Subskrybuj
Iryna, Farangiz, Elena i Elshad – bohaterowie reportażu fot. archiwum autorki
Dziennikarka, publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Przekroju” i „Newsweeku”. Absolwentka polonistyki i Polskiej Szkoły Reportażu. Laureatka Nagrody im. Macieja Płażyńskiego za reportaż o emigracji. Żyje pomiędzy Australią i Podhalem

Wasz język to kosmos 

Lata PRL-u nadały polszczyźnie jednolite brzmienie. Dziś coraz częściej na ulicach słyszymy nasz język ze wschodniosłowiańskim albo azjatyckim akcentem. Kto i po co uczy się polskiego?

Z kraju emigracyjnego, z którego ludzie uciekają, Polska stała się krajem imigracyjnym, do którego przyjeżdżają, szukając lepszego życia.

I tak np., jak podaje Ministerstwo Spraw Zagranicznych, najwięcej wiz wydanych na rok (po których cudzoziemiec musi wnioskować o kartę pobytu) tylko przez osiem pierwszych miesięcy 2023 r. otrzymali obywatele Białorusi (ponad 156 tys.), Ukrainy (ponad 95 tys.), potem Turcji, Indii, Filipin, Nepalu, Kazachstanu, Uzbekistanu, Gruzji, Azerbejdżanu, Rosji, Mołdawii, Bangladeszu, Wietnamu, Chin. Do Polski przybywają licznie uchodźcy wojenni, studenci zagraniczni, niedługo zaczną pojawiać się uchodźcy klimatyczni. A wraz ze wzrostem atrakcyjności naszego kraju rośnie waga naszego języka.

Sercem

Aldona, 49 lat, Kraków, języka polskiego uczy od dwóch lat: – Gdy po 20 latach pracy w korporacji zostałam zwolniona podczas spotkania na Teamsach, dowiedziałam się, że w szkole języka polskiego szukają lektorów. Pokazałam dyplom polonistyki, zobaczyli, że jestem otwarta i komunikatywna, i od razu mnie przyjęli – opowiada. Posada lektorki odmieniła jej życie: przygotowania do interaktywnych zajęć, dojazdy, operowanie głosem przez wiele godzin w taki sposób, żeby uczniowie nie pogubili się, lecz wynieśli z zajęć jak najwięcej, sprawdzanie prac po nocach. Nie pytam o metody ani o zawiłości polskiej gramatyki, którą musi wyjaśniać, tylko o to, jakie problemy z nauką naszego języka mają osoby z różnych stron świata.

– Zrobiłam podyplomową glottodydaktykę [metodykę uczenia języka obcego], gdzie dostałam narzędzia do pracy lektora. Nauczyłam się pływać na głębokiej wodzie: prowadzić ciekawe zajęcia bez używania języków pomocniczych (angielskiego czy rosyjskiego). Wykładający na studiach podyplomowych wyjaśniali też, jak pracować z różnymi nacjami, mówili, że zdobędziemy szacunek Chińczyków, gdy założymy dobre zegarki i drogie ubrania, bo Chińczycy ogromną wagę przywiązują do sukcesów. Natomiast Turcy nie wybaczą lektorce, jeśli nie zapyta, co u nich słychać. Dowiedziałam się, że najszybciej uczą się Włosi i Hiszpanie, bo uwielbiają rozmawiać, nawet z błędami; że wiele entuzjazmu mają Indusi, ale w ogóle się nie uczą; że najpilniejsi są Wietnamczycy; i że metodą tradycyjną 3P (prezentacja, praktyka, produkcja) najchętniej uczą się Słowianie.

Uczę studenta z Libanu, dla którego nasz język to kosmos, jest po politechnice, uczy się polskiego jak matematyki. Wypisuje końcówki w różnych odmianach jak wzory i podstawia pod wyrazy. Mam chłopca z Tadżykistanu, myślę, że jeśli wróci do swojego kraju, ma szanse zostać prezydentem, zawsze biała koszulka, skórzana torba i ogromny szacunek do nauki. Mam kursanta z Wietnamu, zeszyt w kratkę, wszystko równiutko zapisane, połączone linijką. Mam Indusów, zawsze uśmiechnięci, mówią, że uwielbiają polski, jednak nic się nie uczą, tłumaczą, że są zmęczeni, przepracowani. Miałam też Francuza, który pracował w korpo, polskiego uczył się, żeby wyjść na obiad, porozmawiać z Polakami. Niestety, wszystko mu się myliło, ja mówiłam, on kiwał głową, udawał, że rozumie, był bardzo kulturalny, nie przerywał.

Najwięcej mam Słowian wschodnich. Zauważyłam, że zwracają uwagę na mój wygląd, czy mam zrobione paznokcie, włosy, usta. Nie wiem do końca, co o mnie myślą, bo jestem naturalna, nie mam w sobie nic sztucznego. Lubią też ustawianie zasad, ja jestem nauczycielką, oni uczniami, mają konkretne obowiązki, lubią czuć nad sobą „bat”.

Miałam przemiłą kobietę, opowiedziała mi po polsku, jak uciekała z Charkowa, jak tydzień siedzieli w schronie, jak szukali benzyny, błagali kierowcę, żeby zabrał ich do Warszawy. Obie płakałyśmy. Jest w Polsce lekarką, narzeka, że gdy zaczyna mówić, wszyscy wiedzą, że nie jest stąd: „Ja pryjechała rok temu”, opowiada, „No właśnie, pani Daryno, bo pani pryjechała, a nie przyjechała. No i akcent na przedostatnią sylabę, nie na pierwszą!”. Mam panią Olenę, na początku w Polsce sprzątała. Gospodyni mówiła jej: „Odpocznij, odpocznij”, a ona „Ja rucham się, rucham” (po ukraińsku – ruszam się), mąż jej potem powiedział: „Olena, tak się nie mówi! Wiesz co to w Polsce znaczy?”. Mam pana Bohdana, programistę, pracuje w języku angielskim, polskiego się uczy, bo chce poznać kobietę. Ale nie znam przypadków, żeby Polka związała się z Ukraińcem.

Białorusinów uczy się inaczej – twierdzi Aldona – są bardziej zdyscyplinowani, młodzi, zdolni. Bardzo dużo jest na zajęciach z nimi polityki, krytykują reżim Łukaszenki albo opowiadają, jak kupowali w Polsce telewizory i sprzedawali z zyskiem na Białorusi. Są zachwyceni, że odbywają się u nas uliczne demonstracje, że panuje tu taka wolność. Gdy powiedziałam, że w wyborach pewnie PiS przegra i straci władzę, przestraszyli się. „Jak można tak mówić publicznie? I nikt nie doniesie?”

Indusom podoba się polska gościnność i że miasta są czyste – wylicza lektorka – Ukraińcy zachwycają się przestronną Warszawą, transportem publicznym. Ale krytykują polskie jedzenie – tłuste, słabo podane i Polacy źle gotują ryż. Za to wszystkim smakuje żur. Wielu narzeka – Polacy mówią za szybko, za głośno, nie można nas zrozumieć, polski to szelest.

Nie jesteś stąd

Magdalena, 32 lata, Warszawa, w zawodzie lektorki od trzech lat, jest też egzaminatorką: – Kończyłam studia z glottodydaktyki i miałam obawy: „Czy jeśli będę tylko uczyć polskiego, będę miała co jeść?” – śmieje się. – Dlatego przez kilka miesięcy ciągnęłam równocześnie pracę etatową w korpo. Teraz utrzymuję się tylko z lektorstwa i jest całkiem nieźle.

Na początku miałam ogromną tremę. Żeby przełamać lody, zaczęłam z uczniami żartować. Gdy znalazłam w sobie pokłady performerskie, stało się to zabawą, która daje dużo satysfakcji. Zdarzają się sytuacje, kiedy oprócz stand-uperki muszę być psycholożką czy wsparciem administracyjnym. Bo kiedy już nawiążę relację z uczniami, wiem, że będą pytać: „Czy pani wie, gdzie iść, żeby to załatwić?”, „Gdzie znaleźć dentystę dla dzieci?”. Uczę głównie na wysokich poziomach, uczniowie rozumieją dobrze polski, potrafią mówić i są sytuacje, gdy ktoś składa np. dokumenty na studia, a to tyle papierów, nie wiedzą, co robić: „Możesz mi pomóc?”, „Co to znaczy?”, więc pomagam, wyjaśniam.

