Subskrybuj
fot. Szymon Małecki. Ilustracje do tekstu przygotowała Magdalena Pankiewicz
Poeta, tłumacz, eseista. Doktorant i wykładowca na Wydziale Polonistyki UJ. Przygotował wybór wierszy Adama Wiedemanna Domy schadzek (Poznań 2012). Wydał tomy wierszy na koniec idą (Łódź 2017, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz LUXUS (Łódź 2019)....

Kim jest obcy w mojej skórze

„Czy pracowałeś wcześniej ze swoją blizną?” Zaskoczyło mnie to pytanie, konkretniej – połączenie, w jakie weszły ze sobą słowa: „praca” i „blizna”. Nie sądziłem, że można w jakikolwiek sposób pracować przy śladzie, który od 18 lat znaczył moją głowę i wpływał na to, jak czułem się w swoim ciele.

A czułem się, mówiąc w skrócie, jak nie u siebie. „Tak, połóż się na brzuchu. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja” – powiedziała Malwina na pierwszym spotkaniu. A ja znów, w myślach, chwytałem się słów: „Sytuacja? Jaka sytuacja?” – jak gdyby słowa przestały odpowiadać realności mojego ciała, jakbym musiał przypomnieć sobie ich znaczenie lub nigdy go nie znał… Wtedy dotknęła mojej blizny, chwyciła ją delikatnie palcami obu rąk jak zastygłą na mokrej jezdni dżdżownicę. Przez mój kręgosłup przeszła fala. Przeniosła mnie ponownie do czasu, którego nie chciałem pamiętać.

Krótka historia blizny

Miałem 16 lat, kiedy zacząłem tracić równowagę. świat przechylił się na lewą stronę: w trakcie jazdy na rowerze dziwne ciążenie w kościach, podczas spaceru uchodzące spod stóp płyty chodnikowe, na balkonach, mostach, tarasach widokowych przyprawiające o zawrót głowy odczucie, że zaraz otworzy się przede mną otchłań. Nikomu nie mówiłem o tych wrażeniach, nauczyłem się nie opowiadać o towarzyszącym mi poczuciu dezorientacji, które miało się tylko pogłębić. Kilka tygodni później przestałem słyszeć. Świat okryła mokra wata, powiedziałem coś głoś­no do siebie, ale głos dochodził z odległego miejsca, jakby nie z moich ust. Rodzice zaczęli zwracać uwagę, że zdarza mi się odpowiadać zupełnie bez sensu lub nie reagować na prośby, wezwania, pytania. „Hej, pokrój jeszcze… Słyszysz, mówię do ciebie – zobaczyłem przed sobą twarz matki – gdzie jesteś?” Zdecydowali się posłać mnie, po raz pierwszy w mającym się rozpocząć ciągu wizyt, badań, kontroli, do lekarza, który nakazał przeświet­lenie ucha. Maszyna przeniknęła w głąb ciała, rozejrzała się, nic nie odnalazła. „Słyszę w nocy gwizd – powiedziałem lekarzowi – głośny gwizd”. Ten popatrzył na mnie zza biurka, przechylił głowę niczym bezwładna lalka, po czym powoli zamknął kartę pacjenta.

Potem moją głowę zaczął obejmować pulsujący ból. Ledwo dawałem radę wstać z łóżka, światło stało się dotkliwe, przestałem czuć się tym, kim byłem jeszcze niedawno – energicznym chłopakiem, który bez wahania przemierza przestrzeń i czas.

Któregoś popołudnia szedłem w odwiedziny do kolegi, a kiedy mijałem rząd srebrnych świerków, te nagle wygięły się do samej ziemi. Wiatru nie było, panowało ciche, ciepłe popołudnie, a drzewa przypominały katapulty gotowe wyrzucić w stronę pobliskich bloków ciężkie kamienne pociski i zniszczyć place zabaw, ukwiecone balkony, ustawione w rzędach auta, wywołać wojnę w spokojnym mieście. To wydarzenie przypomniałem sobie w trakcie lektury Podróży wokół mojej czaszki Frigyesa Karinthyego. Węgierski pisarz, opisując pierwsze symptomy guza mózgu, z powodu którego miał dwa lata później – po operacji przeprowadzonej przez sławnego szwedzkiego neurochirurga Herberta Olivecronę – umrzeć, wspomina „niewidzialne pociągi” odjeżdżające, czterokrotnie, z miejsca, gdzie nigdy nie kursowały: „Słyszałem agresywny, hałaśliwy, natarczywy dźwięk. Stukot pociągu, tak głośny, że zagłuszał wszelkie rzeczywiste odgłosy – kelner coś mówił, a ja nie słyszałem. Ten dźwięk nie dochodzi z zewnątrz, to pewne, stwierdziłem ze zdziwieniem. I nigdzie nie widzę jego źródła. Ale wobec tego… Pochodzi z wnętrza mojej głowy” (tłum. A. Górecka). Świerki wyginały się do ziemi, grożąc zniszczeniem całego osiedla, ale tylko w mojej głowie, gdzie rósł i przejmował nade mną kontrolę guz mózgu. Konkretnie, jak podaje po łacinie i wielkimi literami szpitalna karta informacyjna: duży guz lewego kąta mostowo-móżdżkowego, nerwiak.

Wszystko przyspieszyło. Lewe oko przestało widzieć, trafiłem do neuro­lożki, która kazała mi stanąć na jednej nodze, podłoga się przechyliła i nazajutrz leżałem już w szpitalu. Badania, wózek inwalidzki, upał, sala dzielona z jęczącymi z bólu mężczyznami. Którejś nocy jeden z nich zawył i zmarł – nie spałem, słysząc pod skórą przeciągły dźwięk alarmu, podano mi znieczulenie, alarm ucichł, zapłakane oczy mojej mamy, chłód sali operacyjnej, jakieś twarze nade mną, bezczucie. „Otworzyli ci puszkę?” – zapytał kolega z pracy, wskazując na moją głowę. Jak odpowiedzieć na takie pytanie? Czy naprawdę chcesz wiedzieć, że operację przeprowadzało ponad 12 godz. dwóch neurochirurgów, że nacięli skórę, rozpiłowali czaszkę, żeby dostać się do mózgu, że przez pół doby czułem zimne, pochłaniające, wypełnione deszczem nic, że obudziłem się, nie mogąc się ruszyć, nagi pod szorstkim prześcieradłem, z rurą drażniącą gardło, w bólu, którego nawet nie próbuję opisać, że zapadła mi się lewa strona twarzy, schudłem kilka­naście kilo­gramów, nie mogłem chodzić, ledwo mówiłem, że mój ojciec topił się w morzu alkoholu, że przyjaciele, kiedy odwiedzili mnie w salce na końcu szpitalnego korytarza, byli przerażeni (opuchnięty i w bandażach, musiałem wyglądać potwornie), że to, co niewidzialne, rosnące wewnątrz mojego ciała, prawie mnie zabiło, że mężczyźni w białych kitlach, kiedy przywrócili mnie do życia, zaczęli traktować moje ciało jak maszynę, maszyna oddycha, maszyna żyje, a więc wszystko w porządku. „Tak, otworzyli – odpowiedziałem z uśmiechem – i wypili przez słomkę”.

Kryzys dotyku

Przez wiele lat uczyłem się przyzwyczajać do wszystkich rodzajów bólu, które pojawiły się po operacji: nawracającego głowy, wykręcającego lewą rękę, napinającego twarzy, skurczającego stóp. Bólu, do którego nie sposób się jednak przyzwyczaić, który pozostawał dla mnie wrogi i niepokojący, a jednocześnie stał się nieodłączną częścią mnie.

Nikomu nie pozwalałem dotykać swojej blizny, ze strachu. Bałem się więc tego, że utracę kontrolę zarów­­no nad swoim ciałem, jak i nad własną narracją.

Lekarzom wy­star­­czy­­ło patrzeć na zdjęcia mojej prześwietlonej czaszki. Fryzjerom wiedzieć, czy mogą bez szkody przejechać po bliźnie maszynką. Ukochanym znać całe moje ciało, lecz tylko fragment historii. W ten sposób trzymałem każdego, a więc i samego siebie, na bezpieczną odległość. Ten sam dystans odnalazłem w Głodzie. Pamiętniku (mojego) ciała Roxane Gay: „Lata­­mi było tak, że jednocześnie istniałam ja, kobieta, za którą się uważałam, kiedy żyłam we własnej głowie, a także kobieta, która musiała dźwigać moje zbyt ciężkie ciało. Nie były tą samą osobą. Nie mogły nią być, bo inaczej nie przetrwałabym tego wszystkiego” (tłum. A. Dzierzgowska). Ten rodzaj dystansu znałem bardzo dobrze, pozwolił mi, podobnie jak amerykańskiej pisarce, przetrwać to wszystko. Całkowitą utratę kontroli nad swoim ciałem, zajętym najpierw przez nowotwór, który zapoznał mnie z umieraniem, następnie przez maszynerię ochrony zdrowia zapisującą swoją opowieść na mojej skórze: setkami igieł wbitych w żyły, dźwiękami maszyn przenikających kości, większymi i mniejszymi rurami wprowadzanymi do gardła, do penisa. Ten dystans był mi potrzebny, żebym mógł żyć w ciele, które doświadczyło przemocy. Przemocy choroby i koniecznej przemocy ochrony zdrowia, która miała chorobę wyleczyć.

Dotyk miał zmniejszyć ten dystans, dopuścić innych do mnie, do włas­nego ciała, do samotności, w której zamknąłem się przez to doświadczenie, otworzyć mnie na własny ból.

Tadeusz Sławek w eseju Cienie i rzeczy stwierdził, że dotykając kogoś, jesteśmy w bliskości, a zarazem obcujemy, to znaczy stajemy się „obcy” dla samych siebie, wy­obcowujemy się z pewności nabytej za sprawą utartych schematów, którymi posługujemy się, poznając świat. Słowo „obcować”, jak podpowiada słownik, ma dwa znaczenia: pierwsze niejasne, wręcz dziwaczne („kontaktować się z kimś lub czymś blisko”), drugie ściśle związane z seksualnym wymiarem dotyku („mieć stosunki płciowe”). Sławek proponuje zaś znaczenie trzecie, problematyzujące sprawę bliskości i stawiające „ja”, poczucie siebie, tożsamość pod znakiem zapytania. Jeśli w dotyku staję się obcy dla siebie, to kim jestem?

Zdaniem amerykańskiej filozofki Karen Barad taka nieokreśloność stanowi klucz do problemu. Innymi słowy: dotykanie staje się podawaniem siebie w wątpliwość. Zmysłową refleksją nad tym, czym „ja” jest i nie jest, czym może być lub nie być. Otwarciem się na inność, na nieskończoną obcość, która potencjalnie zawiera się w „ja”. Dotyk, dodaje Barad, nie jest ani czysty, ani niewinny. Odpowiada za to, co moralnie problematyczne i kłopotliwe, narusza przyjęte normy, różnicuje. Podobnie pisała Anne Carson w tekście Dirt and Desire (Brud i pożądanie), uznając dotyk – fizyczny, moralny, emocjonalny, wyobrażeniowy – za najtrudniejszą kwestię, wobec której jako członkowie ludzkich społeczeństw na co dzień stajemy. Najtrudniejszą, ponieważ naruszającą ustalone granice, przekraczającą ściśle wytyczone kategorie, przynoszącą kryzys. Carson, uznana tłumaczka dzieł Sofoklesa, Eurypidesa, Safony, nie bez przyczyny posługuje się w opisie dotyku słowem „kryzys”, słowem, które w starożytnej grece było związane z momentem podjęcia decyzji, kluczowym punktem, rozróżnieniem.

Mój strach przed dotykiem miał związek z różnicą, ujawniającą się w lustrzanym odbiciu lub na fotografiach: kim jest, zastanawiałem się, osoba, która patrzy na mnie moimi oczami, kim jest obcy, który nosi moją skórę?

Podświadomie wiedziałem, że zmierzenie się z tym, co we mnie obce – nieracjonalne, nieodczuwalne, niepoliczalne, niekontrolowane – pozwoli mi otworzyć się na współczucie. Na wspólne odczuwanie między mężczyzną, za którego się uważałem, kiedy żyłem we własnej głowie, i mężczyzną dźwigającym moje zbyt bolesne ciało.

Spocone pojęcia

Kiedy na pierwszym spotkaniu Malwina dotknęła mojej blizny, miałem wrażenie, jakby wielkie koło – odczuć, wspomnień, zapachów, głosów, osób (czego tam nie było) – zaczęło się we mnie kręcić, pod zamkniętymi powiekami pojawiły się barwne błyskania. Miałem już powiedzieć „koniec, wystarczy”, jednak wszystkie wrażenia momentalnie znikły i zostały tylko jej palce przesuwające się delikatnie, milimetr po milimetrze, po zabliźnionej tkance. „Jest bardzo napięta – stwierdziła – sprawdzę teraz jedną rzecz”, i pokazała mi coś, co…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie