowego ironisty i krytyka rozczarowanego kondycją społeczno-polityczną swojej ojczyzny. I choć Moretti – niczym Filip Mosz z Amatora Krzysztofa Kieślowskiego – wielokrotnie kierował obiektyw kamery „na siebie” (jako aktor, scenarzysta, reżyser i producent), to właśnie w Pokoju syna ten akt refleksji nad własną duszą wybrzmiewa najszczerzej. Sam autor wyznał w jednym z wywiadów: „W moich wcześniejszych filmach dużo krzyczałem, jednak dopiero wraz z tym filmem dorosłem do tego, aby słuchać”.
Śmierć Andrei (Giuseppe Sanfelice) jest nagła, przypadkowa. Każdy w rodzinie radzi sobie inaczej z tym, co się stało. Doświadczenie wspólnej traumy potrafi zjednoczyć, ale w Pokoju synaspotykamy się z odwrotną sytuacją – ból nie łączy, lecz dzieli bliskich sobie ludzi. Ludzi, którzy konfrontują się z tym, że ich wcześniejsze, niby to spokojne i udane życie było tylko mrzonką. W obliczu tak ogromnej straty dotychczasowe rozumowania tracą na znaczeniu, a umysł odchodzi od zmysłów. Jak pogodzić się z tym, że pokój syna na zawsze pozostanie pusty? Giovanni (Nanni Moretti) nieustannie się zadręcza – gdyby zamiast odbyć wizytę z pacjentem pojechał z synem na wspólne zajęcia nurkowania (jak to zresztą było przez nich początkowo zaplanowane), istnieje spore prawdopodobieństwo, że Andrea nadal…