Często jesteśmy pierwszymi osobami, które tłumaczą im, co się dzieje w kraju. Gdy 4 czerwca przeszedł antyrządowy protest zorganizowany przez Platformę Obywatelską, pytali, dlaczego cała Warszawa stoi. Są niezwykle zainteresowani, zaangażowani, sfrustrowani, że nie wiedzą. Na wyższych poziomach poznają historię Polski, zatem padło pytanie: „Dlaczego Polacy nie lubią Żydów?” – no i nie mogę ich tak zostawić, więc tłumaczę: „Słuchajcie, to jest długa historia…”. Wiele osób ma dzieci w polskich szkołach: „Dlaczego tu uczą na pamięć?”. Często pytają o Kościół: „Dlaczego w szkołach jest tylko ta religia, a nie religie?”. Mówią mi: „Pani jest taka otwarta, a jak jesteśmy w sklepie i mówimy z akcentem, to często ludzie są niemili”, albo ktoś im zwrócił uwagę na złe parkowanie, bo zobaczył zagraniczne tablice. I trzeba powiedzieć, „Słuchajcie, ludzie są różni…”. Pytają, czy coś im się wydaje, czy tak jest naprawdę. Oj, proszę mi wierzyć, muszę odpowiadać dyplomatycznie, bardzo się gimnastykuję, żeby stąd nie pouciekali.

Warunkiem wystąpienia o polskie obywatelstwo – tłumaczy Magda – jest zdany egzamin z języka polskiego, zwany B1 (to trzeci z sześciu poziomów, najniższy to A1, najwyższy C2). Jest on taki sam dla Słowian i uczniów z innych grup językowych. To niesprawiedliwe, bo anglojęzyczni, arabskojęzyczni czy Azjaci muszą włożyć o wiele więcej pracy, uczyć się struktur gramatycznych na pamięć, żeby liznąć poziomu, który Słowianie osiągają, chociażby słuchając polskiego. Egzamin składa się z modułów: mówienia, słuchania, rozumienia tekstów czytanych, gramatyki i pisania. Ci biedni obcokrajowcy muszą napisać charakterystykę postaci albo list formalny, polską grafią. Sprawdzamy więc, czy słowa są poprawne. Muszą osiągnąć 50%, żeby zdać. Zdecydowana większość zdaje, bo gdy ktoś zapisze się na ten państwowy egzamin, to się mocno przygotowuje, niektórym wystarczają trzy miesiące, a innym potrzeba nawet pięć lat.

– Jak widzę przyszłość tego zawodu? – zastanawia się lektorka. – Mamy teraz więcej kursantów na wysokich poziomach, już po egzaminie B1, czyli są to osoby na stałe mieszkające w Polsce, ale nadal zainteresowane nauką. Chcą się pozbyć akcentu, inwestują w siebie, zmieniają się ich potrzeby. Już nie chcą się tylko dogadać, żeby kupić bułki. Polski potrzebny jest do swobodnego życia, żeby nikt nie zwracał im uwagi: „A, ty nie jesteś stąd”. To jest ogromna zmiana i z czasem, myślę, będzie coraz większe zapotrzebowanie na te wysokie poziomy. Jest np. możliwość zrobienia certyfikatu C1, wtedy można studiować w języku polskim, a więc bezpłatnie. Za chwilę będzie boom, ten certyfikat będzie potrzebny, bo wielu obcokrajowców, żeby tu pracować, musi nostryfikować dyplomy.

Polski szumi

Iryna, 44 lata, Koszalin, polskiego uczy od ośmiu lat, prowadzi prywatną szkołę językową: – Przyjechałam do Polski 23 lata temu, z obwodu lwowskiego, najpierw uczyłam angielskiego i niemieckiego. Wtedy w Polsce obcokrajowców było mało, bo były problemy z pracą. Języka polskiego nauczyłam się sama, nie było wtedy żadnych kursów – opowiada płynną polszczyzną. – Po 2014 r. zaczęli pojawiać się Ukraińcy z obwodu donieckiego i ługańskiego, uciekający przed rosyjską agresją. To rosyjskojęzyczni, którym nauczyć się polskiego jest o wiele trudniej niż ukraińskojęzycznym z zachodu. Znałam metodykę nauki języków obcych, po polsku mówiłam już dobrze, zdecydowałam się więc na eksperyment, który okazał się strzałem w dziesiątkę – zaczęłam uczyć polskiego jako języka obcego, potem otworzyłam własną szkołę. Najwięcej kursantów mam z Ukrainy wschodniej, gdzie długo rządziła mentalność radziecka, był przemysł ciężki, ludzie nie musieli się spinać, starać, uczyć języków. Skoro nasz prezydent dopiero w 2017 r. zaczął się uczyć ukraińskiego, to co mają powiedzieć robotnicy, którzy uczą się nie ukraińskiego, lecz polskiego? Miałam dwie starsze kursantki, zrezygnowały po miesiącu, powiedziały, że nie dadzą rady, polski dla nich szumi, wszystko jest według nich bezsensowne, twarde, wolą siedzieć w domu, niż się męczyć. Słowianie uczący się polskiego często mówią mi: „Jestem jak pies, rozumiem wszystko, ale powiedzieć nie umiem”. Do tego dochodzi nasza mentalność, boimy się błędów, ośmieszenia, mamy blokadę. Gdy wybuchła wojna, od rana do wieczora kwaterowałam ludzi, ponad 600 rodzin, wysyłałam busy na granicę, zorganizowałam wraz z lektorami wolontariuszami darmowe kursy języka polskiego dla 350 uchodźców, tłumaczyłam dokumenty. Słuchałam historii o czołgach, schronach, zburzonych domach, dzwonili w środku nocy, babka, matka, dzieci, dzwonili Polacy oferujący pomoc. Byłam wycieńczona. W pewnym momencie mąż zabrał mi telefon, a potem miałam 75 nieodebranych połączeń. Jedna moja studentka pojechała spotkać się z mężem na froncie, stęskniona, wróciła po dwóch tygodniach rozwiedziona. Bardzo się zmienił, robił tylko wyrzuty: „Bo ty w Polsce na pewno kogoś masz”. Albo staje mi przed oczyma babcia, która przyprowadzała do mnie wnuczkę: „Mam 76 lat. Nigdzie nigdy nie byłam, starych drzew się nie przesadza, ja tu umrę, a języka się nie nauczę”. Niepokój wzrasta, gdy obserwuję nastroje antyukraińskie. W zeszłym roku wszystko, co ukraińskie, było modne, ale wiedziałam, że to się skończy, bo Polacy, których dzieci nie będą mogły dostać się do przedszkola, szkoły czy na uniwersytety, zaczną się burzyć. Moi kursanci słyszą czasami: „Polska dla Polaków”, „Ukraińcy wypierdalać”. Jedna nauczycielka historii, klasa siódma, kazała Ukraińcowi, żeby opowiedział kolegom Polakom, jak Ukraińcy mordowali na Wołyniu. Ten chłopiec przyszedł do mnie zdruzgotany: „Co miałem mówić?”. Nie było jeszcze w Koszalinie sytuacji, żeby kogoś pobili, lecz kursanci dorabiający w różnych zakładach rybnych spotykają się z niechęcią. Przypominam im: „Przyjechaliście do cudzego kraju. Nie dyskutujcie, róbcie swoje, a wszystko będzie docenione”. Zapisywałam na kursy kobietę: „A po co mi się uczyć polskiego, skoro ja kible sprzątam?”. Ja na to: „A wiesz, kochana, jak się nauczysz języka, będziesz miała szansę stanąć na kasie, pracować w usługach, w księgowości”. Sama pamiętam, jak tu przyjechałam. Byłam początkującą nauczycielką, słabo mówiłam po polsku, wiele mi wybaczano. Gdy zaczęłam realizować swoje projekty, jeden, drugi, gdy zaczęłam być ponadprzeciętna, nieraz robiono mi pod górkę. Czy dziś Polacy są zazdrośni, że mam szkołę językową? – śmieje się. – Jest takie przysłowie: „Przyjaciół poznaje się w biedzie”, myślę, że bardziej poznaje się, jak reagują na sukcesy. Na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej