Subskrybuj
Dr nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego UJ CM. W 2020 r. opublikował książkę pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. Zajmuje się też popularyzacją badań...

Dlaczego przestaliśmy wierzyć w bogaczy?

Długo sądziliśmy, że ludzi zamożnych muszą wyróżniać inteligencja i pracowitość. Dziś coraz częściej widzimy w nich niekompetentnych bufonów.

Niedawny finał popularnego serialu Sukcesja opowiadającego o brutalnej walce o władzę w rodzinie medialnego magnata zbiegł się z szeregiem głośnych wydarzeń, które wyraźnie zwróciły uwagę na świat bogaczy. I o ile zainteresowanie elitami społecznymi – arystokracją, miliarderami, życiem pełnym przepychu – nie jest niczym nowym, o tyle wydaje się, że dokonuje się właśnie ważny zwrot w społecznym odbiorze bogactwa.

Przez całe dekady dominującą narracją w mediach informacyjnych i publicystyce (nie jedyną, ale przemożną) była ta kapitalistyczno-merytokratyczna. Głosiła ona, że bogactwo jest świadectwem zasługi – większej przedsiębiorczości, geniuszu, pracowitości, bo te cechy niechybnie nagradzane są na wolnym rynku. Przekonywała też, że nawet gdy ktoś odziedziczył bogactwo, to bez talentu i pracowitości nie będzie w stanie go utrzymać. Dekretowała – w swojej holistycznej logice – że jeśli bogacze / geniusze są źli, podli, tyrańscy, niszczą ludziom życie, oczywiście jest to bardzo smutne, jednak stanowi drobny negatywny efekt uboczny dobrej większej całości. Może nawet pewne antyspołeczne cechy są nierozerwalnie związane z ich geniuszem. W końcu tak działa „kreatywna destrukcja”. Przecież innowacja to łamanie zasad.

Tymczasem implozja batyskafu „Titan” firmy OceanGate była właśnie dowodem na to, jak łamanie ugruntowanych zasad bezpieczeństwa – do czego przyznawał się dyrektor firmy i uczestnik nieszczęsnej wyprawy Stockton Rush – jest „innowacją”, która zabija. To samo z historią Elizabeth Holmes, której szumnie zapowiadane innowacje w technologii badań medycznych (maszyna, która miała przeprowadzać szybkie badania na podstawie kilku kropel krwi pobranych z palca) – wpisujące się w popularną ideę girl boss, czyli ambitnej, bezwzględnej szefowej – okazały się dla pacjentów niebezpiecznym oszustwem. Nie inaczej jest w przypadku Sama Bankmana Frieda – do niedawna wychwalanego twórcy giełdy kryptowalut, który dał się poznać jako oszust niemający pojęcia, co robi.

A już najlepszym przykładem są ostatnie porażki supergeniusza Elona Muska, który do tej pory uchodził za żywe wcielenie ikonicznej postaci popkultury, Tony’ego Starka – Iron Mana. Chaotyczne, skrajnie nieprofesjonalne i niweczące markę działania wokół Twittera to tylko czubek góry lodowej. Bardziej uważnym obserwatorom życia korporacyjnego nie umknęło, że Musk nie jest wcale twórcą PayPala ani „założycielem” Tesli. W rzeczywistości wszystkie tytuły zagwarantował sobie dzięki biegłości w najbrudniejszej polityce korporacyjnej: swoistymi zamachom stanu w radach nadzorczych i wymuszaniu zapisu o „założycielu” w statutach firm.

Ostatnio zaczęto mówić nawet o „klątwie okładek Forbesa”. To czasopismo biznesowe od lat publikuje listę top „trzydziestu przed trzydziestką” najbardziej obiecujących młodych w świecie biznesu, nauki, mediów i polityki. Spośród przedstawicieli biznesu, których umieszczono na tej liście, coraz więcej osób zostało skazanych za różnego rodzaju poważne przestępstwa finansowe. Wśród nich znalazł się „najbardziej znienawidzony człowiek Ameryki” Martin Shkreli, który jako szef firmy farmaceutycznej wykupił patent na istotny lek przedłużający życie osobom chorym na AIDS i podniósł cenę za pigułkę z 13 dolarów do… 750 dolarów.

Wszyscy ci geniusze-milionerzy co rusz dowodzą, że w rzeczywistości są niekompetentnymi bufonami, którzy w życiu zaszli daleko przede wszystkim dzięki rodzinnym pieniądzom, kontaktom i – co istotniejsze – szokującej dozie zachowań antyspołecznych.

Warto w tym miejscu dodać, że fabuła serialu Sukcesja inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami z życia Ruperta Murdocha, magnata medialnego kontrolującego m.in. Fox News, „The Wall Street Journal” i „New York Post”.

Te i mnóstwo innych skandali, afer, oszustw i katastrof zadaje kłam teoriom o inherentnym geniuszu elit i stanowi kompromitację ideologii „innowacyjności” oraz kultu „kreatywnych destruktorów” właściwego szczególnie dla Doliny Krzemowej oraz dla późnego kapitalizmu w ogóle. I to, że coraz wyraźniej widzimy te rzeczy w doniesieniach medialnych, jest pewną nowością. W kulturze masowej – vide słynny Wall Street z Michaelem Douglasem – mieliśmy mnóstwo milionerów złoczyńców, sadystów, psychopatów i okrutników. Lecz bardzo rzadko docierało do nas tyle bufonady i niekompetencji bogaczy.

Akademik Mungera

W dyskusji nad (nie)sprawiedliwością nierówności społeczno-ekonomicznych istotny jest zwłaszcza jeden argument, powtarzany przez myślicieli takich jak Jordan Peterson np. w jego wystąpieniach dla liderów z Doliny Krzemowej. Sprowadza się on do tezy, że kumulacja bogactwa u tak wąskiej grupy elit jest pożyteczna, bo sprawia, że najwięcej zasobów trafi do najlepszych (najbardziej utalentowanych i pracowitych), czyli do tych, którzy najlepiej te zasoby spożytkują.

Ta teza w znacznej mierze opiera się na założeniu, że bogactwo jest w kapitalistycznej merytokracji symptomem bycia wybitnym. Lecz zdejmuje górny limit z poziomu zamożności, bo zakłada też, że im ktoś więcej skumuluje, tym więcej „dobra dla ludzkości” będzie w stanie uczynić: czy to przez swoje przedsięwzięcia biznesowe, czy też w drodze dobroczynności. Na kompletną dekonstrukcję tej tezy można poświęcić całe arkusze wydawnicze, ale jest jeden przykład, który chyba najlepiej uprzytamnia niebezpieczeństwa takiego myślenia.

Charles Munger to miliarder i bliski współpracownik Warrena Buffeta (słynnego inwestora giełdowego). Postanowił on zasponsorować akademik publicznego Uniwersytetu Kalifornii (UC) z siedzibą w Santa Barbara. Jest gotów przekazać UC 200 mln dolarów, ale tylko pod warunkiem, że ten akademik zostanie zbudowany według jego własnego projektu.

Problem w tym, że projekt Mungera zakłada stworzenie molocha dla 4,5 tys. studentów, zbudowanego tak, że mieszkania… nie będą miały okien. Światło w nich mają zapewnić tylko lampy udające okna. Naturalne światło będzie dostępne jedynie w przestrzeniach wspólnych – czytelniach, salach gimnastycznych – biurach administracji uczelnianej i pomieszczeniach technicznych.

Skąd taki pomysł? Tak się składa, że Munger jest architektem amatorem i projektowanie to jego hobby. Inspirował się w tym przypadku teorią wziętą z pewnego eksperymentu społecznego z czasów II wojny światowej, polegającego na skoszarowaniu inżynierów w tak urządzonych barakach. Rzecz wynikała raczej z ograniczeń materiałowych sytuacji kryzysowej, lecz ponoć doprowadziła do tego, że niesympatyczne sypialnie prowokowały mieszkańców do przebywania w przestrzeniach wspólnych i do wymieniania się pomysłami.

Pomijając kwestię, czy taka koncepcja to dostateczna podstawa do projektowania akademika (kontekst covidowych lockdownów czyni ją szczególnie koszmarną), UC nie ma wyjścia. Jeśli chce otrzymać 200mln dolarów, musi ten akademik zbudować tak, jak tego chce Munger. I oczywiście można na sprawę patrzeć i z lepszej strony, że w tej sytuacji – dramatycznych niedoborów mieszkaniowych w Kalifornii, szczególnie dla studentów – taki budynek to rozsądny kompromis, do którego akurat studenci mogą szybko przywyknąć.

Rzecz jednak w tym, że ten pomysł w szerszej perspektywie podtrzymuje głębsze problemy systemowe, spychając niektórych ludzi do chowu nieomal klatkowego. Przyzwyczaja nas do świata rodem z filmu Przepraszam, że przeszkadzam (2018), gdzie klasa pracująca dla poprawy bytu może dać się pozamykać w masowych mikroapartamentach czy koszarach i zdać na łaskę biznesmenów innowatorów o autentycznie niecnych planach.

Można jeszcze przekonywać, że przecież to dar od prywatnej osoby przy braku publicznych pieniędzy: „Jak ktoś daje i dzięki niemu nie trzeba wydawać publicznych pieniędzy, to chyba ma prawo decydować, jak ten dar zostanie wykorzystany. Szczególnie, że zasób publiczny na tym nie traci”. Publiczna uczelnia dzięki temu będzie miała więcej na inne cele. Prawda? No niestety. Sytuacja jest bowiem taka, że Munger daje 200 mln na inwestycję, która ma kosztować 1,5 mld. To oznacza, że publiczny uniwersytet musi wysupłać jeszcze 1,3 mld ze swoich zasobów. I musi tyle wydać na realizację projektu, który został całkowicie określony przez kogoś, kto przekazał tylko część potrzebnej kwoty.

Wychodzi ponownie na to, że w amerykańskim, na wskroś oligarchicznym modelu gospodarczym wszyscy – nawet publiczne uczelnie – są na łasce kaprysu najbogatszych. Studenci – zagrożeni bezdomnością i brakiem własnej sypialni – po rękach całują kogoś, kto „da” im do spania choćby komórkę na szczotki. A podatnicy dopłacą po wielekroć więcej do tej fanaberii domorosłego architekta-miliardera, tylko dlatego, że on skumulował te zasoby. No bo to przecież on wie, jak najlepiej spożytkować tę kasę – jego oraz publiczną!

Chyba najbardziej dosadnie skomentował to publicysta Chris Hayes, który zwrócił uwagę, że gdy miliarderzy już luksusowo się urządzą, kończą im się pomysły na wydawanie kasy dla siebie i zaczynają wymyślać dystopijne eksperymenty dla reszty społeczeństwa (dodajmy, że po protestach opinii publicznej projekt akademika Mungera nie został na razie ostatecznie zatwierdzony, a uczelnia planuje rozważenie alternatyw).

Świat z konferencji TED

Ideą, że elity – najbogatsi i najbardziej wpływowi – są najbardziej kompetentną klasą społeczną do zmieniania świata na lepsze, zajął się Anand Giridharadas, amerykański dziennikarz i publicysta. Uczynił to szczególnie w książce z 2018 r. pt. Winners Take All. The Elite Charade of Changing the World (Zwycięzcy biorą wszystko. Szarada elit zmieniających świat).

Autor, sam wykształcony w elitarnych uczelniach, bywalec salonów i osoba przez te salony doceniana, analizuje ideologię, jaka panuje na spotkaniach takich jak konferencje TED (Technologia, Rozrywka i Design). Składają się one z serii kilkunastominutowych wykładów na rozmaite tematy i gromadzą tysiące słuchaczy na żywo i miliony w internecie. Giridharadas zauważa, że dominuje w nich ideologia kultu elit i legitymizacji nierówności polityczno-ekonomicznych. Założeniem bazowym jest przekonanie, że niezależnie od tego, z jakim problemem mamy się mierzyć jako społeczeństwa, to przedstawiciele elity są najbardziej kompetentni, by go rozwiązać. Mimo że nagminnie są to te same elity, które problemy wywołały.

Konferencjom TED, a na pewno ich uczestnikom, przyświecało np. założenie, że problem globalnego ocieplenia niechybnie znajdzie rozwiązanie dzięki nowej technologii wynalezionej przez jakiegoś geniusza. Zdaniem autora w tych kręgach brakowało refleksji nad tym, jak ich własne polityki – pogoń za zyskiem, deregulacja, zmniejszanie podatków dla najbogatszych w imię tzw. teorii skapywania – podważają zasady demokracji i rządów prawa, kładąc podwaliny pod flirtujące z faszyzmem ruchy populistyczne.

Zdaniem Giridharadasa najbardziej widocznym symptomem tej kultury są występy TED Talk, które tworzą system kooptacji najlepszych badaczy – w tym także tych społecznych, formułujących poważną krytykę systemu gospodarczego – do grona łaskawie dopuszczonych do salonu „najwybitniejszych”. Autor zresztą sam należy do tej grupy; podobnie jak np. lewicowi ekonomiści Thomas Piketty i Janis Warufakis. Wyjaśniając swoją i wielu innych sytuację w tym wszystkim, Giridharadas przywołuje koncept kredytów idiosynkrazji (idiosyncrasy credit) – wiele osób przyjmuje, że aby móc przeprowadzić zmianę, trzeba zebrać renomę poszanowania ładu, niejako punkty konformizmu.

Problem z konferencjami TED polega na tym, że aby dopasować się do ich formuły, należy sprowadzać poważne badania dotyczące systemowych problemów do przystępnego, krótkiego przekazu z prostym jednoczynnikowym rozwiązaniem w stylu „magicznego pocisku”.

Ten przekaz indywidualizuje problemy społeczne, orientuje się na poczucie spersonalizowanej empatii i z założenia ma ignorować systemowe, wieloczynnikowe przyczyny. W szczególności pomija to, „kto jest temu winny”, kto zbudował istniejący system i kto na nim korzysta.

Giridharadas podaje przykład badaczki zajmującej się dyskryminacją płciową w miejscu pracy. Na potrzeby swojego wystąpienia na konferencji TED skupiła się na opowiadaniu o technice emancypacji kobiet za pomocą tzw. power posing (czyli pozy emanującej siłą, pozy Wonder Woman, czegoś w duchu maksymy Jordana Petersona – „wyprostuj się, trzymaj głowę wysoko”). Typowym przykładem jej zastosowania jest sytuacja, gdy kandydaci na dane stanowisko zamykają się przed rozmową rekrutacyjną w łazience i ćwiczą podnoszenie rąk. Poza ta ma – przez procesy psychosomatyczne – wygenerować poczucie bycia większym, a tym samym bardziej pewnym siebie, asertywnym, dając lepsze samopoczucie. Tymczasem power posing okazał się tylko kolejnym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie