W miejscu po dawnej synagodze Agnieszka Mysakowska, nauczycielka historii w II Liceum Ogólnokształcącym im. Janusza Korczaka w Wieluniu, urządza wyliczankę. „Liczcie do trzech, co trzeci z was kuca” – prosi uczniów zebranych wokół kamiennego cokołu. Odliczają na głos pewnym głosem, a po każdym „trzy” ktoś zniża się poza zasięg wzroku stojącego człowieka.
„Wyobraźcie sobie, że każda trzecia osoba z waszej grupy znika – mówi Agnieszka, kiedy ostatnia trójka kucnęła. – Ktoś daleko stąd zdecydował, że one nie mają prawa do życia. Jak czujecie się bez nich?” „
Jak to nie ma ich?” – ktoś próbuje polemiki.
„No, po prostu nie ma. Na dodatek wszyscy szybko o nich zapominają, jakby nigdy ich tutaj nie było” – dopowiada Mysakowska.
Tak właśnie zniknęli wieluńscy Żydzi: 1/3 z blisko 15 tys. mieszkańców miasta przed 1939 r. W pierwszych powojennych miesiącach z obozów wróciło najwyżej 80 osób. Tylu zapamiętała Miriam Geve, jedna z ocalonych, zaznaczając, że wszyscy oni byli „młodzieżą”. Nie było dzieci ani osób dojrzałych czy starszych. W liście, który napisała do Muzeum Ziemi Wieluńskiej na początku lat 90., zaznaczyła, że wszyscy ocaleni wyjechali z rodzinnego miasta po zamordowaniu siedmiu z nich przez partyzantów jednej z „wędrujących band”, bo te „wystawiły sobie za cel wymordować tę małą garstkę Żydów, których Niemcy nie zdążyli zgładzić”.
Gdy ostatni z nich spakował walizkę (a może raczej niepozorny tobołek) i pierwszą okazją wyjechał do większego miasta, licząc na wydostanie się z Polski, zakończyła się żydowska historia Wielunia. Trwała od co najmniej 1537 r., kiedy ziemia wieluńska należała do prywatnych dóbr królowej Bony Sforzy.
Teren po synagodze, zburzonej podczas nalotu dywanowego Luftwaffe rozpoczętego o świcie 1 września 1939 r., po którym 70% Wielunia stało się pogorzeliskiem i ruiną, włączono do parku. Na miejscu portyku ozdobionego czterema kolumnami, bimy i trójkątnego tympanonu znad wejścia zdążyły wyrosnąć potężne sosny i lipy, nim 70 lat później pojawił się pomysł upamiętnienia miejsca po żydowskich modlitwach. Pomnik odsłonił 1 września 2009 r. prezydent Bronisław Komorowski. Niewielki cokół w postaci nieforemnego prostopadłościanu nie rzucał się w oczy, ulokowany kilka kroków od ul. Sienkiewicza. W kwietniu 2016 r., kiedy w Warszawie trwały obchody 73. rocznicy wybuchu powstania w getcie, Agnieszka Mysakowska po raz pierwszy pojawiła się pod pomnikiem z klasą, w której uczyła historii.
Dziura w mieście
– Były moje dzieci, czyli moi uczniowie i uczennice, byłam ja. Poza tym nikogo. Postawiono pomnik, i to było słuszne i potrzebne, ale nic to nie zmieniło w świadomości ludzi, którzy żyli w naszym mieście kilka dekad po zagładzie ich żydowskich sąsiadów. Jak prawdziwi goje nie ograniczyliśmy się do położenia kamyków, ale przynieśliśmy bukiet żonkili, zapaliliśmy znicze. W sierpniu 2017 r., kiedy mijało 75 lat od likwidacji getta w Wieluniu, pojawiliśmy się przy pomniku ponownie. Nawet moje dzieci się dziwiły: „W Wieluniu było getto? Gdzie?”. Żydowskie dzielnice zamknięte z czasów okupacji kojarzyli z Warszawą, Krakowem, Łodzią.
Wiedziałam niewiele więcej od nich o wieluńskiej społeczności żydowskiej, gdy w 2014 r. uczestniczyłam w dwutygodniowym seminarium dla nauczycieli, zorganizowanym przez instytut Yad Vashem. Skalny monument, nazwany Doliną Gmin, na którym naniesiono nazwy miejscowości, z których podczas okupacji zniknęli Żydzi, przypominał mi labirynt. Dopiero po dłuższej chwili odnalazłam ziemię łódzką, zobaczyłam zapisaną po hebrajsku nazwę Wieluń. Z takiej informacji wynikało tyle, że jest to martwe miasto, po którego żydowskich mieszkańcach pozostał zaniedbany cmentarz. A przecież Żydzi żyli w Wieluniu setki lat! Prowadzili interesy, budowali domy, mieli swoje szkoły i gazety. Gdzie? Jakie?
„Co ja właściwie wiem o tych moich Żydach?” – zapytałam wtedy samą siebie.
Tak właśnie mówię o Żydach z Wielunia: „moi Żydzi”. A przecież miałam już 40 lat, dyplom historii ukończonej na Uniwersytecie Opolskim, od podstawówki interesowała mnie II wojna światowa. W Izraelu postanowiłam, że historia moich sąsiadów, którzy zniknęli wiele dekad temu, nie może skończyć się na informacji w Yad Vashem, że w Wieluniu Żydów już nie ma. Niedługo później w książce Noc Eliego Wiesela, pisarza, który przeżył obozy Auschwitz, Monowitz i Buchenwald, przeczytałam, że jego naród umarł dwa razy. Po raz pierwszy, gdy Żydzi nie mogli liczyć na pomoc, kiedy zamykano ich w gettach i wywożono do komór gazowych. Po raz drugi miałaby ich zabijać nasza niepamięć. Zdecydowałam, że nie będę się przyczyniać do tej powtórnej żydowskiej śmierci. Wręcz przeciwnie: zajmę się wskrzeszaniem pamięci o niej w moim mieście.
Cichy zielony zaułek
Berl Wisznia był synem wieluńskiego rzeźnika Mordechaja i jego żony Hany, miał siedmioro rodzeństwa. Holokaust przeżyli on i jego dwóch braci, z którymi ponownie spotkał się dopiero w Izraelu. Mordechaj i Hana, ich pozostałe dzieci, dalsza rodzina, żydowscy sąsiedzi i znajomi wiosną 1941 r. przeprowadzili się w pobliże Świńskiego Rynku – do getta. Niemcy utworzyli je w najbiedniejszym kwartale miasta w obrębie ulic: Kilińskiego, Krakowski Zaułek, Krakowskie Przedmieście, Targowa, i pl. Targowego. Nie było zamknięte, jedynie na wylotach ulic stały wachty.
Niemcy nie obawiali się, że prześladowanych Żydów masowo będą ukrywać polscy sąsiedzi.
Kto by chciał umierać za rzeźnika Wisznię i jego rodzinę na przykład? Technika dentystycznego Gutbolda z ul. św. Barbary albo za Lewkowicza, który handlował pierzem przy Krakowskim Przedmieściu. Za właścicielkę pralni. Subiekta ze sklepu bławatnego. Nie można zapominać o złudzeniach. Wszyscy, którzy byli skazani na śmierć, mogli w to nie wierzyć. Wypełniali kolejne niemieckie zarządzenia, licząc, że w ten sposób ocalą siebie i rodziny.
Dokładnie miesiąc po rozpoczęciu likwidacji getta w Warszawie, 22 sierpnia 1942 r., Niemcy wywieźli prawie 10 tys. Żydów z Wielunia i okolic do wsi Chełmno nad rzeką Ner. W obozie Kulmhof, który stworzyli dla „rozwiązania kwestii żydowskiej” w Kraju Warty, zabili ich spalinami z samochodów ciężarowych przemontowanych na komory gazowe. Podczas „selekcji” przeprowadzonej jeszcze w Wieluniu, w nieczynnym kościele pw. Bożego Ciała, wybrano ponad 900 osób: młodych i zdrowych, z rzemieślniczym fachem w ręku, których wywieziono do pracy w łódzkim getcie.
Opuszczony przez Żydów teren getta z powrotem zasiedlili Polacy.
Po wojnie Schwein Markt, jak miejsce nazywali Niemcy, stał się głównym placem targowym miasta. Potem zmieniono jego nazwę na pl. Jagielloński, a na miejscu wyburzonych kamieniczek wybudowano niewysokie bloki. Na placu wytyczono alejki, zasadzono krzewy. Zrobiło się zielono i przyjemnie. Po Żydach nie pozostał ślad. Kilka dekad po wojnie mieszkańcy pobliskich domów dziwią się, jak uczniowie Agnieszki Mysakowskiej: „To w Wieluniu było getto?”.
Klasa skleja okruchy
– Do Yad Vashem doprowadziło mnie przypadkowe odkrycie z 2013 r. Dowiedziałam się, że mój stryjeczny dziadek, Piotr Wolicki, który pochodził z Krzyworzeki pod Wieluniem, rodzinnej miejscowości mojej babci i mamy, w lutym 1943 r. znalazł się w Auschwitz. Numer 101549. Przeżył tam rok. W obozie to bardzo długo. Tymczasem w rodzinie nie wiedział o tym nawet jego wnuk. Ci, którzy coś jeszcze pamiętali, byli przekonani, że brat dziadka znalazł się tam schwytany w ulicznej łapance. Nic z tych rzeczy. Sprawdziłam w dokumentacji obozowej, że Gestapo aresztowało go za szmugiel mięsa ze wsi do miasta. Taka historia! Jeszcze nie śniło mi się, że zajmę się Żydami, lecz problem już się pojawił: historia najbliższych ludzi i miejsc staje się białą plamą, bo nikt jej nie przekazuje. Byli ludzie, potem zniknęli. Nie zostało po nich nawet puste miejsce, bo tymczasem wypełniły je inne zdarzenia i bieżące historie.
Starając się o wyjazd na seminarium w Yad Vashem, napisałam miniprzewodnik po kilkunastu miejscach, gdzie przed wojną żyli Żydzi. Wybrałam miejscowości dalekie od dużych miast, więc dotarłam np. do Krzepic, położonych na trasie pociągu z Wielunia do Tarnowskich Gór. Jest tam bożnica. Teraz już zadaszona, ale przez lata deszcz lał się do środka. Tuż obok jest cmentarz żydowski. To prawdziwy fenomen, bo znajduje się tam najwięcej w tej części Europy macew żeliwnych. Robiłam fotografie ocalonych synagog, cmentarzy i mykw. Lakonicznie opisywałam, co pozostało i w jakim jest stanie. Informowałam, w której synagodze działa sklep albo pływalnia. Gdzie kirkut zarasta samosiejkami, a gdzie przynajmniej od czasu do czasu kosi się trawę. Umieszczałam wskazówki dojazdowe.
Z Izraela wróciłam z pomysłem: zgłaszam moją klasę do programu Szkoła Dialogu.
Prowadzi go Forum Dialogu – organizacja pozarządowa odbudowująca relacje polsko-żydowskie przez wspieranie ludzi, którzy własnym zaangażowaniem przywracają pamięć o żydowskich mieszkańcach naszego kraju.
Sklejaliśmy okruchy wydobyte z ruin i popiołów. Moje dzieci przeglądały roczniki przedwojennych gazet, skanowały zdjęcia, przeprowadzały wywiady z wielunianami, którzy przeżyli okupację. Sama oddelegowałam się do archiwów: do IPN-u, do z˙IH-u. W Archiwum Narodowym w Sieradzu znalazłam spisy mieszkańców Wielunia sprzed 1939 r. Patrząc na zdjęcia dołączone do podań o wyjazd do Palestyny, myślałam co chwilę: „Byli tutaj”, jakbym wcześniej miała wątpliwości.
„Stoimy zupełnie bezradni…”
Natalie Shell z Australii zobaczyła po raz pierwszy w dokumentach nazwiska dziadków, Mani i Abrama Pakułów, którzy przed wojną mieszkali w Wieluniu, kiedy Agnieszka pokazała jej sporządzoną przez Niemców listę osób wywiezionych do getta w Łodzi. Razem z Rut, przyszłą mamą Natalie, przeżyli „selekcję” w kościele Bożego Ciała.
„A jednak tutaj byli!” – usłyszy jeszcze nieraz, niczym echo własnych myśli, kiedy w Wieluniu pojawią się kolejni potomkowie ocalonych. Pozna ich, gdy uruchomi profil facebookowy Szlakiem wieluńskich Żydów i zacznie opisywać swoje działania, w tym archiwalne znaleziska.
Markus Weltman – doktor medycyny. Abram…