Subskrybuj
Afganka z kotem na granicy białorusko-polskiej w Usnarzu Górnym, 19 września 2021 r. fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl
Reporterka, z wykształcenia antropolożka kultury. Pisze o migracjach i prawach człowieka. Raportowała m.in. z Białorusi, Hiszpanii, Lampedusy, Albanii i irackiego Kurdystanu

Ten Inny na pierwszej stronie

Większość obrazów osób migrujących, które pojawiały się w mediach w ciągu ostatnich kilku lat, buduje obraz jednolitej masy obcych, budzącej w odbiorcach przede wszystkim lęk, a czasem litość.

Niemal cztery lata temu, tuż obok wsi Usnarz Górny, pojawiła się grupa migrantów, która została zatrzymana przez polską Straż Graniczną. Wśród nich była młoda Afganka z kotem na rękach, której zdjęcie obiegło media krajowe i zagraniczne, stając się jednym z symboli kryzysu – humanitarnego, migracyjnego, bezpieczeństwa lub wartości (niepotrzebne skreślić).

To właśnie od Usnarza temat migracji – podnoszony już w 2014 i 2015 r. – na dobre zagościł w polskich środkach masowego przekazu. Oczywiście prawa cyklu medialnego rządziły tym tematem jak każdym innym. To znaczy bywały okresy, w których o tym, co działo się na granicy, donosili jedynie dziennikarze zaangażowani lub regionalni, jednak istotne i sensacyjne zdarzenia wynosiły migracje ponownie na czołówki portali i pierwsze strony gazet. Tak było, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wprowadził stan wyjątkowy na Podlasiu, gdy przejście graniczne w Kuźnicy usiłowała przekroczyć duża grupa cudzoziemców albo gdy w tragicznych okolicznościach zginął polski żołnierz Mateusz Sitek.

Jaki obraz migranta czy uchodźczyni wyłania się z tych wiadomości? I jakie ma to znaczenie dla naszego społeczeństwa?

„Gdzie są dzieci”

– Temat migracji stał się w Polsce czymś na kształt dyskusji o piłce nożnej, tzn. każdy ma swoje zdanie i coś w tej kwestii do powiedzenia. To w dużej mierze efekt oddziaływania mediów – tłumaczy Olena Babakova, dziennikarka, badaczka migracji i wykładowczyni na Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Dyskusji wokół migracji towarzyszą skrajnie silne emocje – znów, podobnie jak w przypadku piłki nożnej. I tu, i tu niezwykle ciężko jest o zgodę czy choćby wysłuchanie swoich racji.

Tak jak wierni kibice, Polacy mają zazwyczaj zdecydowaną opinię na temat tego, czy Polska powinna się otworzyć na cudzoziemców czy nie (według sondażu pracowni Opinia24 z czerwca 2024 r. tylko 9% respondentów nie miało zdania w kwestii tego, czy powinniśmy przyjmować uchodźców) albo kim są ci, którzy docierają do naszych granic, w szczególności na granicę polsko-białoruską.

Można też zauważyć, że równie jednoznaczne stanowiska w tej sprawie zajmuje część dziennikarzy oraz redaktorów, i to nie tylko mediów tożsamościowych, ale także popularnych, centrowych portali informacyjnych. Wróćmy do Afganki z kotem pod czujnym okiem funkcjonariuszy SG. W pierwszych dniach i tygodniach kryzysu na granicy obecność kobiet i dzieci była wyraźnie podkreślana w mediach takich jak Onet, Wirtualna Polska i „Gazeta Wyborcza”.

Wywiezienie do lasu rodziny z dziećmi we wrześniu 2021 r. rezonowało w mediach przez co najmniej kilka tygodni. Grupę nazwano „Dziećmi z Michałowa”, od miejscowości na Podlasiu, gdzie znajdowała się placówka Straży Granicznej, w której znajdowały się dzieci i ich rodziny, zanim miały zostać wywiezione z powrotem do Białorusi. Incydent poruszył opinię publiczną, w obronie „Dzieci z Michałowa” odbyły się protesty w największych polskich miastach. Działania Straży Granicznej zostały potępione przez wielu dziennikarzy, którzy wzięli stronę organizacji pomocowych, niejako powielając ich narrację. „Dzieci z Michałowa głodują na granicy. To już pewne”; „»Push-back« małych dzieci. Uchodźcy wywożeni na granicę”; „Nie przestawajmy pytać »Gdzie są dzieci z Michałowa?«. To odtrutka na jad sączony przez władzę”; „Dzieci z Michałowa. Gdzie są? Straż Graniczna: Ich rodzice nie chcieli pomocy w Polsce” – to tylko kilka tytułów z tamtego okresu, które wyskakują w internetowej wyszukiwarce.

Emocjonalne teksty podkreślające niehumanitarne traktowanie osób na granicy przez kolejne tygodnie, miesiące i wreszcie lata stopniowo zaczęły ustępować miejsca treściom skupiającym się na bezpieczeństwie państwa, podążając za coraz ostrzejszą narracją polityków.

– Na początku częściej oddawano głos organizacjom humanitarnym, przedstawiając prawnoczłowieczą perspektywę na te wydarzenia. Teraz zdecydowanie rzadziej spotykam się z wypowiedziami działaczy w popularnych mediach – przekonuje Babakova.

To, że w kontekście kryzysu na granicy częściej słyszymy o tzw. młodych byczkach niż o kobietach i dzieciach, wcale nie znaczy, że zmienił się profil demograficzny osób, które docierają na granicę polsko-białoruską. Według danych stowarzyszenia We Are Monitoring liczba dorosłych mężczyzn była zdecydowanie większa niż liczba dorosłych kobiet i osób małoletnich, mniej więcej w stosunku setek do dziesiątek, i to od samego początku kryzysu.

Co bynajmniej nie znaczy, że nie było i nie ma tam rodzin z dziećmi – przeciwnie, docierają na Podlasie cały czas. To media zdecydowały się przenieść akcent na obecność mężczyzn – w ślad za doniesieniami SG i głosami polityków. I tak dziś dominuje obraz młodych, nierzadko agresywnych, migrantów w kontrze do kobiet i „Dzieci z Michałowa” z początku kryzysu.

Uchodźca czy migrant?

Polskie redakcje odpowiadają także za zamęt w kwestii nazewnictwa, stosując wymiennie i arbitralnie określenia „migrant” i „uchodźca”.

Tymczasem termin „uchodźca” został dokładnie zdefiniowany w konwencji genewskiej z 1951 r. i opisuje osobę, która „na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem w kraju pochodzenia z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony tego kraju”.

Można się oczywiście spierać, na ile ta definicja przystaje do dzisiejszej rzeczywistości – np. co z osobami, które muszą uciekać z powodu skutków zmian klimatu? Niemniej jest ona prawnie obowiązująca także w Polsce.

Pojęcie „migrant” jest znacznie szersze i opisuje osobę, która podjęła decyzję o przemieszczeniu się, niezależnie od przyczyn. Tu istnieją różne definicje. Przykładowo według ONZ za migranta uważa się osobę, która żyje w obcym kraju ponad rok. Nieistotne jest przy tym, czy osoba była w ojczyźnie zagrożona czy nie i czy przekroczyła granicę w sposób uregulowany.

„Nazywanie uchodźców migrantami czy też imigrantami pomija kwestię prześladowań i zagrożenia życia, co w konsekwencji może prowadzić do zmniejszenia społecznej wrażliwości na ludzką tragedię” – czytamy w poradniku dla dziennikarzy Jak pisać i mówić o uchodźcach, wydanym w 2002 r. przez medialny think tank Instytut Zamenhofa.

Ale co zrobić, jeśli nie wiemy, czy dana osoba uciekła przed niebezpieczeństwem czy z powodu kryzysu ekonomicznego w swoim kraju? Wydaje się, że warto w tym wypadku stosować pojęcie szersze. Ciekawą propozycją jest postulowane przez organizacje humanitarne określenie „osoby w drodze” (zaczerpnięte od angielskiego people on the move), które jest nie tylko pojemne, lecz też wolne od negatywnych skojarzeń z zagrożeniem czy wykorzystywaniem systemu pomocy społecznej, w przeciwieństwie do słowa „migrant” (swoją drogą, może warto spróbować odczarować to słowo?). Jak dotąd jednak „osoby w drodze” pojawiają się jedynie na obrzeżach medialnego spektrum.

Także autorzy poradnika Instytutu Zamenhofa zwracają uwagę, że określenie „nielegalny migrant / uchodźca” jest stygmatyzujące. Nielegalne mogą być działania, ale nie ludzie.

„Osoby, które przebywają na terytorium Polski bez odpowiednich dokumentów, nazywajmy migrantami / uchodźcami o nieuregulowanym (nieudokumentowanym) statusie” – rekomendują.

„Nielegalni imigranci” pojawiali i pojawiają się w artykułach prasowych wręcz nagminnie. Podobnie jak popularne, krzywdzące i budzące lęk określenia zbiorowe, takie jak „fala uchodźców” (zrównanie osób ze stanem w przyrodzie) czy „najazd imigrantów” (utożsamienie z agresją zbrojną), które również upodobali sobie polscy redaktorzy.

Z drugiej ręki

Dehumanizujący język i wojenne metafory („inwazja”, „szturmowanie granicy”, „presja migracyjna”) zaczęły pojawiać się w mediach po 2 września 2021 r. To właśnie wtedy ówczesny rząd wprowadził na granicy strefę stanu wyjątkowego.

Wyłączenie z dostępu obszaru przygranicznego do 3 km w głąb kraju miało tak naprawdę na celu ukrycie przed świadkami pushbacków, czyli wywożenia osób za granicę bez przyjęcia ich wniosków o ochronę, stosowanych wobec cudzoziemców przez Straż Graniczną i Wojsko Polskie. Źródła, którymi dysponujemy, nie wskazują bowiem, by w tym okresie znacząco więcej osób chciało dostać się do kraju ani by radykalnie wzrosło zagrożenie dla bezpieczeństwa regionu.

Wobec zakazu wjazdu na Podlasie redakcje były zmuszone w dużej mierze polegać na relacjach Straży Granicznej i organizacji humanitarnych oraz posiłkować się retorycznymi wybiegami samych polityków. Jedynie nieliczni dziennikarze zdecydowali się łamać obowiązujący zakaz, by wjechać w strefę, za co groziła – jedynie – grzywna.

Karolina Bloch z Centrum Analiz Kryminologicznych UW w swoich badaniach skupiła się na dyskursie medialnym na cztery tygodnie przed wprowadzeniem strefy stanu wyjątkowego i cztery tygodnie po jego wprowadzeniu. Przeanalizowała wiadomości pojawiające się w trzech największych portalach informacyjnych – Interii, Wirtualnej Polsce i Onecie.

„Narracja drugiego okresu objętego analizą jest prowadzona w sposób bardziej oficjalny, co wynika z ograniczenia dostępności. W tym czasie w cytowanych źródłach częściej niż wcześniej pojawiają się wypowiedzi przedstawicieli i przedstawicielek Straży Granicznej i rządu (…), [a] uchodźca stawiany jest w bardziej negatywnym świetle i przedstawiany jako zagrożenie” – pisze badaczka.

Zamknięcie strefy przygranicznej wpłynęło zatem na zwiększenie liczby treści medialnych o antyimigracyjnym wydźwięku, a do tego im ostrzejsza retoryka polityków, tym bardziej sensacyjne cytaty. Co więcej, brak wypowiedzi samych osób migrujących sprawił, że indywidualna, ludzka perspektywa tego kryzysu właściwie zniknęła z przekazywanych relacji. Podstawowym źródłem informacji, zamiast doniesień z terenu, stał się internet, a przede wszystkim social media. – Nie da się mówić o medialnej reprezentacji migrantów i sytuacji na granicy, pomijając narrację pojawiającą się w mediach społecznościowych. Większość materiałów dziennikarskich, nie tylko tych dotyczących migracji, robionych jest „zza biurka”, a autorzy opierają się w głównej mierze na tym, co zostało opublikowane na serwisach typu X czy Facebook – komentuje Agnieszka Całek, medioznawczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Całek wskazuje przy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie