Subskrybuj
Maria Mach, szefowa Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci wspierającego zdolnych uczniów fot. Bartosz Norek
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Talenty zakopane w szkole

Dzieciom powtarzam: nie wierzcie tym, którzy mówią, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Dbając wyłącznie o siebie, nigdy nie staniecie się odważni, bo odwaga pojawia się w nas tylko wtedy, gdy mierzymy się z własnym strachem.

Drewniana kładka wiaduktu nad torami kolejowymi w Ostrowcu Świętokrzyskim zapewnia daleki widok, aż po lekkie chmury zapełniające skraj horyzontu w sierpniowy wietrzny dzień. Łączy jednak jedynie zamknięty na głucho od lat budynek dworca PKP z niemal wymarłym dworcem PKS, gdzie od dawna nie sprzedają biletów. Niespełna 20 km na południe, w Opatowie, dokąd dociera z Ostrowca jedynie parę razy w ciągu dnia bus prywatnego przewoźnika, stypendyści Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci dyskutują podczas obozu letniego o Edwardzie Abramowskim i Piotrze Kropotkinie. Jak żyje się bez państwa, które kontroluje gospodarkę? Czy spółdzielnie i kooperatywy mogą zastąpić wolny rynek? Większość nastolatków słyszy o anarchistach pierwszy raz w życiu, ale nie brakuje im odwagi w stawianiu hipotez.

Na alejkach przyszkolnego parku rozłożyli się funduszowi akwareliści i rysownicy, pracujący w popołudniowym świetle i obojętni na ideowe zmagania. Wymijając ich rozłożone pod drzewami koce, można dotrzeć do innych uczestników obozu w Opatowie, którzy z kolei wyżej od zawiłości filozofii społecznej cenią przejrzystość komputerowego zapisu analizy chemicznej. W rodzinnym mieście współtwórcy nowoczesnego ruchu chasydzkiego Abrahama Joshui Heschela będą toczyć się dyskusje m.in. o Kohelecie, Matce Joannie od Aniołów, bioelektronice i pochodzeniu życia. W romańskiej kolegiacie św. Marcina o murach barwy „bukietu zwiędłych fiołków”, jak pisał o niej Iwaszkiewicz, którą mieli budować templariusze, dzieci z Funduszu dadzą koncert kameralny. Konrad Żygadło, dawny stypendysta, a obecnie aktor Teatru Ochoty, poprowadzi warsztaty teatralne.

Dzieci czytają Homera

Tekstu najlepiej nauczyć się na pamięć. Pchłę Szachrajkę Brzechwy albo Zemstę Fredry można wtedy rozebrać w głowie na wersy i słowa. Następnie poukładać tak, żeby można je było wypowiadać bez wysiłku, jakby nabierało się powietrza w płuca. Maria Mach – od 2009 r. szefowa Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci – wsiada więc do tramwaju, którym jedzie do jego siedziby na Kampusie Uniwersytetu Warszawskiego na Ochocie, i nim jeszcze motorniczy ruszy, pojawiają się w jej głowie: „Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa…”.

„A dlaczego ma »opiewać« gniew jakaś bogini?” – zapytała „swoje dzieci”, czyli uczestników Warsztatów Muzyki Kameralnej, które Fundusz organizuje od 2015 r. w Europejskim Centrum Muzyki Kameralnej Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Wpatrywało się w nią niemal 20 par oczu młodocianych słuchaczy, którzy przyszli znęceni możliwością przeczytania na głos nieznanej im Iliady i rozmowy na ten temat.

„Może chodzi o to, że czasami potrzebujemy kogoś lub czegoś, kto lepiej od nas opowie to, co czujemy?” – zasugerowała po chwili ciszy skrzypaczka z liceum muzycznego. „Właśnie” – Maria przeszukiwała w głowie dane, by wyłuskać te, które dotyczą jej rozmówczyni. Zauważyła, że kiedy liczba absolwentów Funduszu przekroczyła 8 tys. (latem 2023 było ich już 3 tys. więcej), ma problem z zapamiętaniem informacji na ich temat. Ewidentnie pokonywała ją duża liczba. Lecz nie tym razem, bo twarze z nazwiskami połączyła pierwszego czy drugiego dnia warsztatów.

„Basia powiedziała, że Iliada to dzieło z okresu archaicznego literatury starogreckiej. Z czym wam się kojarzy przymiotnik »archaiczny«?” – zapytała, nawiązując do wygłoszonego wcześniej wykładu Barbary Bibik z filologii klasycznej na UMK w Toruniu. Padły słowa: „niedzisiejszy”, „może trochę nudny”. A potem już poleciało: że skoro „ten Homer” pisze o czymś, co sami znamy, jak może być przestarzały? Jak jest możliwe przeżywanie tego samego, może i tak samo, mimo że wszystko inne ludzi dzieli? Dlaczego tak trudno powiedzieć dokładnie to, co się czuje i myśli, i zostać zrozumianym?

„Szkoła mnie krzywdzi, bo tam nigdy mi nie pokazano, że tak można się uczyć” – to już Maria przeczytała w sprawozdaniu uzdolnionej matematycznie uczennicy, napisanym po kolejnej odsłonie czytania Iliady ze stypendystami.

Niekoniecznie wybitni

– Blisko 40% dzieci w Funduszu pochodzi ze wsi i miasteczek do 20 tys. mieszkańców, takich jak Biłgoraj, Drobin, Łubin Kościelny, Stoczek Łukowski itp. Są i tacy, którzy wysyłają zgłoszenia z miejscowości, gdzie nie ma nic, nawet paczkomatu. Od 1997 r., kiedy rozpoczęłam pracę w Funduszu, czytam rocznie blisko 600 zgłoszeń uczniów (w 2023 przyszło ich jednak blisko 200 więcej). Dowiaduję się więc o nauczycielu, który tak fantastycznie prowadził zajęcia z chemii, że dziecko zarzuciło inne zainteresowania, byle tylko mieć czas na studiowanie kolejnych książek z analizy chemicznej i spędzać czas w pracowni. Albo o szkole, w której jedyne, co nauczyciele mają do zaproponowania dociekliwym uczniom, to pomaganie słabszym. Dodatkowe pytania są traktowane jak zamach na sprawny przebieg lekcji i realizację programu. Bywają szkoły, gdzie nie ma czasu na zajęcia w ramach kółek zainteresowań. I takie, w których kończą się one dawno po odjeździe ostatniego autobusu do wioski, gdzie uczeń mieszka.

Te dzieci na pewno są zdolne, choć niekoniecznie można byłoby o nich powiedzieć, że mają talent w wybitnym nadmiarze. Natomiast każde z nich ma problem. Kogoś interesuje fizyka i lubi rysować, a zadań z algebry rozwiązał już tyle, że nie potrafi znaleźć dostatecznie trudnego ich zbioru. Chętnie by zresztą pogadał o tym, dlaczego z pewnymi dowodami wciąż sobie nie radzi, ale z kim. Dla jego kolegów to jest za trudne. Inne dziecko uczy się gry na instrumencie i godzinami przegląda atlasy ornitologiczne, zastanawiając się, co je bardziej interesuje: skrzypce czy ptaki? A może jeszcze coś innego? Kolejny uczeń powinien koniecznie sprawdzić się w laboratorium, bo mimo że dopiero kończy podstawówkę, ma już odpowiednią po temu wiedzę, ale jak tego dokonać, jeśli mieszka się kilkaset kilometrów od ośrodka akademickiego i nikogo tam się nie zna?

I od tego właśnie jest Fundusz. Od znalezienia laboratorium, zorganizowania warsztatów, zaproszenia na obozy letnie. Dzięki nam dziecko ma zrobić kolejny krok – żeby mogło być lepiej, niż jest. Nie jesteśmy natomiast stajnią talentów, nastawioną na wyłapywanie najlepszych, by pokierować ich rozwojem, a później karierą zawodową. Naszym celem nie jest sukces, nawet jeśli nasi stypendyści – m.in. pianista Piotr Anderszewski, pisarz Jacek Dehnel, skrzypaczka Agata Szymczewska – go odnoszą. By nie wspomnieć o długim szeregu naukowców, którzy pracują w czołowych laboratoriach na świecie i publikują np. w „Nature”. Nam zależy na podtrzymaniu ciekawości naszych dzieci – żeby nie zaprzestały stawiania kolejnych pytań tylko dlatego, że zabraknie im narzędzi do szukania na nie odpowiedzi.

Co mówią brzuchy Szapocznikow?

Maria nie miała z kim porozmawiać, np. o Senece. Była za młoda, by się zorientować, że czytanie dzieła O życiu szczęśliwym rówieśnicy odbiorą jak wyższościową prowokację. Po przeczytaniu pierwszego tomu Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza urządzała mamie debaty na temat problemów bytu, prawdy i czasu podczas sprzątania domu albo lepienia pierogów. W wyobraźni dziewczyny filozofia była wielką szachownicą, na której kolejni myśliciele prowadzą między sobą rozgrywkę, udzielając odpowiedzi na te same pytania. Jeden próbuje uporządkować świat stwierdzeniem, że wszystko jest z ognia. Inny uważa, że wszystko, co istnieje, wyłoniło się z wody. Kolejni widzieli to jeszcze inaczej. Licealnym kolegom z Rzeszowa opowieści Marii wydawały się dziwne, bo co to za myśliciele, którzy nie dostrzegali, że świat jest zróżnicowany?

„Wszystko zależy od tego, jakie stawiali sobie pytanie” – ripostowała, przypominając, że pozornie niemądre odpowiedzi nie unieważniają pytania o podstawową zasadę wspólną wszystkim obserwowanym zjawiskom.

Wiele lat później, proponując naukowcom poprowadzenie wykładu dla dzieci podczas organizowanych przez Fundusz od 2001 r. obozów letnich (nazwała je Wakacyjnym Spotkaniem Wielodyscyplinarnym), będzie ich prosić, żeby opowiedzieli młodocianym słuchaczom o tym, nad czym pracują albo o czym myślą. Na przykład o tym, co mówią brzuchy w rzeźbach Aliny Szapocznikow? Co automatyzacja ma wspólnego z rynkiem pracy, a żeglowanie z fizyką? Dlaczego powinniśmy kupować drogą kawę? Jak komórki nowotworowe oszukują układ odpornościowy? Co skłania ludzi do zła? Czym jest cząsteczka mRNA? Młodzi mają zobaczyć naukę w człowieku, który zadaje pytania, nie kryjąc, że wiele z nich jeszcze długo pozostanie bez odpowiedzi, a z udzielonych żadna nie ma statusu ostatecznej. Zupełnie inaczej niż w szkole, gdzie podręczniki pełne są konkluzji, a odpytywaniem zastąpiono podyktowane poznawczą ciekawością zadawanie pytań.

Maria w drugiej klasie liceum została laureatką ogólnopolskiej olimpiady filozoficznej, po której dyrektor liceum zgłosił ją do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci – stowarzyszenia założonego w 1981 r. przez Ryszarda Rakowskiego, ekonomistę i nauczyciela, oraz Jana Szczepańskiego, socjologa. Organizacja powstała w celu zbierania pieniędzy na zakup aparatury dla szpitali pediatrycznych w kraju ustawicznych braków i kryzysu gospodarczego. Dwa lata później Rakowski przeformułował jej działalność, uruchamiając program wspierania wybitnie zdolnych dzieci. W kwietniu 1989 r. Maria znalazła się w dawnym pałacu Radziwiłłów w Jadwisinie pod Warszawą na obozie wiosennym organizowanym przez Fundusz. Miała wrażenie, że w znakomicie zachowanych wnętrzach i parku – w porównaniu z tym, jak wyglądał świat poza ośrodkiem – jest wszystko. Nawet coca-cola. A poza tym prawie 50 podobnych do niej ludzi, tzn. takich, którzy tak jak ona nie dostrzegali swojej odmienności. Humanistów było dwoje: Jan Klata i ona. Prowadzący omawiał z nimi na zajęciach powieść Wilhelma Macha Góry nad czarnym morzem – awangardową i raczej nieudaną. Nie miało to większego znaczenia, bo istotne były inne dzieci, które tam przyjechały. Inaczej niż w szkole każde chciało rozmawiać i było ciekawe tego, co mają do powiedzenia pozostałe.

Z pokolenia na pokolenie

– Na pierwszym wspólnym spotkaniu wstał pan w garniturze o wyglądzie ekonomisty, bo był lekko łysawy i w okularach. Wyjął z kieszeni marynarki karteczkę złożoną w pół. Kiedy padły pierwsze słowa: „Mam sukienkę w biedronki…”, popatrzyliśmy na siebie niepewnie. Podobnie jak wiele pokoleń funduszowych dzieci później. Ktoś mi opowiadał, że dwóch polskich naukowców w labie na Harvardzie rozpoznało się jako dzieci funduszowe właśnie po znajomości tej frazy. Pochodziła z wiersza pewnej absolwentki naszej organizacji, którą dyrektor Rakowski bardzo cenił. Dziewczyna ostatecznie zarzuciła…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu