Subskrybuj
dr literaturoznawstwa, krytyczka literacka. Autorka książki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (2014). Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej przy Wydziale Polonistyki UJ. W miesięczniku zajmuje się rubryką Stacja: literatura.

Nic osobistego

„Dobrze wyglądasz”. Strach pomyśleć, a co dopiero usłyszeć. Bo co to niby znaczy? Co się za tym komentarzem kryje?

Zamówienie na osobisty tekst o zaburzeniach odżywiania przyjęłam z oporem, nie miałam ochoty odsłaniać się, przedstawiać się jak ktoś z kłopotem ani wracać do przeszłej, zamkniętej już sprawy. Zaciekawił mnie jednak ten opór, nie wiedziałam, czy związany był z obawą, że uruchomię coś, co miało być już martwe, że sprawy przeszłe wciąż są obecne i żywe, że przyprawię sobie tożsamościową łatę, a w końcu że doświadczenia bywają takie banalne, takie typowe. „Nic osobistego” to niezła dewiza, rodzaj ochronnej peleryny, najczęściej działa. Ale ciekawość, by sprawdzić (a gdzie lepiej niż w pisaniu), dokąd mnie ta opowieść zaprowadzi, zrobiła swoje. Pewnie w miejsca podatne na zranienie; jeśli jednak wrażliwość potraktować jak siłę, nie słabość, to – w drogę.

Spadek (skąd ja to mam?)

 Zacznę bezpieczniej, czyli nie od razu od siebie. Po Chłopkach Joanny Kuciel-Frydryszak zostanie nie tylko pamięć sukcesu wydawniczego budzącego u jednych podziw, a u innych zazdrość, ale i pamięć o odsłoniętym problemie głodu. Wcześniej tuszowany, wypierany, jakby należało się go wstydzić bardziej niż przynależności do grupy czy klasy społecznej. Nawet niedobory finansowe dawało się do tej pory ogrywać, z niedożywieniem ta sztuczka się nie udała. Chłopki wypowiadają głód powszechny, głód, który nie tyle był odstępstwem od normy, ile był normą. Co to znaczy dla potomkiń przeżywców? Można próbować policzyć, ile osób dawniej żyło w chronicznym niedożywieniu, ile ospałych, zbyt drobnych i niskich na swój wiek dzieci dożyło dorosłości. Samo ich przetrwanie głodu powszechnego jest rodzajem triumfu, niesionego w milczeniu i wstydzie.

Zacznę od tego, że moi rodzice byli dziećmi, które doświadczyły takiej biedy, jaką mogę już sobie tylko wyobrażać, choć oboje urodzili się w 1952 r.

Znaczenie wysiłku wkładanego przez nich w zapewnianie swoim dzieciom dostatku czytelniejsze stawało się dopiero z czasem. Ich dzieciństwo z moim miało niewiele wspólnego, choć oba doświadczenia dzieliło niewiele ponad dwie dekady. Światy, w których urodziliśmy się, uczyliśmy się chodzić, żyliśmy jako dzieci, były tak różne, że trudno byłoby znaleźć przystające czy łączące je elementy – oprócz tych ludzkich elementów, rzecz jasna, czyli ich samych, ich rodzeństwa i ich rodziców, których czasem odwiedzałam, oprócz pewnych dziedziczonych dziwactw (jak kiedyś bym je nazwała), oprócz milczenia.

Muszę uważać, by się nie zagalopowywać, to ostatnie nie jest pełną prawdą, wiedziałam całkiem sporo o dzieciństwie mojej mamy, ojciec raczej wykonywał szeroko zakrojone narracyjne gesty emancypacyjne: wymyślał siebie na nowo, bywało, że z powodzeniem, nawet jeśli krótkotrwałym. Oboje urodzili się w małych wsiach, spotkali się dopiero jako nastolatkowie, w szkole; oboje mieli po pięcioro rodzeństwa, mama jako późne, ostatnie dziecko niespodzianka (moja babcia miała wtedy 45 lat, za to niewiele sił, czasu i cierpliwości), ojciec jako przedostatnie, czyli prawie najmłodsze. Prace domowe dla nich znaczyły coś zupełnie innego niż dla mnie. Kiedyś nie byłam w stanie zdobyć się na wysiłek przekładu między naszymi doświadczeniami, np. noszenie wody ze studni przez moją kilkuletnią mamę było tak abstrakcyjne, że nie potrafiłam powiązać go z ciężarem, bólem, było jak ilustracja do baśni, jak scena z teatrzyku dla młodego widza. Oboje wyprowadzili się do miast, ojciec uciekł, gdy tylko było to możliwe, do szkoły zawodowej i wpadł (jak na moje oko) z deszczu pod rynnę, bo jako 14-latek trafił do raczej brutalnego świata, w którym nie było dyskusji z przydzielonymi rolami; nauka w szkole zawodowej trwała tylko trzy miesiące, a resztę roku zajmowała fizyczna praca. Ale jeśli dla niego to była zmiana na korzyść, to jak źle musiało wyglądać jego dzieciństwo? Nigdy nie lubił wracać do domu, nawet gdy rzeka przestała już odcinać go od reszty świata na sporą część roku. Bywało, że w ogóle nie przyznawał się do pochodzenia, zupełnie inaczej niż mama. Gdy przeprowadziliśmy się do swojego domu, chciał mieć tylko trawnik, jakby z obawy, że ogródek go zdradzi, że warzywa i kwiaty zniszczą jego autoprezentacyjny wysiłek. Przegapił przy tym, że z powodzeniem wykonywał ten wysiłek sam.

Życie mojego ojca kręciło się wokół jedzenia i picia, a może inaczej: picia i jedzenia, w tej kolejności – jasne, można się uśmiechnąć, jak nas wszystkich, tylko w tym przypadku jednak jakoś bardziej. Kiedyś pewnie powiedziałabym, że kręciło się wokół nadmiaru i niedoboru, teraz nawet w tych nadmiarowych działaniach widzę niedobór. Nadużywanie alkoholu było dla niego rodzajem pańskiego gestu, popisu, marnotrawstwa, do którego zdolny jest ktoś dobrze urodzony. Stać mnie, mawiał. Można było dać się przekonać, że wszystko jest pod kontrolą, że to celowe działania, że żyje, jak chce, nawet gdy przez alkoholizm tracił pracę, płynność finansową, to szedł dalej i ciągnął na dno.

Picie szybko stało się przymusem (pewnie gdy jeszcze był nastolatkiem, pewnie jeszcze w tej objazdowej szkole), działało jak sprężyna: pewnie z początku pomagało mu wybijać się, z czasem nakręcało do samozniszczenia (i wszystkiego, wszystkich wokół), dlatego potrzebna była pozorna dyscyplina żywieniowa.

Gdy byłam mała, podziwiałam go z wielu powodów, nie tylko dlatego, że potrafił nurkować w dzikiej Warcie i że potrafił złowić rybę na samodzielnie zrobioną wędkę, że potrafił podsumowywać jednym trafnym żartem (wtedy jeszcze umykało mi okrucieństwo) cudze zachowanie, że potrafił mówić śmiesznymi językami (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jeden z nich to rodzimy dialekt), że śpiewał piętnaście po czwartej rano „już późno, a nam się wcale nie chce spać”, gdy w łazience szykował się do wyjścia na autobus, a potem ćwiczył dla zdrowia i dobrego wyglądu, że mówił z głowy tren po trenie, gdy chodził do szkoły wieczorowej, że w największy upał nosił lniany garnitur, jakby w kontrze do koszulek z placu budowy (rok w rok mama gasiła pożary na jego plecach, wyglądały jak wielka rana), a wszystko to w imię dobrego wyglądu, ale najbardziej podziwiałam jego silną wolę przy stole. Pokarmy miały znaczenie, takie np. kluseczki były jedzeniem podłym, za to mięso zawsze zasługiwało na uwagę. Nauczyłam się od niego, jak ważna jest umiejętność samoograniczania, bo to zdolność do stawiania granic, zdolność do odmowy miała określać osobę, brak tej umiejętności miał ją skreślać. Ciekawe, że takie reguły wprowadzał tylko przy jedzeniu, picie odbywało się w osobnym, a nawet odwrotnym trybie. Bardzo też smutne, że sam się gdzieś tego wcześniej nauczył, że ktoś wbił mu te zasady do głowy.

Wtedy zupełnie nie potrafiłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, dziś łatwiej mi dostrzec połączenia tamtych kategorii pokarmów z kategoriami ludzi w myśl zasady „jesteś tym, co jesz”. Mączne potrawy (czy jak chcą inni: mączyste) musiały kojarzyły się z biedą, z brakiem możliwości wyboru, z piętnującym niedostatkiem, zapach naleśników potrafił wyprowadzić go z równowagi (wiele razy w ostatnich latach w ramach tzw. zwrotu ludowego czytałam o zakazach dla tzw. zdrowych potraw, o ostrych reakcjach na brukiew czy modną sałatkę z pokrzywą, musiały to być powszechne urazy), a ciężar anegdoty z pracy o koledze, który przyniósł kanapki ze „schabowym”, czyli plackiem ziemniaczanym (z daleka wygląda podobnie), pojęłam z kilkuletnim poślizgiem.

Początek lat 80. to moje najwcześniejsze wspomnienia, to też czas zapaści gospodarczej – kartki żywnościowe dyktowały warunki, choć tak naprawdę organizacją i zdobywaniem jedzenia zajmowała się moja mama. Jedzenie jako manifestacja dobrego życia: jakoś rozumiem potrzebę pokazania się z jak najlepszej strony (choć sama mam ciągoty w drugą stronę) na zewnątrz, zaglądanie sobie do kanapek miało miejsce przecież i w szkole, ale ciekawa jest ta potrzeba trzymania fasonu przed najbliższymi, przed małymi jeszcze dziećmi, przed żoną. Z podziwem dla silnej woli wiązał się niepokój, że przecież może zabraknąć mu sił, że może zasłabnąć. Wiedziałam, że fizyczna praca wykonywana przez mojego ojca na budowie, w spiekocie, w deszczu, przez wiele godzin jest trudnym doświadczeniem. Widzieliśmy z matką i bratem jego pokaleczone, pokryte odciskami dłonie, zniszczone stopy, wiedzieliśmy o udarze cieplnym z czasów prac remontowych w hucie, słyszeliśmy o poszkodowanych czy poturbowanych kolegach, o upadkach ze źle zabezpieczonych rusztowań. Ale też jakoś zdawałam sobie sprawę, że moja wyobraźnia jest ograniczona, że ciężar tej pracy nie mieści się w głowie; wtedy przyjmowałam, że musi być większy od codziennej udręki wychowawczej, opiekuńczej, aprowizacyjnej i chałupniczej pracy mojej mamy. Pewnie podziw łączył mi się z przeczuciem, że musi tutaj chodzić o jakieś nadludzkie moce, które nie tylko pozwalają mu utrzymać równowagę na wysokim rusztowaniu, lecz i żywić się energią słoneczną.

Dopiero jakiś czas później odkryłam, że jeśli je się, gdy nikt nie widzi, to tak również można utrzymać bilans energetyczny i zachować kreowany wizerunek (albo przynajmniej mieć na to nadzieję).

„Kupilibyście sobie coś do jedzenia”, mawiał, gdy ze złością odkrywał w domu nowy komiks, gazetę, książkę, i to w czasach najgłębszej domowej zapaści finansowej. Wtedy chciało mi się śmiać, teraz nie jest mi do śmiechu. Lepiej rozumiem, jak wielka różnica zaszła między dzieciństwem moich rodziców i moim, jaki skok jakościowy został dokonany, a właściwie: jakiego oboje dla nas dokonali. Dzięki temu wysiłkowi, który długo był wyzwaniem dla mojej wyobraźni, mogliśmy (ja i mój brat) pragnąć innych rzeczy, dzięki ich wysiłkowi obecność artykułów pierwszej potrzeby wydawała się nam oczywistością (nawet gdy ich nie było). Wzmacniani przez mamę, kierowaliśmy się w stronę półek z artykułami zbędnymi, którymi nie dało się najeść, ale bez których nie wyobrażaliśmy sobie już życia. Oboje dawali nam to, czego im brakowało. W czasach prosperity, czyli mojego wczesnego dzieciństwa, ojciec przywoził z zagranicznych delegacji drogie zabawki i mnóstwo słodyczy. Jasne było, że cieszą go te prezenty może nawet bardziej niż nas, my z bratem bardziej pragnęliśmy jego obecności, ale takiej bez dram. Było też jasne, że na niewiele więcej niż te wyjątkowo kosztowne rzeczy go stać, że brakuje mu środków. Teraz widzę wyraźniej – choć nie jest to żadne usprawiedliwienie – że nie był w stanie przeskoczyć granicy między „ja” a „my”, granicy budowanej ze stosu czekolad, zdalnie sterowanego czołgu, gum do żucia, resoraków czy gadającej lalki, bo język przedmiotów okazał się niewystarczający. Ta granica dla mnie, jak teraz rozumiem, stała się kładką do trochę innego świata. Ponieważ dostałam tyle dóbr, mogłam już ich nie chcieć, mogłam pragnąć czegoś innego. Każde z nas było głodne, przy czym zaspokajanie tego łaknienia odbywało się na innych zasadach.

Zastanawiałam się na początku, dokąd zaprowadzi mnie ten tekst. Podejrzewałam, że w obszary ryzykowne, i tak rzeczywiście się stało – wracam do domu, choć nie od razu mówię o sobie. Używam nawet liczby mnogiej, bo przez kilka pierwszych lat żyłam w domowym „my”, na które składał się mój starszy brat i moi rodzice, choć każde z nich w inny sposób. Trudno byłoby mi się wtedy oddzielić, nawet…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie