Subskrybuj
Szef działu Opinie w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, współautor czterech książek o współczesnej Ukrainie i Białorusi, m.in. (wraz z Arletą Bojke) Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki (2021)

Zawsze przychodzi wiosna

Zadaniem kolonii karnej jest złamanie człowieka – przez bicie albo presję psychiczną. 10 lat będzie w niej przebywać Aleś Bialacki, obrońca praw człowieka i laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

Iryna Abdukieryna, Aleh Abdułajeu, Hanna Abłab, Andrej Abrazcou… 1520 więźniów politycznych – tylu obywateli Białorusi według obliczeń nielegalnej w świetle tamtejszego prawa organizacji Wiosna przebywa w aresztach, więzieniach i obozach. Wśród nich jest wielu znanych nie tylko w kraju liderów opinii publicznej – polityków, dziennikarzy, działaczy, a także obrońców praw człowieka. W tym Aleś Bialacki, 60-letni założyciel Wiosny, ubiegłoroczny noblista, który ze względu na życiorys jest personifikacją najnowszej historii Białorusi.

„Ostatnia wiosna Wiosny” – ogłaszała gazeta „SB Biełaruś Siegodnia”, oficjalny organ administracji rządzącego Białorusią nieprzerwanie od 1994 r. Alaksandra Łukaszenki, gdy 3 marca sędzia Maryna Zapasnik wydała w Mińsku wyroki na kierowników organizacji. Bialacki po niemal dwóch latach spędzonych w areszcie dostał 10 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, o dwa mniej, niż żądał prokurator Alaksandr Karol, oraz 185 tys. rubli (240 tys. zł) kary finansowej. Zarzucono mu kontrabandę oraz finansowanie działań grupowych rażąco naruszających porządek publiczny.

Propaganda, na bieżąco opisująca proces, obrzucając Bialackiego obraźliwymi określeniami w rodzaju „klaun” czy „pajac”, nie przejmowała się sprzecznościami. Zgodnie z jej relacjami Bialacki miał finansować z zachodnich grantów działalność wywrotową, a jednocześnie defraudować napływające pieniądze bez wiedzy kolegów. Trudno znaleźć zarzut, który do tego stopnia nie pasowałby do osobowości lidera Wiosny. Ubrany w nieodłączną dżinsową kurtkę, nigdy nie był znany z przywiązania do wartości materialnych. W 2012 r. zrzekł się pieniędzy z jednej z zachodnich nagród, prosząc, by zamiast tego przeznaczyć je na wsparcie którejś z organizacji zajmujących się obroną praw człowieka.

Wkrótce po wyroku Bialacki trafił do kolonii karnej numer dziewięć w Horkach w obwodzie mohylewskim. „Dziewiątka” cieszy się złą sławą wśród białoruskich więźniów. Obóz położony na terenie dawnej cegielni, tuż pod rosyjską granicą, jest przeznaczony przede wszystkim dla recydywistów z poważnymi wyrokami. Administrację dobrano pod kątem klienteli. Białorusini mówią, że szczególnie łatwo trafić tam do izolatki albo zostać pozbawionym praw przysługujących więźniom, ponieważ klawisze szczególnie skrupulatnie odnotowują wszelkie rzeczywiste i rzekome naruszenia regulaminu.

Gdy piszę te słowa, rodzina Bialackiego od 26 dni nie wie, co się z nim dzieje, a to w warunkach białoruskich zwykle oznacza karną izolatkę.

 

Warunek ekstremalny

Naruszenia mogą być najzupełniej banalne: niedokładne posłanie koi albo niedopięcie guzika.

– Zadaniem tej kolonii jest złamanie człowieka – tłumaczył Deutsche Welle były więzień „dziewiątki”, działacz opozycji Alaksiej Milukou. Przy czym przemoc stosowana wobec opozycjonistów nie zawsze polega na torturach, choć i takie przypadki się zdarzają, a w wielu zakładach penitencjarnych istnieją „preschaty”, pomieszczenia przeznaczone specjalnie do bicia więźniów. O tym, jak wyglądają warunki odsiadki, opowiadał mi swego czasu Mikałaj Statkiewicz, były (i obecny) więzień polityczny, kandydat na prezydenta w 2010 r.

– Kolonia przypomina wojsko. Minus jest taki, że dookoła ciebie jest mnóstwo donosicieli pracujących dla administracji. Zeki [pochodzące od rosyjskiego słowa „zakluczonnyj” określenie więźnia – przyp. aut.] żyją w koszarach, których wyposażenie jest dokładnie takie samo jak w armii. Jest wielkie pomieszczenie sypialne, na jednym oddziale śpi około 80–90 zeków. W niektórych koloniach dzielą ich na osobne komory po 15–20 osób, ale ja do takiej nie trafiłem. Są łaźnia, przebieralnia, suszarnia, przechowalnia, w której można trzymać w torbach swoje rzeczy. Jest pokój wypoczynkowy z telewizorem. Koszary są otoczone metalowym płotem z drutem kolczastym na szczycie – mówił w rozmowie opublikowanej w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.

Regularną praktyką jest presja psychiczna. W pobliżu więźniów politycznych umieszczani są donosiciele albo szczególnie brutalni kryminaliści. – Wrzucili mi do celi chłopaka, który długo wydawał się normalny. Niegłupi, lubił sport. W pewnym momencie przyznał, że był członkiem grupy Pauliczenki – opowiadał. Pułkownik Dzmitryj Pauliczenka dowodził szwadronem śmierci, który w 1999 i 2000 r. zabił czterech opozycjonistów. – Ja tych zamordowanych znałem… – zakończył myśl Statkiewicz.

Razem z Bialackim skazano jego trzech kolegów z Wiosny. Wiceszef organizacji, a zarazem wiceprzewodniczący Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka Walancin Stefanowicz ma odsiedzieć dziewięć lat, a Uładzimir Łabkowicz, zajmujący się w Wiośnie projektem „Obrońcy praw człowieka na rzecz wolnych wyborów”, siedem lat. Dzmitryj Sałaujou zdołał zawczasu wyjechać z Białorusi, więc sędzia Zapasnik wymierzyła mu ośmioletnią karę zaocznie. Łabkowicz trafił do Szkłowa – to o tej kolonii opowiadał mi Statkiewicz. Stefanowicz siedzi w obozie na przedmieściach Mohylewa.

Wszystkich czterech doskonale zna każdy, kto interesuje się Białorusią. Stefanowicz przy okazji każdych wyborów koordynował pracę obserwatorów. Niezależnie od politycznej sinusoidy naprzemiennych odwilży i represji aparat wyborczych manipulacji z każdym rokiem pracował wydajniej, a raporty ogłaszane przez Stefanowicza brzmiały coraz bardziej pesymistycznie. Dbała o to Lidyja Jarmoszyna, wieloletnia szefowa państwowej komisji wyborczej, która na zasłużoną z punktu widzenia Łukaszenki emeryturę odeszła po jego kolejnej, najbardziej krwawej reelekcji z sierpnia 2020 r.

Specjaliści i wolontariusze nie nadążali z rejestrowaniem naruszeń. W czasie kampanii prezydenckich, parlamentarnych i referendalnych Wiosna uzupełniała tradycyjny monitoring represji o przyglądanie się z bliska procesowi wyborczemu. Przed sierpniem 2020 r. współpracujący m.in. z Bialackim prawnicy zorganizowali szkolenie dla dziennikarzy, w którym brał udział autor tych słów. Co robić w razie zatrzymania, co mieć przy sobie podczas relacjonowania protestów, jak się zachowywać w kontaktach z milicją i KGB, jak odpowiadać na ich pytania i jak reagować na prowokacje.

Nikt się jednak nie spodziewał, że uderzenie władz w protest przeciwko odebraniu zwycięstwa Swiatłanie Cichanouskiej będzie tak mocne. Wkrótce wszyscy się przekonali, że rady były skrojone na zupełnie inne czasy. Tym razem dziennikarze, którzy mieli największego pecha, musieli się liczyć z brutalnymi pobiciami w więźniarkach i aresztach, deportacjami, a w najgorszym razie z zarzutami karnymi i wieloletnimi karami więzienia pod tak absurdalnymi zarzutami, jak: wzniecanie nienawiści i wzywanie do działań na szkodę Białorusi (to zarzuty postawione Andrzejowi Poczobutowi z „Gazety Wyborczej”), koordynacja zamieszek czy – to przypadek znakomitej dziennikarki Biełsatu Kaciaryny Andrejewej – zdrada stanu.

 

Lawina wyroków

Wiosna nie jest jedyną grupą obrońców praw człowieka, w którą uderzył reżim. Sąd Najwyższy zlikwidował Białoruski Komitet Helsiński, którego pierwszym szefem był legendarny pisarz Wasil Bykau. Komitet miał zapłacić dwóm osobom za udział w obserwacji wyborów. Nasta Łojka, założycielka organizacji Human Constanta, w październiku 2022 r. trafiła do aresztu pod zarzutem działań rażąco naruszających porządek publiczny oraz wzniecania nienawiści. Propaganda poszła jeszcze dalej i oskarżyła 34-latkę o to, że pod płaszczykiem organizacji pozarządowej stworzyła siatkę szpiegów pracującą w interesach Zachodu. Human Constanta pomagała więźniom, ale także interesowała się Czeczenami próbującymi w 2016 r. przekroczyć granicę z Polską przez przejście w Terespolu, którym polska Straż Graniczna wbrew przepisom uniemożliwiała złożenie wniosków azylowych.

Łojka czeka na proces w mińskim areszcie przy ul. Akrescina. Jest pozbawiona opieki medycznej i paczek z zewnątrz. Skarży się na nieludzkie traktowanie, w tym wystawianie na zewnątrz bez wierzchniej odzieży, co pewnego razu przypłaciła wielotygodniową chorobą. Działaczka padła też ofiarą rozpowszechnionej praktyki, zapożyczonej przez Łukaszenkę od czeczeńskiego przywódcy Ramzana Kadyrowa. Dyktatury uczą się od siebie nawzajem. Nagrano ją na wideo, jak składa samokrytykę i przyznaje się do niektórych zarzucanych jej czynów, co potem opublikowano w internecie. Nie wiadomo do końca, jak powstało to konkretne nagranie, lecz z historii innych zatrzymanych wiadomo, że aby zmusić do wystąpienia przed kamerą, bywa stosowana przemoc.

Zebranie pełnej statystyki represji na Białorusi jest dziś niemożliwe. Nie tylko ze względu na prześladowania samych obrońców praw człowieka, ale i skalę działań bezpieki. Aktywiści nie są w stanie odnotować każdego procesu politycznego. O niektórych nie chcą informować same ofiary, bojąc się, że znalezienie się na listach więźniów politycznych może ich drogo kosztować.

Stąd liczbę 1520 więźniów, którą podaje Wiosna zgodnie ze stanem na 23 maja, należy traktować czysto orientacyjnie. Realne dane są najprawdopodobniej kilka razy wyższe. Nawet niskie szacunki wskazują jednak na rekord.

Nigdy wcześniej Łukaszenka nie wtrącił do więzień aż tylu przeciwników. Żeby znaleźć podobnie szerokie represje, trzeba by się cofnąć do czasów Stalina. Różnica polega na tym, że białoruski reżim swoich przeciwników nie rozstrzeliwuje, choć kodeks karny został specjalnie znowelizowany i na taką okoliczność. Liczba kilkuset zatrzymanych po wyborczej nocy 2010 r. wywoływała u moich rozmówców z kręgu obrońców praw człowieka skojarzenia ze stalinowską czystką 1937 r. Masowe prześladowania rozpoczęte dekadę później rozsadziły skalę. Białoruski reżim przeszedł czerwoną linię między – jak by to ujął rosyjski ekonomista Siergiej Gurijew – dyktaturą spinu, w której represje są punktowe i raczej ukrywane, do dyktatury strachu, w której prześladowań się nie ukrywa, bo ludzie mają się bać, a nie tylko dawać sobą manipulować. Od sierpnia 2020 r. Łukaszenka opiera swoją władzę już tylko na nagiej sile – własnych instytucji i tej wynikającej z bezpośredniego wsparcia Rosji. Gdyby nie to, Mińsk najpewniej nie zostałby w lutym 2022 r. współagresorem i nie udostępniłby swojego terytorium rosyjskim wojskom w ich nieudanym marszu na Kijów. W tym sensie atak na Ukrainę jest ściśle powiązany z tym, co się stało na Białorusi po ostatnich wyborach prezydenckich. Władze zdecydowały się nawet na uderzenie w adwokatów reprezentujących oskarżonych w procesach politycznych. Niezależna „Nasza Niwa” podała, że po sierpniu 2020 r. z rejestru adwokatów wyrejestrowało się 300 prawników, a kolejnych 100 zostało pod różnymi pretekstami pozbawionych licencji. Wobec 11 wszczęto postępowania karne. W kwietniu sędzia Tacciana Falkouska skazała na 10 lat kolonii Alaksandra Danilewicza za wzywanie do działań szkodzących bezpieczeństwu narodowemu i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie