Subskrybuj
Nicholas Carr fot. Geraint Lewis/Writer Pictures/Forum
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Miraże komunikacji

Chcemy zakazać używania smartfonów w szkołach i oczekujemy, że platformy społecznościowe ograniczą dostęp dla nieletnich. To słuszne postulaty. Ale czy widzimy, że świat cyfrowej komunikacji szkodzi nie tylko dzieciom, ale także nam, dorosłym?

Okłamujemy się w kwestii rozwoju technologii komunikacyjnych już od kilku stuleci. Wierzyliśmy, że telegraf, telefon, a potem internet odmienią ludzkość, usuną wojny i konflikty z naszego życia. Dlaczego popełniamy ciągle ten sam błąd?

Jest kilka aspektów. Jeden z nich to nasza arogancja czy pycha. Wierzymy, że skoro zaawansowana komunikacja wydaje się czymś, co odróżnia nas od innych zwierząt, jest to wyjątkowo ludzka zdolność. A skoro nas wyróżnia, to musi być dobra. I jeśli będziemy jej mieć więcej i więcej, będzie coraz lepiej – mimo że, jak staram się pokazać w książce Superbloom: How Technologies of Connection Tear Us Apart (Superrozkwit. Jak dzielą nas technologie łączności), dowody z całej historii wskazują na dokładnie przeciwne zjawisko. Słynny wynalazca Nikola Tesla, mówiąc o planach stworzenia „bezprzewodowego telegrafu”, stwierdził, że dzięki niemu „znikną wojny”; jego rywal, Marconi, deklarował, że radio „uczyni wojnę niemożliwą”. Te słowa padły niedługo przed wybuchem I wojny światowej, wówczas najkrwawszej w dziejach, w której nowe środki łączności odegrały istotną rolę. Komunikacja, choć nie chcemy tego przyznać, często wydobywa z nas to, co najgorsze, a nie to, co najlepsze.

W pewnym sensie oszukujemy się, by chronić się przed rzeczywistością własnych wad i niedoskonałości.

Poza tym istnieje też pozornie racjonalny argument: wiemy, że w wielu przypadkach komunikacja jest dobra. Tak się uczymy, budujemy relacje, zakochujemy się.

Widząc to wielokrotnie w różnych aspektach ludzkiego życia, zakładamy, że skoro pewna ilość komunikacji jest dobra, to więcej komunikacji musi być jeszcze lepsze. To założenie leży u podstaw całej koncepcji rynku idei – przekonania, że jeśli tylko wprowadzimy do obiegu jak najwięcej idei, najlepsze z nich wypłyną na wierzch. To nieprawda, ale można zrozumieć przekonanie, że jeśli coś wydaje się dobre w umiarkowanych ilościach, to w większych będzie jeszcze lepsze – choć historia wielokrotnie pokazuje, że to pomyłka.

Warto odnotować to, o czym mówią prymatolodzy – od innych naczelnych odróżnia nas nie tylko złożona komunikacja, lecz to, że praktykujemy ją kolektywnie. Coś może działać w małych grupach do 150 osób (zgodnie ze znaną hipotezą o tzw. liczbie Dunbara), ale dodanie technologii i połączenie całego świata zmienia wszystko, prawda?

Absolutnie tak. Jest to kolejny przykład naszej arogancji – wierzymy, że możemy dostosować nasz umysł i nasze społeczeństwa do wszystkiego, co nas spotyka. Wierzymy, że skoro potrafimy zorganizować małą społeczność lokalną, aby czynić dobro, to możemy zorganizować cały świat w ten sam sposób.

A przecież, jeśli pomyślimy o gatunku ludzkim, ewoluowaliśmy, by komunikować się w konkretnym miejscu i czasie, z innymi ludźmi fizycznie obecnymi obok nas.

Nie ma szczególnego powodu, by zakładać, że ta umiejętność ewolucyjna, absolutnie niezbędna do budowania cywilizacji, będzie taka sama, gdy porozumiewamy się z ludźmi, których fizycznie obok nas nie ma, istniejącymi tylko jako obrazy lub słowa na ekranie.

Potentaci technologiczni lubią mówić, że ludzkie społeczeństwa i wspólnoty będą się skalować tak jak sieci komputerowe. To błędne przekonanie – nasza psychika nie jest dobrze przystosowana do rozmawiania ze wszystkimi przez cały czas.

Dziś coraz częściej nasze doświadczenia są zapośredniczone przez ekrany. Urządzenia mobilne stają się problematyczną barierą między ludźmi, zwłaszcza młodymi, a rzeczywistością. Jak moglibyśmy rozwiązać ten problem?

Poza wszystkimi szczegółowymi problemami z polaryzacją polityczną, mową nienawiści i wrogością przepływającą przez nasze ekrany nadrzędną, najpoważniejszą kwestią jest to, że coraz bardziej komfortowy jest dla nas sam fakt doświadczania świata i życia przez ekrany – doświadczania zapośredniczonego zamiast bezpośredniego.

Było wielu prognostów, jak Jean Baudrillard, którzy twierdzili, że gdy adaptujemy się do świata wirtualnego, spędzając coraz więcej czasu przed ekranami, to staje się on dla nas bardziej realny niż fizyczny świat. Ale większości z nas trudno się przyznać, że takie życie już prowadzimy i że jest ono bardzo wygodne.

W ostatnim czasie dzięki pracom Jonathana Haidta i Jean Twenge o doświadczeniach nastolatków żyjących w dużej mierze online zaczynamy dostrzegać wiele problemów, nie tylko związanych z psychiką młodych ludzi.

W wielu częściach świata mówi się, że musimy ograniczyć nastolatkom dostęp do tych technologii, ponieważ wypaczają one ich poczucie rzeczywistości.

Nie sądzę, byśmy już kolektywnie zauważyli, że te obawy dotyczą także dorosłych. Mam nadzieję, że to nastąpi. Niepokoi mnie, że za łatwo adaptujemy się do spędzania życia przed ekranem smartfona, że tworzymy tam iluzję ciągłego życia towarzyskiego, że zbyt łatwo wybieramy hiperrzeczywistość zamiast rzeczywistości.

Czy ta zapośredniczona komunikacja zmienia nasze rozumienie, czym w ogóle jest porozumiewanie się ludzi ze sobą? George Bernard Shaw powiedział kiedyś: „Największym problemem komunikacji jest iluzja, że do niej doszło”. Często, gdy technika pośredniczy, przekaz nie dociera zgodnie z naszymi intencjami.

Shaw ma absolutną rację. Widzimy to nawet podczas rozmowy twarzą w twarz, w tym samym pomieszczeniu, w tym samym czasie – często mylnie zakładamy, że ktoś w pełni odbiera to, co chcemy mu przekazać. Mówimy coś, a dopiero potem uświadamiamy sobie, że druga osoba mogła to źle zrozumieć. Żartujemy, a żart jest traktowany serio.

Oznacza to, że nawet gdy jesteśmy obok siebie i możemy czytać z wyrazu twarzy, mowy ciała, patrzeć sobie w oczy – komunikacja jest obarczona ryzykiem błędnej interpretacji.

Kiedy jednak przenosimy komunikację na ekran, nie mamy już nawet fizycznych wskazówek, gestów, mowy ciała, które poza słowami są niezwykle istotne w procesie interpretowania tego, co ludzie myślą i czują. Zatem ryzyko niezrozumienia staje się znacznie większe.

A jednak, ponieważ technika zachęca nas do coraz częstszej komunikacji, wymieniamy coraz więcej wiadomości online – szybko, chaotycznie i mało rozważnie. Nie wyrażamy się tak jasno przez urządzenia techniczne, a jednocześnie nie dajemy ludziom wskazówek, których potrzebują, by nas właściwie zinterpretować.

Może warto rozróżnić między prawdziwym komunikowaniem się a udostępnianiem treści? To drugie robimy przez tę czy inną technologię, a pierwsze wymagałoby fizycznej obecności i odbierania wszystkich sygnałów związanych z głębszym znaczeniem.

Tak, myślę, że ma Pan rację. Nie sugeruję jednak, że zapośredniczona komunikacja jest nieuchronnie zła. Od czasów telegrafu i telefonu używaliśmy mediów jako uzupełnienia komunikacji osobistej. Problem pojawia się, gdy mamy system technologiczny, w którym możliwościom komunikacji nie ma końca.

Kiedyś, zanim pojawił się internet, były momenty, gdy po prostu byliśmy sami. Okazuje się to bardzo ważne – ten czas, gdy można pomyśleć o swoich relacjach z innymi ludźmi, podążać za własnym tokiem myślenia, nadać sens swojemu społecznemu „ja”. Kiedy istnieje stała komunikacja, do której jesteśmy przyciągani (bo jesteśmy istotami społecznymi i chcemy wiedzieć, co inni mówią), to możliwości błędnej interpretacji i gorszego wyrażania siebie po prostu potężnie się mnożą.

Dotyczy to też zjawiska, które nazywa Pan związanym z mediami społecznościowymi „kolapsem treści” (ang. content collapse), czyli utratą przez informacje swojej specyfiki i znalezieniem się ich w jednej kategorii nazywanej po prostu „treściami”, których rozprzestrzenianiem się dyrygują algorytmy. Co więcej, sami również zaczynamy traktować siebie jak treści. Susan Blackmore pisała w Maszynie memowej o „selfpleksie” – funkcjonalnym zgrupowaniu ściśle powiązanych ze sobą informacji, które składają się na nasze „ja”.

