Subskrybuj
Pisarka, dziennikarka, reportażystka, popularyzatorka antropologii mody. Autorka m.in. reportaży Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady (2020) oraz Historie osobiste. O ludziach i rzeczach w czasie wojny (2021). Niedawno, nakładem Wydawnictwa Znak, opublikowała książkę Ciałaczki. Kobiety, które wcielają...

Komplementy 2.0

Komplementy bywają równie problematyczne co zawstydzanie czy negatywne komentarze. To rewers tej samej monety. Skoro dostaliśmy lajka, możemy też go nie dostać. To chwilowa przyjemność

Biblioteka publiczna w Gliwicach, początek maja 2024 r., trwa warsztat z tworzenia biografii ciała. Pracuję z grupą kobiet w różnym wieku, o zróżnicowanych kształtach i stylach ubierania się. Warsztat wyrósł z mojej książki Ciałaczki. Kobiety, które wcielają feminizm, a pomysł poddało mi pozornie oczywiste spostrzeżenie. Po kilkunastu rozmowach z moimi bohaterkami zauważyłam, że bardzo rzadko zdarza mi się myśleć o moim ciele jako ważnym elemencie mającym wpływ na moje życie.

A przecież to ciałem uczestniczę we wszystkich wydarzeniach, poprzez ciało jestem osobą.

Opracowałam więc warsztat, z którym jeżdżę po Polsce, a jego celem jest wspólna praca nad tym, jak może wyglądać nasza biografia pisana poprzez ciało. Jakie wydarzenia będą wtedy ważne? Jak ciało pamięta? Jak patrzy i mówi? Co jest dla niego ważne? W jaki sposób zmienia się nasze bycie w ciele czy ciałem, jeśli w ogóle czujemy się w nim obecni? W ciągu kilku godzin warsztatu rozmawiamy o menopauzie, miesiączce, dorastaniu, starzeniu się, lęku przed przemocą, dotyku, seksie, codziennym dbaniu o siebie. Na przenośnej tablicy wypisuję słowa, które wyłapuję od uczestniczek, a którymi opisują one swoją cielesność.

Powtarzają się: „poczucie winy”, „dyscyplina”, „pobłażać sobie”, „lenistwo”, „gruba”, „pulpet”, „odpuściłam”, „praca nad sobą”. Kiedy pytam, ile kobiet było na diecie, wszystkie podnoszą rękę. Każda z nich czuła się zagrożona na ulicy. Każda, patrząc w lustro albo aparat telefonu, potrafi od razu powiedzieć, co jest z nią „nie tak”. To nieprzyjemny dla ciała kulturowy krajobraz.

Rysuję na tablicy dwa kółka. W jednym ludzik jest w środku i rozgląda się dookoła. W drugim ludzik jest na zewnątrz i patrzy na koło raz z jednej, raz z drugiej strony.

– Czym różnią się rysunki? – pytam warsztatowiczki.

– Na tym pierwszym ludzik jest częścią tego kółka, a na tym drugim nie – odpowiadają przytomnie na moje z pozoru głupie pytanie. Z pozoru, bo te dwa rysunki moim zdaniem ilustrują problem, jaki – nie tylko jako kobiety – mamy z myśleniem o naszej cielesności w kulturze.

Żyjemy w rzeczywistości, która zachęca nas do nieustannego wybierania, oceniania, lajkowania, serduszkowania, szerowania, komentowania, szeregowania, tworzenia list, porównywania, rywalizowania, nadawania znaczenia i wartości.

Nieustannie gapimy się na jakieś kółka, opisujemy je, umieszczamy w kontekście innych kółek, grupujemy te kółka i gramy nimi niczym kuleczkami na flipperach. Te kółka to także to, jak wyglądamy, to wizerunki i kategorie piękna, brzydoty, zdrowia i choroby, widoczności i słyszalności. Przyglądamy się kółkom innych ludzi, a także naszemu własnemu kółku. I robimy to na podobnych zasadach. Oglądamy je i opisujemy z zewnątrz, jakby było odseparowanym od nas bytem. Oglądamy jego powierzchnię, toczymy w kierunku innych kółek, zderzamy z nimi niby bile. Nawet nie pomyślimy, co jest w środku, i nawet nam nie przyjdzie do głowy, że można opisywać życie w kulturze z innej perspektywy – jako ludzik, który jest częścią kółka.  

Jak ci nie wstyd

Kultura somy, jej zachodnia matryca, zakłada bowiem, że myślimy o ciele jako o powierzchni, a o nas samych jako o konserwatorach powierzchni – no, może nie płaskich – niech będzie, zakrzywionych. Niezależnie od płci, choć kobiety podążają tym tropem zdecydowanie częściej, jesteśmy zachęcani do postrzegania ciała jako swego rodzaju chochoła, który w środku jest wydrążony. Uwaga zostaje skierowana na to, co styka się ze światem, na granicę, na obrys i doskonałość jego formy. Jak pisał Roland Barthes już w latach 60., ciało ma być niczym karoseria cadillaca, gładko przecinać powietrze. Nieprzypadkowo Barbie i Ken – plastikowe laleczki przedstawiające dorosłych ludzi – nie mają mimiki, nie mogą płakać. Emocje to zbyt wiele dziania się – piękno ma być statyczne, nie niepokoić zmianą, która sugeruje, że może przeminąć. Filmowa Barbie z dzieła Grety Gertwig staje się żywa dopiero wtedy, kiedy idzie na wizytę do ginekologa – zmienia pozycję ludzika wobec kółka, orientuje się, że ma wnętrze.

Wypisujemy z uczestniczkami na tablicy słowa, które wydają się stanowić pozytywny komunikat na temat wizerunku: „piękne włosy”, „zgrabne nogi”, „twarzowa sukienka”, „ładne kolczyki”, „świetna figura”. Ale co właściwie znaczą te określenia? Zapisane na tablicy, nie podają żadnej informacji. Co to znaczy – piękne, zgrabne, świetne, ładne? Nie ma tam treści, jeśli my sami jej nie wpuścimy. Słowa te będą znaczyć dokładnie to, co uznamy za słuszne i prawdziwe. Każdy będzie miał inne definicje tych subiektywnych jakości. Wygrywać na znaczenia będą ci, których będzie więcej, albo ci, którzy mówią głośniej.

Naomi Wolf w Micie urody już w latach 90. pisała, że ideał piękna to ostatni sposób patriarchatu, żeby zarówno kobietom, jak i mężczyznom odebrać sprawczość i prawo do humanistycznej narracji.

Wolf porównywała sytuację, w której się znajdujemy, do tej, w której była ibsenowska Nora w Domu lalki. Ona przynajmniej mogła trzasnąć drzwiami, wyjść do świata i zacząć żyć. Naomi zauważyła, że choć teraz z pozoru możemy robić tak wiele, patriarchat uczynił nasze ciała więzieniami, z których opresji nie mamy się jak wydostać, jesteśmy dożywotnio uwikłane w kulturę. Naomi jest jednak, moim zdaniem, optymistką – żebyśmy były uwięzione w ciele, najpierw musimy tam wejść. A na razie jesteśmy dziećmi trzymającymi w rękach laleczki Barbie i Kena – poruszamy ciałami tak, jakby były przedmiotami, którymi zarządzamy, ubieramy je i animujemy. Mają być śliczne, łatwe do interpretowania i odwracać uwagę od tego, że wszyscy jesteśmy tą samą śmiertelną materią.

„Wstydź się” – mówiła Renacie Dancewicz babcia, kiedy mała Renia siedziała z nogami szeroko rozstawionymi lub głośno się śmiała. „Nie wyglądasz teraz kobieco” – usłyszała Ola Domańska, kiedy pokazała się na planie serialu z krótkimi włosami. „Wyglądasz jak ćpunka” – przeczytała pod swoim zdjęciem bez makijażu piosenkarka Margaret. „Jesteś stara i gruba” – piszą hejterzy, kiedy nie potrafią znaleźć argumentu przeciwko opinii Karoliny Korwin Piotrowskiej. Marta Dyks, modelka, wstydziła się swojego ciała po tym, jak algorytm zalał jej feed zdjęciami wyretuszowanych modelek w bikini.

Nie tylko „ciałaczki” – kobiety z obszaru polskiego życia publicznego – muszą się mierzyć ze wstydem i zawstydzaniem.

Także globalne ikony, zarabiające miliony dolarów na swoim wizerunku, przeżywają wstyd i doświadczenie shamingu. Taylor Swift w dokumencie Netflixa Miss Americana przyznała, że na każdej fotografii w prasie czy online od razu sprawdza, jak wygląda jej brzuch, bo wie, że natychmiast stanie się on obiektem komentarzy. Za gruba? Za chuda? Zbyt zmysłowa? Za mało kobieca? W przypadku Kate Winslet zawstydzanie skupia się na jej pośladkach – taki duży tyłek u aktorki, fuj! Scarlett Johansson z kolei mogła przeczytać pisane z nieskrywaną radością komentarze do jej zdjęć w bikini zrobionych przez paparazzi – cellulit, no obrzydliwy, wstyd tak epatować! Jedna z supermodelek lat 90. Linda Evangelista tak bardzo obawiała się starzenia się i utraty urody, że zainwestowała w kurację kosmetyczną, która pozbawiła ją nie tylko naturalnego wyglądu, ale przede wszystkim zdrowia. Jak wykrzykuje w pewnym momencie sfrustrowana bohaterka grana przez Americę Ferreirę w filmie Barbie, zawsze znajdzie się jakiś powód do tego, żeby zawstydzić kobietę. Żaden wygląd i żadna postawa nie chronią przed shamingiem. Zawstydzanie jest sposobem na to, aby zarządzać wolnością ludzi – ich ciał i umysłów – sposobem powszechnym. Od sal prestiżowych uniwersytetów aż po łamy tabloidów i media społecznościowe. Lista opresyjnych kulturowych skryptów trwa i trwa – patriarchat pilnuje, żeby nasze życie nie wymykało się z jego norm. Fat-shaming, body-shaming, women-shaming, slut-shaming, ageism, racism, classism – zawstydzanie wyglądem, seksualnością, kolorem skóry, wiekiem, przynależnością płciową – arsenał środków jest szeroki. Wymaganie od kobiet i mężczyzn nieustannego zastanawiania się nad swoim wyglądem, przygotowywania się do ewentualnych ataków i komentarzy kosztują pracę i czas, które moglibyśmy wykorzystać na radość życia.

Czy ktoś pytał o zdanie?

Wokalistka Ariana Grande jakiś czas temu zamieściła na TikToku poruszające wideo, w którym tłumaczy swoim fanom, w jak niekomfortowej sytuacji stawiają ją, komentując jej wygląd. Przyznaje, że kiedy się nią zachwycali, była na antydepresantach, które zapijała alkoholem i jeszcze dociskała się pracą. Kiedy nagrywa to wideo, zdrowa i czysta, spokojna – ale fani piszą, że zmarniała i wygląda smutno – jest dokładnie odwrotnie. Nie można oceniać stanu, nastroju, tożsamości po poszlakach związanych z wizerunkiem – podkreśliła gwiazda. Nawet jeśli ktoś mówi z miejsca troski, to i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie