Subskrybuj
Kobieta w domy trzymająca na rękach małego psa.
Lekarka weterynarii i dziennikarka naukowa. Autorka książek m.in. Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt (2018)

Mój syn, Puszek

W Polsce jest obecnie więcej domostw z psami niż z dziećmi. Jak nastąpiła ta cywilizacyjna zmiana i czy zawsze odbywa się z korzyścią dla zwierząt?

Dwa lata temu ConsumerAffairs, podmiot zajmujący się m.in. analizą rynku oraz przeprowadzaniem ankiet, wykonał badanie, w którym wzięli udział milenialsi oraz przedstawiciele pokolenia Z, liczący łącznie tysiąc osób. Wszyscy ankietowani byli opiekunami zwierząt domowych (najczęściej psów oraz kotów). Z ich odpowiedzi wynikało, że większość (81%) badanych kocha swojego zwierzaka bardziej niż przynajmniej jednego członka najbliższej rodziny. 3 na 10 osób darzyło silniejszym uczuciem czworonoga niż swojego partnera. Połowa badanych przyznała, że odczuwa większą miłość do pupila niż do własnej matki.

Ankietowanych poproszono nie tylko o ocenę siły własnego uczucia, ale również o wskazanie, ile byliby w stanie poświęcić dla swojego zwierzęcia. Chodziło głównie o koszty ewentualnego leczenia.

Prawie połowa badanych deklarowała, że podjęłaby dodatkową pracę, gdyby cena opieki medycznej pupila przekroczyła aktualne możliwości finansowe.

1 na 4 ankietowanych sprzedałby swój samochód, aby zdobyć pieniądze na ratowanie zdrowia czworonoga, a ponad 40% poświęciłoby w tym celu telewizor lub laptopa.

Czy tak duże zaangażowanie (emocjonalne i finansowe) wynika z tego, że zwierzęta domowe są dla współczesnych dorosłych kim innym, niż były dla poprzednich pokoleń? Zdaje się, że tak. Obecnie ludzie nie tylko darzą swoje czworonogi ogromnym uczuciem, ale też nadają im inną „rangę” w rodzinie. Na przykład ze wspomnianych badań ConsumerAffairs wynika, że 58% milenialsów i 70% „zetek” wolałoby mieć zwierzę zamiast dziecka. Tu jednak trzeba zwrócić uwagę na kilka kwestii.

Po pierwsze, ankietowani byli pytani o stan obecny. Nie można wykluczyć, że część z nich przychylnie podchodzi do posiadania potomstwa, jednak nie chce się o nie starać w aktualnym momencie swojego życia. Są to często osoby, których sytuacja zawodowa, finansowa i mieszkaniowa nie została jeszcze ustabilizowana. Obecnie dorośli później też niż kiedyś wchodzą w sformalizowane związki i zakładają rodziny.

Dla części tych ankietowanych zwierzę może być więc ostatecznym wyborem, dla innych natomiast – tylko pewnym etapem.

Oba style życia mają nawet swoje nazwy. Mówi się więc o parach DINK, czyli Double Income No Kids (podwójny dochód, brak dzieci) lub o rodzinach DINKY od: Double Income No Kids Yet (podwójny dochód, na razie bez dzieci).

Po drugie, badanie robiono w USA. W krajach zachodnich występuje wiele podobnych trendów społecznych, przy czym nie zawsze są one identyczne co do szczegółów. Dane CBOS z 2023 r. wskazują, że 8% dorosłych Polaków (badano tu osoby w wieku 18–40 lat) nie chciałoby mieć żadnego dziecka (ankietowanych pytano o to, niezależnie od ich wieku, a także niezależnie od tego, czy posiadają jakieś dzieci). Jednak w młodszej grupie wiekowej (18–24 lata) odsetek ten jest znacznie większy i wynosi 21%. To wysoka wartość, ale wciąż bez porównania mniejsza od wykazanych w amerykańskim badaniu 70% (dodajmy też dla porządku, że to wynik wśród opiekunów zwierząt, który może się nieco różnić od wyników dla całej amerykańskiej populacji).

Pytane o to, dlaczego nie chcą mieć potomstwa, polskie „zetki” wskazywały najczęściej, że po prostu nie mają takiej potrzeby (28% w grupie osób deklarujących niechęć do rodzicielstwa).

Przyczyny podawane w dalszej kolejności to: trudna sytuacja w kraju (np. niekorzystne prawo aborcyjne), trudności materialne (np. za wysokie koszty utrzymania dziecka), poczucie, że to zbyt duża odpowiedzialność, oraz skomplikowana sytuacja na świecie (np. zmiany klimatyczne, niepewna przyszłość geopolityczna).

Powyższe dane dają pewne pojęcie na temat przyczyn, dla których zwierzę jawi się młodym dorosłym jako „lepszy” kandydat na członka rodziny niż dziecko. Potomek to znacznie większa odpowiedzialność, wyższe koszty, dłuższe zobowiązanie. A „korzyści” z relacji są według niektórych porównywalne. Z danych zebranych w 2023 r. przez Packaged Facts, podmiot zajmujący się badaniami rynkowymi i demograficznymi, wynika, że ludzie adoptują zwierzę głównie z trzech powodów. Po pierwsze, czworonóg jest dla nich towarzyszem w codziennym życiu. Po drugie, obdarza opiekuna uczuciami i sam jest odbiorcą uczuć. Po trzecie, zapewnia rozrywkę, można z nim wspólnie spędzać czas. Jak widać, współcześnie nie przypisuje się już zwierzętom funkcji typowo użytkowych. Kot nie ma łapać myszy, pies nie ma strzec domostwa. „Usługi” oferowane przez czworonogi są obecnie pozbawione kontekstu przedmiotowego, zamiast tego zwierzęta są upodmiotowione.

Jakie zwierzęta żyją w naszych domach?

To nowe podejście do zwierząt przekłada się na ich aktualną popularność. Jak podaje portal Statista, w ciągu ostatniej dekady liczba europejskich gospodarstw domowych posiadających przynajmniej jedno zwierzę wzrosła o ok. 26%. Raport Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia stwierdza z kolei, że w Polsce jest obecnie więcej domostw z psami niż z dziećmi. Za tymi zmianami podąża też nowa nomenklatura zjawisk i trendów. Coraz częściej mówi się o tzw. pet boomie lub o fur-baby boomie.

Z opublikowanego w 2023 r. raportu FEDIAF, Europejskiej Federacji Przemysłu Żywieniowego Zwierząt Domowych, wynika, że w Europie najpopularniejszymi zwierzętami towarzyszącymi są obecnie koty.

W krajach Unii Europejskiej utrzymuje się 77,9 mln tych zwierząt.

To o kilka milionów więcej niż w latach przedpandemicznych. Dla porównania pięć lat wcześniej, w 2017 r., wartość ta wynosiła 74,4 mln. Tuż za kotami plasują się psy. Ich liczebność w UE wynosi w tej chwili 66,9 mln. Popularność tych zwierząt również wzrosła w czasie pandemii, choć nie w tak znacznym stopniu, jak to miało miejsce w przypadku kotów. W 2017 r. w Unii żyło bowiem 66,4 mln psów.

Rodzi się pytanie: czy to pandemia zwiększyła naszą potrzebę posiadania zwierząt? Czy izolacja, niedobór towarzystwa i praca zdalna pogłębiły chęć nawiązywania relacji z przedstawicielami innych gatunków, ale takimi, jakie żyją blisko nas, są z nami w zasadzie przez całą dobę? Z jednej strony wydaje się, że tak. Trudno się nie zgodzić, że wymienione we wcześniej przytaczanych badaniach „funkcje” zwierząt (towarzysz, dawca i odbiorca uczuć, kompan do rozrywki) idealnie wpasowują się w deficyty z czasów pandemii. Zresztą statystyki mówią same za siebie. Liczba domowych pupili wzrosła znacząco w czasie pandemii, więc należy się spodziewać, że miała ona jakiś związek z tym skokiem. Z drugiej strony zdaje się, że to niepełny obraz. Koronawirusowa izolacja zadziałała raczej jak szkło powiększające dla tendencji, które rozpoczęły się już wcześniej. Z danych FEDIAF wynika, że wzrost liczebności zwierząt towarzyszących utrzymywanych w europejskich gospodarstwach domowych zaczął się na kilka lat przed pandemią. Na przykład w 2016 r. psów było 63,7 mln, rok później już 66,4 mln.

Te dane mówią nie tylko o tym, ile jest zwierząt w ludzkich domach. Pod płaszczykiem liczb skrywają się również odpowiedzi na bardziej złożone pytania, takie jak: czego człowiek od zwierząt oczekuje?

W gospodarstwach domowych znacząco wzrosła liczba tych pupili, które są uważane za najbardziej kontaktowe i nawiązują z opiekunami najsilniejszą relację.

Czyli spełniają wymienione wcześniej „funkcje”: towarzystwo, uczuciowość, rozrywka. Takich samych wzrostów nie obserwuje się natomiast w odniesieniu do zwierząt, które uważane są za mało interaktywne. Na przykład obecnie w krajach Unii Europejskiej utrzymuje się ok. 8,5 mln akwariów (z przyczyn praktycznych ryby i inne wodne zwierzęta przedstawia się w statystykach w przeliczeniu na akwaria, a nie na osobniki). Kilka lat temu, w 2017 r., wartość ta była niemal o milion większa i wynosiła 9,4 mln.

Jak się okazuje, współczesnym opiekunom zwierząt nie chodzi tylko o to, by „czymś / kimś zająć czas” ani dbać o kogoś. Celem jest raczej nawiązanie relacji, osiągnięcie pewnej wzajemności i komunikacji. Oczywiście każde zwierzę jest w stanie się komunikować, np. z przedstawicielami własnego gatunku. Trudno się jednak nie zgodzić z tym, że pies czy kot odwzajemniają afekt opiekuna w bardziej oczywisty sposób niż np. glonojad. Te różnice przekładają się na dane dotyczące popularności. Jak wspomniano, koty i psy znajdują się w czołówce. Za nimi (o ok. połowę mniej popularne) są ptaki ozdobne, takie jak papugi, kanarki i zeberki. Ich liczebność w krajach Unii Europejskiej wynosi obecnie 35,8 mln. To ok. dwa razy więcej niż populacja małych ssaków (królików, chomików, świnek morskich, czyli kawii, itp.). Tych bowiem żyje w europejskich domach ok. 17 mln. Najmniej popularne są zwierzęta utrzymywane w terrariach, takie jak np. gady. Ich łączna liczba wynosi w UE 7,3 mln.

Czy jednak europejskie dane odzwierciedlają wiarygodnie polską sytuację? Nie do końca. W naszym kraju psy są wciąż popularniejsze niż koty (w polskich domach żyje ich odpowiednio: 8 mln oraz 7,1 mln), a małe ssaki są utrzymywane częściej niż ptaki (odpowiednio: 1,2 mln oraz 1,1 mln). Najmniej powszechnie w polskich rodzinach występują zwierzęta akwariowe (380 tys. akwariów) oraz terrariowe (215 tys. terrariów).

Co ciekawe, Polacy są obecnie największymi psiarzami w Europie: gospodarstwa domowe z przynajmniej jednym psem stanowią aż 49% (np. w Hiszpanii jest to 27%, w Niemczech 21%, we Francji 20%).

Jesteśmy także jednymi z największych kociarzy: co najmniej jednego kota posiada 40% gospodarstw domowych. W tym kontekście przebija nas tylko Rumunia, w której odsetek domów z kotami wynosi 48%. Pozostałe kraje są daleko w tyle, np. Francja: 32%, Niemcy: 24%, Hiszpania: 17%

Nowy stosunek do zwierząt – nowe potrzeby

Coraz większa popularność zwierząt domowych, a także inny niż kiedyś stosunek do nich kształtują zupełnie nowy rynek. Pojawiają się na nim usługi i towary, których wcześniej nie było lub były mniej rozpowszechnione. Sam rynek karm i produktów codziennego użytku (np. miski, gryzaki) rośnie w zawrotnym tempie. Raport FEDIAF podaje, że wzrost produkcji żywności dla zwierząt wynosi 3,5% rocznie w przeliczeniu na jej objętość. Jeszcze szybciej wzrasta wartość tego rynku: o 5,1% rocznie. Obecnie na terenie Europy działa ok. 150 firm zajmujących się produkcją karm dla zwierząt, którą wytwarza się w ok. 200 europejskich fabrykach. Branża ta zatrudnia bezpośrednio ok. 118 tys. osób, zaś pośrednio (np. transport, logistyka itp.) ok. 950 tys. osób. Z raportu Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia wynika, że w Polsce wartość rynku karm dla zwierząt wynosi obecnie ok. 731 mln zł. To wciąż znacznie mniej niż np. wartość rynku żywności dla niemowląt, która przekracza miliard złotych. Branża pokarmu dla czworonogów wyraźnie rośnie w siłę, ponieważ opiekunowie coraz chętniej kupują karmy dobrej jakości, o różnych zastosowaniach i funkcjach, a także o wyższej cenie. Zmienił się zatem profil konsumentów tej gałęzi przemysłu, nie uległa natomiast zmianie sama potrzeba, która stoi u podstaw tego rynku. Zwierzęta trzeba karmić, by zaspokoić ich głód oraz by dostarczyć im składniki zapewniające zdrowie i prawidłowy rozwój.

Jednak obecnie rozwijają się również usługi, na które kiedyś nie było zapotrzebowania. Takie jak cmentarze dla zwierząt.

Główny Inspektorat Weterynaryjny (GIW) w dokumencie poświęconym cmentarzom dla zwierząt podaje: „Padłe zwierzęta domowe stanowią surowiec kategorii I, a więc szczególnego ryzyka i podlegają bezpośredniemu przetworzeniu w zakładzie utylizacyjnym kategorii I, a następnie spopielaniu w zatwierdzonej spalarni. (…) Na rynku funkcjonują zakłady usługowe zajmujące się działalnością polegającą na odbieraniu martwych zwierząt od ich właścicieli lub posiadaczy i wywózce do zakładów utylizacyjnych. Z ich usług powszechnie korzystają np. lecznice weterynaryjne. Właściwe władze mogą postanowić, w miarę potrzeb, że martwe zwierzęta domowe mogą być bezpośrednio usuwane jako odpady przez zakopanie. W chwili obecnej Polska nie posiada żadnych autonomicznych regulacji w sposób ogólny przewidujących taką możliwość. W związku z tym pochowanie zgodnie z prawem padłego zwierzęcia domowego wymagałoby zezwolenia wydanego w drodze decyzji administracyjnej przez powiatowego lekarza weterynarii, oczywiście za zgodą wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska”.

W praktyce oznacza to, że cmentarze dla zwierząt mogą funkcjonować w sposób dość autonomiczny, jeśli tylko uzyskają odpowiednie zezwolenia od lokalnych władz, w tym przede wszystkim od inspekcji ochrony środowiska oraz od powiatowej inspekcji weterynaryjnej. To właśnie te podmioty mogą zezwolić albo na spopielanie zwłok zwierząt, albo też na ich zakopywanie. Tym bardziej że jak podaje GIW: z przepisów „nie wynika, aby usuwanie martwych zwierząt domowych poprzez ich zakopanie dotyczyło tylko właścicieli zwierząt »na własny użytek«. Dlatego możliwe jest (…) prowadzenie także cmentarza dla zwierząt na użytek osób trzecich”.

Ile takich przybytków funkcjonuje obecnie w Polsce? Pod oficjalnym nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej znajduje się 15 cmentarzy, ale w rzeczywistości tego typu usługodawców jest więcej. Charakter ich funkcjonowania jest bardzo różny, a odzwierciedlają go nazwy nadane poszczególnym podmiotom. Z jednej strony mamy tu „Tęczowy Most” w Kątach Wrocławskich, „Psi Los” w Halinowie (woj. mazowieckie) czy „Zawsze Razem” w Gdańsku. Z drugiej strony w wykazie udostępnionym przez GIW widnieją cmentarze o nazwie: „Grzebowisko zwierząt przy schronisku dla bezdomnych zwierząt przy Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej” działające w Rybniku, „Zakład Utylizacji Odpadów” w Gorzowie Wielkopolskim i „Międzygminny Kompleks Unieszkodliwiania Odpadów Pro Natura” w Bydgoszczy.

To ambiwalentne nazewnictwo odzwierciedla przełom, jaki dokonuje się obecnie w usługach świadczonych na rzecz zwierząt, ale też w potrzebach ich opiekunów. „Zakłady utylizacji” czy „kompleksy unieszkodliwiania” były / są przeznaczone dla osób, które muszą jakoś zagospodarować zwłoki pozostałe po śmierci zwierzęcia. Tutaj potrzeba jest więc czysto praktyczna. Natomiast „tęczowe mosty” odpowiadają na zupełnie inne potrzeby: uhonorowania życia dawnego przyjaciela, a także wygospodarowania przestrzeni, w której można odwiedzić jego szczątki i pogrążyć się w refleksji na temat wspólnie spędzonych chwil.

Ten rozstrzał motywów chowania zwierzęcia na cmentarzu znajduje też odzwierciedlenie w różnorodnych cenach usług pogrzebowych. W niektórych lokalizacjach pochówek wraz z pięcioletnim okresem dzierżawy miejsca na cmentarzu wynosi od 100 zł dla małych ssaków czy ptaków do 550 zł za psy ważące powyżej 50 kg. Na innych cmentarzach cena pochówku nawet bardzo niewielkich zwierząt zaczyna się od 700 zł, a kończy się na 3 tys. zł. Do tego dochodzą dodatkowe opłaty (nie wszędzie takie same i nie zawsze obowiązkowe). Roczna opłata pielęgnacyjna (czyli utrzymanie nagrobka) to ok. 100 zł. Rezerwacja sąsiadującej mogiły (np. na potrzeby kolejnych zwłok) to 100 zł za 12 miesięcy. Dochowanie kolejnego zwierzęcia do tego samego grobu to ok. 400 zł. Niektóre cmentarze zastrzegają, że w czasie wyjątkowo trudnych, mroźnych zim będą doliczać dodatkowe opłaty za pochówek. Inne z kolei oferują promocje. Na przykład psy pełniące służbę państwową (policja, Straż Graniczna) mogą liczyć na pochówek tańszy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?