Subskrybuj
Autorka książki Bestiariusz nowohucki, za którą otrzymała Nagrodę Conrada, nominację do Nagrody Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Laureatka Nagrody im. Adama Włodka i Międzynarodowego Konkursu na Dramat Współczesny o Tematyce Żydowskiej. Związana z Nową Hutą...

Opowieść o wytatuowanym „ja”

„Co oznacza ten tatuaż?” – tak brzmi jedno z moich najmniej lubianych pytań. Najczęściej mój tatuaż nie oznacza nic albo wyraża coś głupiego, błahego, nieważnego. Czy wniosek z tego, że mam pstro w głowie, a tatuaże to tylko próżniacza zachcianka?

Tatuaż nie jest wynalazkiem naszych czasów, nawet nie naszego wieku, ale ten, który jest mi szczególnie bliski, czyli artystyczny, jest najmłodszym typem z całego zjawiska. Jego starsi bracia, którzy jednak ciągle są w formie, to tatuaż więzienny, militarny, a także plemienny. Wszystkie w mniej lub bardziej pokrętny sposób wywodzą się z tradycji tatuowania niemającej prawdopodobnie jednego źródła: ani kulturowego, ani geograficznego. Tatuowali się ludzie paleolitu i neolitu. Być może była to pierwsza praktyka, która odróżniała homo sapiens od zwierząt. Tatuaż zdobił skórę dawnych społeczeństw Oceanii, Półwyspu Malajskiego, Afryki, Ameryki Północnej i Południowej oraz Japonii. Owszem, zdobił, bo poza funkcjami magiczno-religijnymi i leczniczymi pełnił też tę estetyczną. Zarówno więc chronił przed złymi mocami, chorobą i śmiercią, jak i dodawał punktów na rynku matrymonialnym albo po prostu: cieszył oko – mówi się czasem, że w dawnych epokach człowiek był bardziej przyozdobiony niż ubrany. Zazwyczaj tatuaże odgrywały także ważną rolę społeczną – mówiły: „Jesteś swój”. Umożliwiały rozpoznanie pobratymców, określenie ich pozycji w grupie, nadanie sobie wyższego statusu, np. na Markizach najbardziej bogate i wyszukane wzory o ogromnej powierzchni mogli nosić tylko wodzowie i ich synowie. Tatuaż bywał także opowieścią: przedstawiał dzieje ozdobionej osoby. Wydaje się, że te dawne funkcje tatuażu są bardzo aktualne i nie tyle przetrwały, ile po prostu od zawsze mają związek ze zjawiskiem trwałego ozdabiania skóry. Nie licząc stygmatyzującej funkcji (to prawdopodobnie europejska specjalność), tatuaż dawał więc poczucie bezpieczeństwa, miał afirmacyjny charakter, budował prestiż. Osoba z dawnych czasów mogła czuć się dumna ze swoich ozdób, a ich odbiór społeczny był pozytywny. Zapewne samoocena takiej osoby rosła wraz z liczbą lub wielkością tatuaży w tych praspołecznościach.

Słowo tatau przywędrowało do Europy z Wysp Polinezyjskich statkami kapitana Cooka, co nie znaczy, że odpowiadająca mu praktyka na „Starym Lądzie” nie istniała przed wyprawami kolonizatorów.

Wbijanie pigmentu w skórę za pomocą ostrego narzędzia do tego czasu określano mianem signum lub stigma, a w czasach bliższych Cookowi – hieroglif, piętno, wyryty rysunek. Tatuowanie w Europie jest równie dawne co w innych częściach globu (mamy dowody z dzisiejszych terenów Węgier czy Rumunii), było także praktykowane w starożytności i wśród chrześcijan, jednak od 787 r., kiedy potępiono tatuowanie jako zabieg zagrażający czystości duszy, tradycja znacząco się wyciszyła, by znów wzbudzić zainteresowanie po pojawieniu się schwytanych Maorysów w portach Europy. Pod koniec XIX w. tatuowanie zaczynało wnikać w kulturową tkankę świata Zachodu. Z jednej strony można mówić o przywłaszczaniu własności kulturowej, z drugiej – o odświeżeniu rodzimej tradycji. Owi „starsi bracia” dzisiejszego tatuażu artystycznego zaczynają być rozochoconymi młokosami: tatuaże więzienne czy wojskowe mieszają się z marynarskimi. A ozdabianie się malunkiem staje się sposobem na życie: obficie wytatuowane osoby pokazują się publicznie za pieniądze lub dołączają do trup cyrkowych, pojawiają się pierwsi profesjonalni tatuatorzy. Zapewne myśląc o klientach, czytelniczka lub czytelnik wyobraża sobie marynarzy i rzezimieszków – otóż nie (tylko), tatuowała się także arystokracja, m.in. car Mikołaj II czy arcyksiążę Franciszek Ferdynand.

Stąd już krok do rozpowszechnienia się tatuażu artystycznego, który znamy dzisiaj: wykonywanego w salonach w każdym polskim mieście, wystającego spod rękawów instagramerów / rolniczek / kasjerów / przedsiębiorczyń / wykładowców / programistek / barmanów / artystek. Równie wydziarani są Justin Bieber co Nergal, załogantki hardcorowej sceny co gwiazdy Wyspy miłości. Grupa społeczna dziś nie ma znaczenia, wystarczy popatrzeć na plażowiczów w Mielnie, by dostrzec, jak egalitarna obecnie jest to praktyka. W 2017 r. tatuaże posiadało aż 8% osób w Polsce. W 2022 r. – 10%. Tatuator Roman Harsche-Zarzeczny, którego poprosiłam o podzielenie się spostrzeżeniami profesjonalisty, kwituje popularność tatuażu jednym zdaniem: „Jest to produkt”.

Jeszcze na początku lat dwutysięcznych, czyli w czasach gdy sama zaczęłam interesować się tatuażem, nie było to zjawisko tak neutralne tożsamościowo jak dziś.

Była to sprawa głównie subkulturowa, a subkultury zazwyczaj rozwijały się jako formy mówienia „nie” (komu i dlaczego – to inna historia). W ten czy w inny sposób miały kontestować, stawiać granicę między „naszymi” a normikami. Życie poza systemem (troszkę się uśmiecham) lub przeciw niemu zawsze zbliżało do folkloru świata przestępczego, więc i punki, i metale robiły sobie dziary. Tatuaż miał zatem nie tylko odróżniać (nie jestem taka jak wszyscy), ale również – jak w plemiennej tradycji – budować poczucie tożsamości i przynależności do grupy. We mnie też drgały te dwie struny: z jednej strony jako nieśmiała nastolatka czułam, że kilka dziarek w widocznych miejscach pomoże mi być nieco bardziej pewną siebie wśród ludzi na punkowych koncertach. Z drugiej strony ta nieśmiała osoba miała i nadal ma silną potrzebę zaznaczania odrębności, nierobienia tego, co robi się w głównym nurcie.

„Ja” z dziarą czy bez dziary

Jak wspomniałam, funkcje współczesnego tatuażu pokrywają się mniej więcej z dawnymi. Jednak dziś dość ważnym aspektem staje się aspekt psychologiczny: tatuujemy symbole uczuć, postaw, poglądów, deklaracje zainteresowań, znaki upamiętniające miejsca zdarzeń i ważne przeżycia. Wysuwam śmiałą hipotezę, że wraz z rozmyciem subkultur tatuaż przestał być zarówno znakiem grupowej tożsamości, jak i sposobem kontestacji. Jest za to formą opowieści o posiadaczce lub posiadaczu tatuażu. Ta opowieść snuta jest poprzez konkretne obrazki, które mają znaczenia lub ich nie mają (oba podejścia są okej, oba coś mówią o osobie je posiadającej). Jest to także inna opowieść, ta, która interesuje mnie bardziej, czyli opowieść o relacji z wytatuowanym ciałem. Można wyczytać ją nie tylko ze wzorów, lecz i z liczby pustych plam, coverów, śladów po laserze, blizn ukrytych pod tuszem. Jeszcze ciekawsza zaś wydaje mi się opowieść o wytatuowanym „ja”, tym pojęciu wytrychu, które przyjmuję, by przyjrzeć się nie tylko tatuażom, ale i ich roli w wykuwaniu autodefinicji, obrazu siebie. Wiem, że wprowadzenie takiej instancji niesie konsekwencje: ta perspektywa każe pytać o powody tatuowania się, które mogą być nie do końca jasne dla samych dziaranych; o samoocenę, o to, co być może tatuaże nam kompensują, co rzeczywiście manifestują.

A może warto sprowadzić problem do pytania: czy tatuaże sprawiają, że dobrze się ze sobą czujemy? Dobrze o sobie myślimy? Nie tylko o naszych wytatuowanych członkach (choć z pewnością również), ale i o sobie jako sobie.

Na użytek tego tekstu sporządziłam ankietę z nurtującymi mnie pytaniami, których nie zadano w żadnym dostępnym mi badaniu. Nie miała charakteru naukowego, lecz wywiadowczy, o czym świadczy choćby sam tytuł formularza – „Ja i moje dziary”. Może była też sposobnością do poznania dalszych znajomych, odkrycia, czy „mam tak samo jak ty”. Pierwszym problemem, na jaki się natknęłam, okazali się adresaci i adresatki – fotograficzna pamięć nie pomagała mi w podpowiedzi, do kogo zwrócić się z ankietą. Czy wniosek z tego, że tatuaże stały się sprawą przezroczystą, niezauważalną dla percypującej? Ustaliliśmy, że już nie są znakiem przynależności subkulturowej. Nie świadczą nawet o pociągu do alternatywności (pisząc to, sama gryzę się w język, co za nieadekwatna, wręcz krindżowa kategoria). Ani posiadanie tatuażu, ani jego brak nie wprowadza dystynkcji na „swoich” i „obcych”. Być może nie oznacza już dzisiaj nic.

Mimo wszystko większość osób z mojej listy na komunikatorze nie ma tatuaży. Co chwilę zadawałam sobie jednak pytanie: a może nie zauważyłam, nie rzuciło mi się w oczy, że przedramię, nadgarstek, szyja, łydka danej osoby ozdobiona jest tatuażem? Jeśli tak, co to zmienia w tej osobie? Czym różni się mój stosunek do niej od stosunku do tej grupy znajomych, którzy z całą pewnością tatuaże mają? O czym tak naprawdę myślę, gdy myślę: ta osoba wygląda mi na taką, co ma dziary. Ma zdecydowany charakter i jest trochę krejzolką. Fajnie się nosi. Lubi zadzierać. Ma swój świat. A o czym, gdy myślę: chyba na pewno nie ma tatuaży? Jest na to zbyt ułożona. Wygląd zewnętrzny jej nie obchodzi. Nie jest zbyt odważna. Pewnie dla niej to próżne i puste. Intuicja podpowiada takie uproszczenia.

Problem z wytypowaniem wydziaranych koresponduje z intuicjami, że być może ludzi tatuujących się łączy jakaś cecha, predyspozycja.

Być może należy badać to narzędziami psychologii, ja jednak najpierw podejdę do tego zgodnie z wyuczonym zawodem filozofki i zadam pytanie: czy tatuaż zmienia nas substancjalnie? Czy ja z tatuażami jestem kimś innym niż wyobrażone „ja” bez tatuaży? Pytanie tego rodzaju pamiętam ze studiów filozoficznych, Adam Workowski dodawał warianty: czy pozostaję sobą bez ręki, bez twarzy? A zmieniając kolor oczu? Rozum podpowiada mi, że tatuaże są czymś mniej substancjalnym niż twarz, ale bardziej niż kolor oczu. A więc odpowiedź brzmi: bez tatuaży byłabym dalej tą samą osobą. Choć nie do końca. Nie. Zdecydowanie nie. Chociaż? Oczywiście inaczej sprawy się mają, gdy malunek pokrywa spory procent ciała lub wytatuowaliśmy sobie znaczące jego części, np. twarz, dłonie, szyję… Rozważanie sprawy w samotności sprawiło, że utonęłam w dywagacjach. Zapytałam więc o to samo znajomych i znajome za pomocą wspomnianej ankiety. Dla nich sprawa okazała się niemal jasna: bez tatuaży nie byliby i nie byłyby sobą.

Wydaje mi się, że wiem, co stoi za tą odpowiedzią, albo raczej czuję to w kościach i nie jest to łatwo wyrazić. Być może chodzi o to, że tatuaże nie są tylko sprawą estetyczną, a raczej tożsamościową – noszę je przez wiele lat i nosić będę. Każdy tatuaż był zrobiony w określonym momencie życia i nawet jeśli jest flashem z katalogu i nie ma żadnego głębokiego znaczenia, to staje się puzzlem biograficznej układanki.

Eksperyment z ciągłością „ja” poczynił raper Quebonafide – wyrazista postać, którą można rozpoznać m.in. po szyi gęsto ozdobionej znakami zapytania. Quebo oparł promocję swojej płyty na koncepcji metamorfozy w Kubę, chłopaka bez tatuaży, bez stylówy. Ten performance budzi pytanie: kogo słyszymy w głośnikach? Quebo czy Kubę? Czy to inna osoba czy tylko inny image? Choć nikt nie wierzył w trwałą transformację, to jednak trudno nie mieć lekkiego zawrotu głowy w odniesieniu do tego artysty, gdy jego charakterystyczne pytajniki na szyi są tak skutecznie zatuszowane. Tyle o nas, odbiorcach i odbiorczyniach, pytanie, co sam raper czuł, patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Integracjometr

Miałam nadzieję, że ankieta pozwoli mi usłyszeć nieco wyraźniej głosy wytatuowanych niż te przetworzone w słupki i dane liczbowe badań psychologicznych. Prac naukowych podejmujących temat tatuażu jest dużo, co bynajmniej nie znaczy, że ich wyniki dają nam wyraźny obraz tego zagadnienia (nie twierdzę, że moja wywiadowcza ankieta daje, no ale…)….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie