Pierwszy domek dla owadów Bożena Wola postawiła w pobliżu kaskady wodnej zbudowanej przez Tomasza – jej męża i proboszcza parafii św. Jana w Pile – z płyt, którymi utwardzono teren podczas wznoszenia kościoła. Był to pierwszy zbór ewangelicko-augsburski w mieście od 1945 r., choć luteranie są tam obecni od XVI w. Kościół konsekrowano w 2011 r., betonowe płyty wykorzystano ponownie. Latem kaskada jest wodopojem dla ptaków, łasic i myszy, bo w Pile, mimo obecności jezior i płynącej przez miasto Gwdy, potrafi być sucho i pyliście. Zimą, zarośnięta irgą, staje się zielonym gąszczem, na którym od razu zahacza się wzrok zmęczony widokiem zeschłych traw i kwietnych łodyg ściętych na brązowo przez mróz.
„Domki dla zapylaczy to etap przejściowy do stanu, kiedy ludzie na powrót się przekonają, że nieskoszony trawnik jest ładny” – wyjaśnia Bożena, prezeska Fundacji Pszczoła, ustawiając na oknie blaszki na ciasto, w których wysiała na kiełki rzodkiewkę i rzeżuchę. Wymieniając witaminy z niemal wszystkich grup, a potem żelazo, wapń, magnez, potas, cynk i błonnik, których źródłem staną się za kilkanaście dni okienne uprawy, przeskakuje z opowieścią do widocznego z wysokiego okna luterańskiej fary domku dla owadów. Powstał dzięki współpracy fundacji ze sklepem pewnej sieci handlowej, a zbudowała go z dziećmi jej klientów.
„Jak myślicie, kto to jest zapylacz?” – zapytała prezeska.
„Ktoś, kto zapyla, to znaczy szybko biega albo lata?” – padła niepewnie jedna z odpowiedzi.
„Racja, trzeba biegać albo latać, żeby przenosić między kwiatami pyłek przyklejony do skrzydeł lub odwłoka”.
Zabezpieczając siatką szyszki i trociny na piętrach owadziego domku, powiedziała, że zwierzęta, bo nie tylko owady, dotykając kwiatów, zapylają je mimochodem. Przecinając pod kątem łodygę trzciny, zdradziła, że te nic nieznaczące dla owadów czynności są warunkiem przetrwania roślin oraz człowieka. Czyli gdyby nie pyłek, którym pobrudzi się „futerko” pszczoły…
„Znacie pszczoły z ula, które robią miód?” – upewnia się na wszelki wypadek. Na szczęście znają. Włoski na odwłoku, potocznie nazywane „futerkiem”, też każdy kojarzy. Tłumacząc, że optymalna średnica trzcinowej rurki albo otworów wywierconych w kawałku drewna wynosi 8 mm (w węższe owady nie wejdą, a szersze są niebezpieczne, bo mogą się w nich stać ofiarą większego drapieżnika), wylicza, czego by zabrakło, gdyby na Ziemi wymarły owady zapylające. Żegnamy się z owocami. Nawet poczciwe jabłko pojawiłoby się na drzewie dopiero, gdy osobiście przenieślibyśmy pędzelkiem pyłek z jednego kwiatu na drugi. Adios, pomidory. Bye, bye, migdały, ogórki, a nawet ziemniaki czy szpinak. Każda roślina, która potrzebuje do rozmnożenia się zapylonych przez zwierzęta kwiatów, z jakich powstają zawiązki owoców i ziaren, stałaby się dobrem luksusowym. Niemal 90% roślin kwiatowych wymaga właśnie zapylaczy: mrówek, bzyków, os, trzmieli, pająków, motyli, szerszeni, nawet żab i ślimaków. Prawie 1/3 z nich to pszczoły – miodne i dzikie.
Kiedy objaśnia, że trzcinowa rurka stanie się domem dla pszczoły tylko wówczas, gdy zostanie zamknięta z jednej strony ścianką, przypomina, że na świecie żyje niemal 20 tys. gatunków pszczół. W Polsce blisko 470 gatunków – tyle, ile ptaków. I tak jak one potrafią założyć gniazdo wszędzie: w ziemi, opuszczonych dziuplach, butwiejącym drzewie, w gąszczu martwych łodyg. To pszczolinki i samotki, które wyglądają, jakby założyły białą maskę na głowę. Porobnice i rożyce. Ścieski, lepiarki i obrotki. I jeszcze smukliki i wałczatki. Pachnące pszczoły nazywane koczownicami. Wreszcie znane nawet owadzim ignorantom murarki, które jeśli nawiercić im otwory, chętnie osiedlają się w drewnie z drzewa liściastego, najlepiej owocowego. Spośród pszczelich gatunków jedynie trzy dają miód. W tym Apis mellifera.
Owad z ziemi niczyjej
– Czyli pszczoła miodna, którą traktuję niczym haczyk na wędce dla złowienia ludzkiej uwagi. Owad znany wszystkim. Widoczny od wczesnej wiosny, jak tylko temperatura powietrza przekroczy 12°C, do października. Pszczoła miodna budzi tylko dobre skojarzenia, bo jest pracowita, zapyla rośliny, a więc umożliwia życie wszystkim gatunkom, które pojawiły się na Ziemi później niż ona. I jeszcze wytwarza miód! Opowiadam więc o niej np. na warsztatach, które prowadzę dla dzieci, aby przejść do tych części przyrody, które wydają się nieatrakcyjne i nieważne. Bo kto chce słuchać o znaczeniu suchych traw dla przyrody? Albo o związku między koszeniem trawników i brakiem wody. Kto przyjąłby na wiarę, że w trosce o przyrodę wcale nie trzeba kupować w supermarketach domków dla owadów? Bo nie trzeba. Po pierwsze, można je zrobić samemu, rozkładając w ogrodzie kawałki drewna z otworami wywierconymi wiertłem. Po drugie, owadom wystarczyłoby wydzielanie w ogrodzie ziemi niczyjej, której nie dotykałby szpadel ani kosiarka, żeby poradziły sobie same. Tyle że nam podobają się angielskie trawniki, a nie kępa badyli pozostawionych w ogrodzie na zimę.
Domki dla zapylaczy są dla mnie symboliczne w zmianie naszego patrzenia na środowisko.
Uwrażliwiają na świat ożywiony, którego jesteśmy częścią. Nie najważniejszą, ale równie ważną jak inne. Zwracają uwagę, że wszystkie owady, nie tylko pszczoły, są pożyteczne i potrzebne. Domek dla owadów, postawiony w kącie ogrodu, ładnie wygląda i daje poczucie, że zrobiło się coś dobrego dla przyrody. Rozumiem to. To samo można osiągnąć, oddając część ogrodu przyrodzie. Żeby jednak się na to odważyć, bez zadręczania się wyrzutami sumienia, że robimy z ogrodu nieużytek, trzeba przejść przez wiele etapów.
Pierzga na czas zimowli
Na surowych, gładkich deskach można się położyć, bo długość pomieszczenia do relaksacyjnej apiterapii odpowiada wysokości dorosłego człowieka. A potem wystarczy zamknąć oczy i słuchać pszczelego brzęczenia wydobywającego się spod podłogi, w której zamontowano głębokie szuflady. W każdej mieszka rój. Pod koniec stycznia powinno tam być ciszej, ale że temperatura powietrza zbliża się do 10°C, pszczoły zachowują się tak, jakby poza szufladą była już wiosna. Można więc słuchać i myśleć.
30 dni potrzebuje pszczoła na wytworzenie 1/12 łyżeczki miodu. Potem umiera. Jej życie trwa więc tyle, ile cykl miesięczny kobiety.
Jeżeli pszczoła przychodzi na świat w sierpniu, pracuje mniej, bo brakuje kwitnących roślin, a nektar pozostałych wysycha na upale. Dzięki temu nieprzepracowana robotnica jest w stanie przeżyć zimowlę, by wyruszyć do pracy w marcu.
Osiem godzin na dobę – to nas, pszczołę i człowieka, łączy: długość snu. Apis mellifera potrzebuje na regenerację dokładnie tyle czasu, ile homo sapiens, mimo że pszczoła pojawiła się na Ziemi ok. 100 mln lat temu, a człowiek żyje na niej zaledwie 300 tys. lat.
Sens – w pszczelim roju nie ma pustych przelotów ani pracy cięższej, niż powinna, z powodu np. nieprzemyślanej logistyki. Robotnice układają więc zapasy miodu i pierzgi do karmienia młodych w taki sposób, by droga do ich pobrania była najkrótsza. Nieżywe towarzyszki są od razu zabierane i wynoszone daleko od ula. Podobnie trutnie, gdy przestają być potrzebne. Pszczoły uczą się całe życie, dlatego z wiekiem i wzrostem doświadczenia awansują w hierarchii: najpierw karmią larwy i mniejsze pszczoły, potem zostają strażniczkami, na końcu robotnicami zbierającymi nektar.
Natężenie monotonnego brzęczenia nie słabnie, jakby w ogrodzie społecznym Fundacji Pszczoła, gdzie stoi domek apiterapii i ule, zakwitły wszystkie kwiaty. Tymczasem wszystko jest w takim stanie, jaki pozostawiono w październiku. Drewniane klocki zaznaczają miejsca, skąd wykopano przed mrozem byliny dalii. Szeleszczą zeschnięte jak słoma trawy, a koszyczki przekwitłej hortensji dzielnie odpierają chłodne podmuchy. Wydaje się, że kilkuna- stostopniowy mróz sprzed dwóch tygodni nie zabił życia jedynie w zielono- fioletowym jarmużu. Bożena Wola zrywa kawałek kapuścianego liścia („jarmuż to przecież złoża witaminy K!”) i przez gęste krople zimowego deszczu („lubię moknąć”) kieruje się w stronę Narnii.
Ziemia obdarta ze skóry
– Dzieciom mówię podczas warsztatów: „Idziemy kopać złoto”. I zabieram je do kompostowników, ulokowanych w Narnii, czyli za płotem ogrodu. Odgarniam grabiami wierzchnią warstwę przegniłych łodyg i liści, by im pokazać, ile tam jest życia: owadów użyźniających i spulchniających ziemię, na które niewielu zwraca uwagę. Ludzie sprzątają ogrody przed zimą, nie zważając na to, że w trosce o porządek likwidują schronienia przed mrozem dla wielu owadzich gatunków. I dla jeży też.
„Porządki robi się na wiosnę” – instruuję moich małoletnich słuchaczy, licząc na to, że przekażą to rodzicom. Jak inaczej zbudować świadomość? Jeszcze niedawno szczytem marzeń był goły trawnik. Teraz coraz więcej osób tęsknie spogląda na łąkę usianą kwiatami. Ilu zdecyduje się jej nie skosić, gdy przekwitnie? Przecież tam wciąż jest życie. Ziemia wygrabiona do czysta, niemal obdarta ze skóry, ma być ładniejsza od brązów i szarości. Projektantka naszego ogrodu Agnieszka Hubeny-Żukowska napisała kiedyś przewrotnie, że „kocha brąz” w ogrodzie, bo kojarzy jej się ze spokojnym przemijaniem, ale też z czekoladą, pachnącą kawą, kubkiem gorącej herbaty z cynamonem.
Przyroda poradzi sobie bez nas, ale my bez niej – na pewno nie.
Dzisiaj wiedzą to już chyba wszyscy, jednak i tak lubię o tym głośno mówić. A nuż ktoś jeszcze nie usłyszał i ma złudzenia? A może wydaje mu się, że jesteśmy na Ziemi niezbędni? Nasze fundacyjne hasło: „Pomagamy pszczołom”, tak naprawdę oznacza, że mamy pomóc samym sobie. Jeżeli wspólnie – nie tylko jako państwa, lecz też mniejsze społeczności, lokalne czy choćby przyjacielskie – zmienimy nawyki, może uda nam się siebie ocalić.
Zrzutka na ule
„Widziałaś jesienią sowy w naszym ogrodzie?” – z rozmyślań o końcu świata wyrywa Bożenę pytanie Stasia Bartczaka, budowlańca na emeryturze, który w ogrodzie fundacji potrafi zrobić wszystko. Skopie grządki, skręci drewnianą altanę, pomaluje płot, zasadzi, wykopie, zaopatrzy. Po raz pierwszy pojawił się w ogrodzie z Iwoną, swoją żoną, latem 2020 r., kiedy zawiązana dwa lata wcześniej Fundacja Pszczoła ogłosiła, że na terenie Nadnoteckiego Instytutu, założonego w Pile przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, powstaje ogród społeczny. Poza nimi, w odpowiedzi na zaproszenie fundacji, przyszło z 80 osób w różnym wieku, ze szpadlami i grabiami.
Historia ogrodu nie rozpoczęłaby się jednak, gdyby kilka miesięcy wcześniej Bożena nie zadała Pawłowi Owsiannemu, biologowi i szefowi instytutu, z którym zetknęła się parę razy podczas nurkowania (ich wspólnej pasji), jednego pytania: „Co ty na to, żeby założyć pszczelą pasiekę w mieście?”. Paweł miał w głowie centrum edukacyjne, jakie widział przy Uniwersytecie Stanowym w Kolorado, którym taki ogród mógłby się stać. Ogród, rzecz jasna, naturalistyczny, czyli taki, który żyje cały rok.
„Ogród na terenie kampusu, ale otwarty, by każdy mógł tam wejść” – rozmarzył się Paweł, pokazując Bożenie z okna gabinetu kawałek łąki pod zagajnikiem, gdzie miałby powstać. Po założeniu ogrodu Bożenie udało…