Ze spotkań warszawskiego Klubu Gnosis – założonego w 1992 r. przez legendarnego polskiego tłumacza Jerzego Prokopiuka i jego przyjaciół skupionych wokół periodyku o tej samej nazwie – pamiętam głównie błyskające w półmroku pierścienie upstrzone zagadkową symboliką oraz udzielający się od razu nastrój dyskretnej niezwykłości. I jeszcze to zdanie, które do dzisiaj dźwięczy mi w głowie, wypowiedziane przez Prokopiuka 11 marca 2002 r. podczas dyskusji panelowej poświęconej Traktatowi teologicznemu Czesława Miłosza (taką przynajmniej datę podpowiada mi wciąż istniejące w zakamarkach sieci archiwum Klubu). Dyskusji, w której udział wzięli inni stali bywalcy klubowych wydarzeń, a także – nie będzie to żadna przesada, jeśli tak ich nazwę – jego towarzysko-intelektualne filary: Krzysztof Dorosz, Mieczysław Litwiński oraz Światosław Florian Nowicki.
Spóźniłem się wtedy i wprost z ciemnej, zimnej i zaśnieżonej, jak na polski marzec przystało, ul. Elektoralnej wbiegłem do przytulnej sali Mazowieckiego Centrum Kultury, w którym akurat wtedy Klub miał jedną ze swoich tymczasowych przystani. Tak się bowiem składało, że ze wszystkich warszawskich siedzib, po kolei – a trochę ich w historii tej inicjatywy było, m.in. w Muzeum Etnograficznym, w Le Madame, w jakimś dziwnym pomieszczeniu przy Marszałkowskiej, a potem jeszcze w Dziku przy Belwederskiej – klubowiczów prędzej czy później albo przeganiano, albo zamykano przyjazne im podwoje. Pod rozmaitymi administracyjno-logistycznymi pretekstami, z których żaden nawet przez chwilę nie był w klubowym gronie traktowany poważnie, bo przecież wszyscy rozumieli doskonale, że są to najzwyklejsze represje. Motywowane, a jakże, światopoglądowo. Wiadomo, w opresyjnym katolickim państwie nie może być miejsca na herezje – powtarzano, popatrując na siebie i znacząco kiwając przy tym głowami. Nie bez pewnej dumy, bo ostatecznie taka skala prześladowań dowodziła wyłącznie wysokiej klasy prześladowanego. W każdym razie tamtego marcowego dnia, spóźniony, wbiegłem do sali przy Elektoralnej, zasiadłem obok jakiejś nobliwej miłośniczki wiedzy tajemnej i chyba właśnie wtedy usłyszałem to zdanie, które dotąd dźwięczy mi w głowie.
„Jak wiemy z wiedzy ezoterycznej, przez Ziemię przebiegają eteryczne pasy”.
Wiedza niedostępna dla tłumu
Zdanie to wypowiedziane zostało z tak absolutną pewnością, że nie powstydziłby się jej chyba nawet sam Kartezjusz, ten ojciec (niejedyny) nowoczesności, co i rusz obwiniany, także w Klubie Gnosis, o wszelkie możliwe jej wady i zaślepienia. Promotor obiektywizmu, dla którego, paradoksalnie, subiektywnie doświadczana klarowność i oczywistość były ważnymi kryteriami prawdy (o istnieniu już nawet nie wspominając).
Zaraz po tym zdaniu nastąpiła elegancka, iskrząca się erudycją i dowcipem tyrada, w której, powołując się głównie na dzieła Rudolfa Steinera, zmarłego w 1926 r. twórcy antropozofii – i jakichś jego uczniów – Prokopiuk wywodził, że jeden z takich „eterycznych pasów” przenika przez historyczne terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego. I stąd tam właśnie, by tak rzec, obfity wysyp wieszczów. Z pozoru tylko – w świetle tych ustaleń – zaskakujący. Czy raczej: zaskakujący wyłącznie dla kogoś, kto w swoich rachubach literaturoznawczych nie bierze pod uwagę kluczowej roli czynnika eterycznego. Przy czym chodzi tu o wieszczów wykazujących inklinacje ku religii, mistyce, ale i – co w klubowym kontekście najważniejsze – naukom tajemnym. I tak, w perspektywie teorii „eterycznych pasów” – ogłaszanej, jak wspomniałem, niczym samonarzucająca się oczywistość – losy Mickiewicza i Miłosza, a także innych urodzonych w tej okolicy artystów, myślicieli i polityków traciły natychmiast wszelką meandryczność. Przeciwnie, stawały się zupełnie naturalne, zrozumiałe i – można powiedzieć – aż nadto logiczne, aż nadto jasne i proste. Oczywiście, żeby tę logikę, jasność i prostotę odpowiednio uchwycić, żeby dostrzec, jak sprawnie z eterycznego tła zarządza ona ich życiowymi trajektoriami, trzeba dysponować wiedzą, do której dostępu nie dają ani szkoły powszechne, ani studia polonistyczne, ani w ogóle żadne inne oficjalne edukacje. Daje do niej natomiast dostęp m.in., uczestnictwo w tym akurat gronie wybrańców, którzy z jakichś (zapewne nieprzypadkowych) powodów znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie.
Wiedza ezoteryczna, jak sama nazwa wskazuje, jest bowiem właśnie ezoteryczna, esôterikós (gr. „należąca do wewnętrznego kręgu”), z samej zatem definicji zamknięta dla tłumu.
W takim to sensie używano tego przymiotnika w epoce późnej starożytności, kiedy po raz pierwszy pojawił się w obiegu. W przeciwieństwie do tego, co „egzoteryczne” – a więc dostępne dla każdego, dla wszystkich, otwarcie – „ezoteryczne” pozwala się poznać wyłącznie małej grupie. Dlatego na bezowocnych poszukiwaniach takiej wiedzy można czasem spędzić całe życie. Po prostu, jeśli się nie ma ku temu odpowiednich predyspozycji, droga nie zostanie odnaleziona. Jak głosi stara (ezoteryczna) maksyma – mistrz (czytaj: dostęp) pojawia się wtedy, kiedy uczeń jest gotowy. Nie sposób odszukać go na siłę, bez odpowiednich przygotowań i dyspozycji.
Tymczasem w marcu 2002 niewątpliwie znaleźli doń drogę ci, których osobiste, „eteryczne” uwarunkowania przywiodły na Elektoralną w Warszawie. Tam, gdzie biło źródło ukrytej prawdy. Jej arkana – zarówno podczas owego spotkania, jak i podczas wielu innych, w których brałem udział, publicznych i prywatnych – wykładał Prokopiuk zawsze z tą samą niezachwianą pewnością w głosie. Tak jakby, rekonstruując najdziwniejsze dywagacje Rudolfa Steinera na temat powlekającego ponoć wszystko eteru – widocznego tylko dla oka, które umie przekroczyć banał konwencjonalnej percepcji – opisywał budowę jakiegoś organizmu umieszczonego pod supernowoczesnym mikroskopem.
W kole wcieleń
Podobnie zresztą brzmiał, rozprawiając o reinkarnacji, jednym ze swoich ulubionych tematów. W ruch szły wtedy jego charakterystyczne smukłe dłonie z zagadkowymi pierścieniami (to właśnie one tak błyskały na Elektoralnej). Jeden pierścień z zielonym kamieniem szlachetnym. Drugi z czerwonym krzyżem na białym tle, podarowany na znak szacunku oraz honorowego członkostwa przez dwóch współczesnych przedstawicieli zakonu templariuszy (tak, tak!). Trzeci: pierścień Atlantów, do nabycia w sklepiku wysyłkowym czasopisma „Nieznany Świat” albo na pierwszym lepszym ezostraganie. Te trzy pierścienie podążały posłusznie za żywo gestykulującymi dłońmi, przenikliwe spojrzenie szklanego oka świdrowało rozmówcę, drugie oko zaś, ruchome dla odmiany jakby nadmiarowo, zdawało się pląsać w rytm rozwijanej opowieści. Nieodmiennie barwnej, błyskotliwej i – naturalnie – rzucającej nowe, niesamowite światło na splątane koleje ludzkiego losu.
Mowa była najczęściej o przygotowywaniu się – stopniowym, niespiesznym, lecz metodycznym – do kolejnego wcielenia. O tym, co się dokładnie z człowiekiem po śmierci dzieje, krok po kroku, sekunda po sekundzie.
O tym, jak rozdzielona z materialną powłoką dusza pokonuje kolejne etapy procesu oczyszczania się z wpływów świata fizycznego, przechodząc przez siedem pośmiertnych „regionów”. Są to, odpowiednio: region ognia żądz, płynącej pobudliwości, pragnień, przyjemności i przykrości, światła dusznego, aktywnej siły dusznej oraz życia dusznego. A kiedy już je wszystkie przejdzie, wówczas, hop, przeskakuje zwinnie do następnego wcielenia. Żyje w nim, żyje i żyje, aż wreszcie umiera, a proces oczyszczania rozpoczyna się od nowa. I tak w koło. Aż do niesprecyzowanego końca, który ponoć kiedyś rzeczywiście nastąpi – jak już wszystkie zadania i wtajemniczenia zostaną w duchowym rejestrze „odhaczone”.
Ale z pewnością jeszcze nie teraz. I w ogóle nie w jakimkolwiek widocznym horyzoncie. Zwłaszcza że procesy, o których tu mowa, nie są regulowane jedynie prawidłami indywidualnej karmy – czyli, najkrócej rzecz ujmując, energii uczynków z danego wcielenia, która za nami przez kołowrót wcieleń wędruje – ale i karmy zbiorowej: narodowej, kontynentalnej, wreszcie globalnej. To zatem, kim jesteśmy oraz co się w naszym życiu wydarza, jest dopiero wypadkową tych wszystkich wibracji.
I zawsze ta pewność w głosie, śmiałe przekonanie o własnej racji. Jakaś w sumie, mówiąc szczerze, podprogowa apodyktyczność, która kompletnie nie korelowała z hasłami wolności, herezji i antydogmatyzmu (z wyjątkiem dogmatyzmu antykatolickiego, ma się rozumieć). Do tego – zupełnie egzotyczne teorie, niepoparte niczym poza przypisywaną sobie przez Steinera zdolnością jasnowidzenia. Traktowane przez Prokopiuka z pełną powagą, której nigdy nie byłem w stanie zrozumieć. No bo proszę tylko posłuchać fragmentu z jego Labiryntów herezji: „Steiner, badając astralną kronikę kosmosu (akaša), stwierdził, że istniało dwóch Jezusów. Konstatację tę potwierdza fakt, że w Ewangeliach przytacza się dwie różne genealogie Jezusa (u Mateusza i u Łukasza) (…). Rodzice obu nosili imiona Józef i Maria. (…) Po pobycie obu w świątyni w Jeruzalem – w wieku 12 lat – Jezus »Mateuszowy « umiera, po śmierci jednak duchowo łączy się z Jezusem »Łukaszowym«. Również w części umierają rodzice obu, podczas gdy pozostali łączą się w nowym małżeństwie. Jezus »Mateuszowy« był reinkarnowanym Zaratusztrą (…) Jezus »Łukaszowy« był »tą cząstką Adama, która nie uległa upadkowi«”.
To wszystko deklamowane bez mrugnięcia okiem (tym ruchomym, bo nieruchome nie mrugało nigdy), z fundamentalnym przeświadczeniem, że tak się właśnie sprawy mają. A przecież cała bogata tradycja hermeneutyki biblijnej, jak również – choć to w tym kontekście zabrzmi ryzykownie – najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiadają, że mamy do czynienia z jawną blagą. Oraz pozbawioną polotu dosłownością: skoro genealogie u Mateusza i Łukasza się różnią, zatem Jezusów było tak naprawdę dwóch, no ale jeśli finalnie był jeden, to drugi musiał umrzeć, umarło im też po jednym rodzicu z każdej strony. Plus Zaratusztra w pakiecie z „cząstką Adama”.
Upodobanie do pstrokacizny
Cokolwiek by jednak mówić o Steinerze – w młodości obiecującym filozofie, znawcy twórczości Goethego i Nietzschego, który w pewnym momencie zafascynował się teozofią i został jasnowidzącym z własnego nadania – jedno trzeba mu uczciwie przyznać. To jego monstrualnych rozmiarów dzieło (ponad 6 tys. wykładów) stało się podstawą prężnie się rozwijającego ruchu antropozoficznego, obejmującego m.in. szkolnictwo waldorfskie, biodynamiczne rolnictwo, kosmetyki Dr. Hauschka, firmy kosmetyczno-farmaceutyczne Wala i Weleda, alternatywną medycynę, architekturę, myśl społeczną, dietetykę, a nawet… bankowość. Jest to mimo wszystko jakoś imponujące i roztacza niewątpliwy urok (kto nie wierzy, niech poszuka w sieci nagrań z ujmująco wystylizowanym na Steinera antropozofem Bodo von Plato). Wprawdzie jest to urok typowy raczej dla ekscentrycznej, przy tym dość konserwatywnej ciotki, organizującej herbaciane rozmówki o duchach, aniżeli dla jakichś ekscytujących magiczno-ezoterycznych transgresji – ale zawsze. W każdym razie, chociaż książki i wykłady Steinera pełne są XIX-wiecznych przesądów, konfabulacji i niestworzonej kombinatoryki, a na dodatek napisane zostały językiem wyjątkowo, proszę wybaczyć, drętwym – jest to autor należący już do klasyki, mający w historii niekwestionowane miejsce. Jakkolwiek by więc śmiesznie i dziwacznie dziś brzmiał, wolno, jeśli ktoś lubi, traktować go serio. Prokopiuk tymczasem, oprócz gigantycznej erudycji oraz słabości do antropozofii, miał również zagadkowe upodobanie do myślowej i nie tylko myślowej pstrokacizny. By nie powiedzieć mocniej: tandety. Przykładem ten nieszczęsny „pierścień Atlantów”, z żadnymi „Atlantami”, naturalnie, niemający…