Spójrzmy na to w kategoriach autodefinicji. Z wielu badań i dyskusji w obszarze psychologii społecznej w ciągu ostatniego stulecia wyłania się wniosek, że nasze poczucie własnego „ja” nie ma źródła wyłącznie w nas samych. Nieustannie próbujemy odszyfrować, jak inni ludzie na nas reagują, a następnie kształtujemy siebie, aby wpływać na te reakcje.

Owo nieprzerwane czytanie w cudzych myślach jest niezwykle ważne dla przekształcenia nas z egoistów w ludzi, którzy dobrze funkcjonują w społeczeństwie. Dzieje się to poprzez zrozumienie, jak się prezentujemy, a jednocześnie poprzez interpretowanie zachowań innych osób.

Nasza osobowość się pogłębia, gdy przechodzimy od grupy do grupy w czasie i w przestrzeni i gdy mamy możliwość odczytywania fizycznych sygnałów, gestów. To zawsze było niezwykle istotne dla rozwoju poczucia własnego „ja”.

Kiedy komunikujemy się ze wszystkimi naraz, kiedy nie ma żadnych granic społeczno-czasowych między wydarzeniami towarzyskimi, to wiemy, że nie możemy już odczytywać fizycznych sygnałów, które wykraczają poza słowa. Jednocześnie, wciąż chcemy odczytywać, jak inni nas oceniają, ale możemy to zrobić tylko poprzez sprawdzanie, ile polubień dostał nasz post, ilu mamy obserwujących lub znajomych, jakich emotikonów czy ilu wykrzykników ludzie używają, gdy do nas piszą.

Stale więc odczytujemy wszystkie te małe, pozbawione niuansów, symboliczne znaki, próbując dowiedzieć się, czy jesteśmy dobrze odbierani. Stajemy się trochę jak firmy (zwłaszcza firmy medialne), które w ten sposób określają, jak radzą sobie ich produkty. Zachęca się nas do myślenia o sobie jako o treści, którą nadajemy przez media społecznościowe do dużej publiczności, a następnie dokonywania autooceny poprzez liczbę polubień i inne ilościowe miary.

Ostatecznie znacznie spłyca i wypłaszcza to naszą osobowość oraz poczucie własnego „ja”, ponieważ stajemy się programistami siebie, nadawcami siebie, zamiast przechodzić przez złożone procesy adaptacji i interakcji w ramach różnych sytuacji społecznych.

Wiąże się to także z rolą empatii. Dziś jeden z najbogatszych ludzi świata, Elon Musk, twierdzi, że empatia jest problemem naszej cywilizacji. I wcale nie ma na myśli tego, że jest jej za mało.

Gdy tacy potentaci technologiczni jak Zuckerberg czy Musk zaczynają mówić, że empatia jest problemem, ujawniają coś o sobie samych. Pokazują, że nie są szczególnie dobrze społecznie dostrojonymi ludźmi i że pewnie nigdy nimi nie byli.

Można więc zrozumieć, dlaczego ktoś, komu brakuje empatii, mówi: „To nie jest moja słabość. To właściwie siła. Musimy wyjść poza empatię”. W pewnym sensie te komentarze są po prostu odbiciem psychologii części (już nie takich) młodych mężczyzn, którym daliśmy ogromną władzę nad społeczeństwem, mimo że brakuje im niektórych z fundamentalnych umiejętności społecznych, jak właśnie zdolność do empatii.

Jednocześnie, co podkreśla Pan w swojej książce, empatii, podobnie jak komunikacji, nie da się technologicznie skalować.

Gdy dostosowujemy się do techniki, mamy tendencję do rekonfigurowania siebie, aby odzwierciedlać to, co technika uważa za ważne, i umniejszać inne umiejętności. W mojej książce Płytki umysł 15 lat temu opisałem, jak ten proces przebiega na poziomie intelektualnym – że jeśli jesteśmy ciągle rozpraszani przez technologie i tracimy zdolność do głębokiego, kontemplatywnego, refleksyjnego myślenia, to ludzie zaczynają twierdzić, że takie rozumowanie nie jest właściwie ważne. Tak naprawdę stoi ono na drodze do szybkiego przetwarzania wielu informacji. W rezultacie przedefiniowujemy, co jest dobre w naszym myśleniu, i pozbywamy się zdolności, które są poza zasięgiem techniki, a zatem zdolności głębokiego czytania, skupionej uwagi. Mimo to sugerujemy, że sposób, w jaki technika zmienia nasz umysł, by był rozproszony i ciągle zbierający małe kawałki informacji, jest dla nas dobry.

Z empatią dzieje się teraz coś bardzo podobnego. Media nie są szczególnie skuteczne w generowaniu współczucia – to bardzo złożona emocja, powstająca powoli w naszym umyśle, wymagająca odczytywania wielu fizycznych sygnałów od innych ludzi.

A ponieważ technika nie radzi sobie z promowaniem tego rodzaju emocji, mówimy, że nie są ważne. Ponownie jako największą wartość przyjmujemy szybką wymianą wiadomości…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem