Subskrybuj
Alicja Szatkowska fot. Krzysztof Zatycki
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

„Nie było wyjścia…”

Skoro od życia dostało się prawie wszystko, w tym umiejętność organizowania ludzi i przyswajania przepisów, i na dodatek sprzyja człowiekowi szczęście, trzeba zrobić coś ponad to, co absolutnie konieczne.

Plany Alicji Szatkowskiej, która od ponad 40 lat zajmuje się dziećmi z niepełnosprawnościami, dzielą się na „już” i na „potem”.

Na „już” ma przed sobą dwudniowe bieganie po Sejmie. Komisja Polityki Społecznej i Rodziny będzie rozważać problemy opieki wytchnieniowej organizowanej dla opiekunów osób zależnych. Dla Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci i Osób Niepełnosprawnych w Miliczu na Dolnym Śląsku, któremu prezesuje, to ważne rozmowy, bo organizowaniem takiej pomocy – pod hasłem „Mamo, tato, odpocznij” – zajmuje się od 2016 r. Z kolei podkomisja stała ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi, która obraduje dzień później, poświęci swoje spotkanie edukacji. Stowarzyszenie z Milicza jest placówką niepubliczną, jednak przedszkole integracyjne i szkoła o takim samym charakterze nie zostały przez nie założone dla generowania zysków. Pobyt w przedszkolu i nauka w szkole są bezpłatne, mimo że dzieci dowożone są z dwudziestu paru gmin. Trzeba więc zorientować się w Sejmie, co jest planowane.

Szeroko pojęta dostępność

Politykom należy czasami przypominać różne sprawy, nawet jeśli uznaje się je za oczywiste. Na przykład nie wszyscy członkowie komisji czy podkomisji są świadomi, że tylko w dużym mieście ma sens powoływanie osobnych placówek dla osób z różnymi dysfunkcjami. W mieście powiatowym placówka zajmująca się osobami z niepełnosprawnościami powinna mieć u siebie wszystkich specjalistów, żeby nie tracić czasu na dojazdy i obieg dokumentów. Posłowie nie zawsze też biorą pod uwagę, że na wsi może nie być komunikacji publicznej. Albo jeździ parę autobusów w dzień powszedni, z czego ostatni wczesnym popołudniem. Stowarzyszenie z Milicza opiekuje się dziećmi, których rodzice nie mają samochodu, więc gdyby nie bus przywożący je na zajęcia, siedziałyby w domu. Trzeba być w Sejmie, żeby wyjaśnić, dlaczego takie organizacje jak stowarzyszenie w Miliczu muszą mieć np. możliwość pozyskiwania środków na serwisowanie aut.

„Mamy dziesięć busów, z czego trzy są 19-osobowe” – opowiada Alicja Szatkowska, przejeżdżając koło Spółdzielni Socjalnej, założonej przez stowarzyszenie przy Zalewie Milickim dla tych jego absolwentów, którzy mimo niepełnosprawności, także intelektualnej, mogą i chcą pracować. Smażą naleśniki, lepią pierogi, obsługują gości.

Znad zalewu unoszą się mgły, których w Miliczu w październikowy ranek nie brakuje. Bo, po pierwsze, ma być bardzo słonecznie. Po drugie, stawów w mieście i jego rejonie jest 285. Pierwsze założyli cystersi w XIII w., dzięki czemu w kolejnych stuleciach mogło tam powstać jedno z największych w Europie miejsc hodowli karpia. W 1963 r. stawy stały się rezerwatem przyrody, a 33 lata później częścią Parku Krajobrazowego Dolina Baryczy. Właśnie w te rejony przylatują żuraw, orlik krzykliwy, gęś gęgawa i ponad 160 innych gatunków ptaków, by założyć gniazda. Spółdzielnia Socjalna spokojnie wykarmi wszystkich ornitologów i moczykijów.

Wracając do parku samochodowego: jest potrzebny, żeby trzy busy chętnych mogły pojechać na koncert Dżemu. Albo do Warszawy na spotkanie z Robertem Lewandowskim, na które można było zabrać nawet chłopaka czasowo podłączanego do aparatu tlenowego. By najwytrwalsi kibice, mimo wózków i ograniczonej możliwości komunikowania się ze światem, mogli jeździć za ulubioną drużyną koszykarzy albo piłkarzami Śląska Wrocław. Po to, żeby w upalny wrześniowy weekend, niespełna dwa tygodnie po powodzi, pojechać do Świeradowa i zdobywać Stóg Izerski. Po wycieczce od razu pojawił się w sieci profesjonalnie zmontowany film, który dokumentuje obecność niepełnosprawnych w świątyni Wang czy na zaporze w Łomnicy, bijąc po oczach wyraźnym komunikatem: „Skoro my, niepełnosprawni, którzy pokonujemy nawet lekkie spady i nachylenia jedynie z asystą, jesteśmy w Karpaczu, może się tam pojawić każdy turysta. I wesprzeć region, który spustoszyła powódź”.

Do planów na „już” prezes Szatkowskiej trzeba jeszcze dorzucić udział w dwóch konferencjach i wygłoszenie wykładu na trzeciej, który ma dotyczyć szeroko pojętej dostępności. W planach jest urlop, ale zanim z niego skorzysta, dopilnuje złożenia oferty w konkursie ogłoszonym przez PFRON.

„Żebyśmy napisali wniosek bez błędów i ciekawy” – podkreśla, wysiadając z auta przed szykowną bryłą siedziby milickiego stowarzyszenia, wybudowaną w ostatnich latach. Stąd dobrze widać perspektywę jego planów długoterminowych.

Własny pokój

Za obsadzoną starymi dębami szosą ciągną się pola uprawne. Trzy lata wydeptywano ścieżki w instytucji gospodarującej nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa, aż stowarzyszenie otrzymało działkę o ponadhektarowej powierzchni. Powstanie na niej dom z 12 mieszkaniami dla dorosłych osób ze znacznymi niepełnosprawnościami (intelektualnymi i fizycznymi), które nie będą już mogły mieszkać z rodzinami. Nie ma co opowiadać, że budynek zostanie w pełni dostosowany do ludzi z różnego rodzaju ograniczeniami, bo byłby to truizm. Będą więc nie tylko podnośniki czy łóżka kąpielowe (to rozwiązania dla trwale niesamodzielnych), ale także pętla indukcyjna, która poprawia zrozumienie mowy osobom słabosłyszącym. Dom ma być tak urządzony, żeby każda osoba z niepełnosprawnością mogła w nim zamieszkać: niesłysząca, niewidząca, w spektrum autyzmu, z zespołem Aspergera… W takim mieście jak 11-tysięczny Milicz, skąd do Wrocławia, najbliższego dużego miasta, jest ponad 70 km, nie można budować domu jedynie dla osób z wybranymi niepełnosprawnościami.

„Dlaczego planujecie pojedyncze mieszkania? – prezeska powtarza pytanie, które pada wcale nierzadko, gdy opowiada o planach sponsorom, architektom i budowlańcom, i cytuje przytaczany najczęściej argument: – Dwójki byłyby przecież bardziej ekonomiczne”. Odpowiedź ma zawsze tę samą: „Czy twoje dorosłe dzieci też mieszkają razem w jednym pokoju? Nie? No właśnie”.

Będzie blisko do lasu i do kina, niedaleko jest szpital. Odludzie nie może zresztą wchodzić w grę, bo obok zostanie ulokowany żłobek dla dzieci z niepełnosprawnościami, gdzie opieka będzie połączona z prowadzeniem indywidualnej terapii. Czy można chcieć czegoś więcej? Jak najbardziej. Czupryna krótkich blond włosów Alicji Szatkowskiej (przed chorobą nowotworową były zdecydowanie dłuższe) kołysze się nieznacznie, gdy stojąca na szpilkach prezeska, która innych butów nie wkłada, wylicza niespiesznie, pewnym głosem, czego jeszcze nie ma, a być powinno.

Bunt przeciwko udawaniu

– W 1981 r. miałam 30 lat, męża i dwóch synów i byłam w trzeciej ciąży. Wróciłam do Milicza, gdzie się wychowałam, bo chcieliśmy z mężem uchronić starszego syna od konieczności chodzenia we Wrocławiu do szkoły na trzecią zmianę. Poza tym tęskniłam za lasem i przestrzenią. Jestem przecież córką leśnika! Rodzice przyjechali na Ziemie Zachodnie z Wilkowa pod Krakowem, obawiając się, że tato, przed wojną kadet szkoły lotniczej, a podczas okupacji żołnierz AK, może zostać powołany do wojska. Chwilę przed powrotem w rodzinne strony, w grudniu 1980 r., pojechałam jeszcze, mimo ciąży, na odsłonięcie pomnika Poległych Stoczniowców w Gdańsku.

Mąż otworzył warsztat samochodowy, a mnie, ponieważ byłam po studiach psychologicznych na Uniwersytecie Wrocławskim, przyjęto do pracy w milickiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Dokładnie takiej, jakich dziesiątki istnieją w każdym powiecie do dziś. Badałam dzieci, z reguły w wieku przedszkolnym, u których stwierdzano deficyty. Niepełnosprawność intelektualna definiowała dziecko na tyle silnie, że musiało ono obowiązkowo chodzić do przedszkola specjalnego. Wykluczano naukę w masowych placówkach, zwłaszcza że przedszkola ani szkoły nie były przygotowane do integracji dzieci w jakikolwiek sposób odbiegających od normy. Wypisywałam skierowania do tych przedszkoli, zdając sobie sprawę, że najbliższe jest we Wrocławiu, a dzieci pozamiejscowe trzeba było tam oddać do internatu. W domu te pięcio- czy sześcioletnie dzieci pojawiałyby się na weekendy i wakacje. Który rodzic zdecydowałby się na takie rozwiązanie? Dzieci nie uczyły się więc nigdzie, a opiekowali się nimi rodzice, którzy za rok pojawiali się ponownie w poradni po zaświadczenie, że „obowiązek szkolny” ich dziecka może być realizowany jedynie w placówkach specjalnych. Wypisywałam je, wiedząc, że prawie na pewno nic z tego nie wyniknie.

Byłam już od lat dyrektorką poradni, kiedy zbuntowałam się z rodzicami przeciwko udawaniu, że system edukacji coś robi dla dzieci z zespołem Downa, z porażeniem mózgowym czy mniejszymi deficytami intelektualnymi. Placówka w dużym mieście, oddalona kilkadziesiąt kilometrów od domu, to nie było rozwiązanie! Akurat rozpoczęła się wolna Polska, więc pojawiły się możliwości, żeby zrobić coś naprawdę. Najpierw utworzyliśmy regionalne koło Towarzystwa do Walki z Kalectwem. Z niego wyrosło parę lat później Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci i Osób Niepełnosprawnych. Uczyliśmy się w biegu, w którym nie sposób było się zatrzymać. Dzieci przecież rosły, zatem zmieniały się potrzeby.

Dzisiaj mam 70 lat, a do planów długoterminowych muszę dorzucić jeszcze parę spraw. Na przykład remont budynku stowarzyszenia w pobliskich Krośnicach, który podniesie standard istniejącego w tym miejscu uniwersytetu dorosłości. Młodzież z niepełnosprawnością uczy się tam prasowania koszul, gotowania posiłków z kupionych wcześniej samodzielnie produktów, utrzymywania porządku. Rodzice – może nie wszyscy, lecz wielu – ustawicznie wyręczają swoje niepełnosprawne dzieci w codziennych zajęciach. „Bo on to robi tak długo!”, „Przecież ona sobie nie poradzi…” Bzdura! Trzeba dać młodym możliwość nauczenia się samodzielności, zwłaszcza że na naszym uniwersytecie nie ma osób od gotowania czy sprzątania. Może nauczą się też uprawiania warzyw i kwiatów, gdyż w Krośnicach planujemy budowę szklarni.

Mieszkania treningowe funkcjonują w Krośnicach obok wytchnieniowych, bo założyliśmy, że osoby, które uczą się samodzielności, mogą być towarzyskim wsparciem dla tych, którzy wymagają większej opieki. Nie lubię izolować ludzi. Pomyślmy tylko: poruszanie się na wózku jest możliwe, wystarczy budować bez barier architektonicznych. Nawet komunikacja pozawerbalna, przy odpowiedniej aparaturze, jest do przeskoczenia. W czym więc problem?

Całość logicznie ułożona

W pierwszej pracy po studiach, jeszcze kiedy mieszkała we Wrocławiu, Alicja Szatkowska pomagała dzieciom prostytutek. Dziewczyny chciały być dobrymi matkami, przeto kiedy nie radziły sobie z ich wychowaniem, pamiętając…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas