Subskrybuj
Ilustracja: Paweł Smardzewski
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Wielkie odosobnienie

Coraz mniej czasu spędzamy na kontakcie twarzą w twarz. Pomaga w tym technologiczna infrastruktura: zamiast wyjść na miasto, można zamówić jedzenie do domu, odpalić film na Netflixie, „pogadać” na komunikatorze. I choć wszystko to jest wygodne,
to z jakiegoś powodu czujemy się coraz gorzej.

Zlecenie napisania tego tekstu dostałem mailem. Jeśli mnie pamięć nie myli, wszystkie inne eseje, które napisałem do miesięcznika „Znak”, zostały zamówione właśnie tą drogą. Ewentualnie to ja proponowałem pomysły. Również mailowo. Konspekt tekstu wysłałem – a jakże – pocztą elektroniczną. W ten sposób dostałem też materiał do autoryzacji. Gdy wspólnie z Łukaszem Komudą, moim dobrym kolegą, z którym prowadzimy podcast „Ekonomia i cała reszta”, pisaliśmy dla Znaku wydaną w zeszłym roku książkę Ile trzeba zarabiać, żeby być szczęśliwym, także większość wymiany pomysłów przebiegała mailowo. Mimo kilkuletniej współpracy głos redaktorów miesięcznika słyszałem dosłownie parę razy – podczas dających się policzyć na palcach jednej ręki spotkań online oraz kilku rozmów telefonicznych.

W mojej pracy freelancera to nie jest wyjątek. Na żywo nie widziałem żadnej z osób, które obecnie przyjmują moje artykuły. A regularnie, jako autor, współpracuję z kilkoma tytułami. Z niektórymi redaktorami rozmawiam telefonicznie, ale ze sporą częścią tylko mailowo lub przez komunikatory. Był pewien okres w mojej karierze, kiedy nie znałem głosu prawie żadnego z moich zleceniodawców – wszystko załatwialiśmy przez internet. Działałem więc trochę jak płatny zabójca – nie wiedziałem, jak wyglądają moi zleceniodawcy, nie znałem tonu ich głosu. Tak było wygodnie.

Esej ten piszę, siedząc w swoim mieszkaniu (mieszkam sam) na dziewiątym piętrze warszawskiego bloku z wielkiej płyty. Nie wiem, czy dzisiaj będę się z kimś osobiście widział. Jeśli przesadnie dużo czasu zajmie mi praca, zamówię sobie jedzenie z dowozem. Przez aplikację; nie będę musiał z nikim rozmawiać. Do kuriera prawdopodobnie wypowiem jedynie grzecznościowe „dziękuję”.

Gdybym się uparł, mógłbym nie kontaktować się bezpośrednio z nikim całymi dniami albo nawet tygodniami. Pracuję zdalnie, jedzenie mogę zamawiać na dowóz, na dobrą sprawę mógłbym również wszystkie zakupy zrobić online. Czyż nie ma lepszej opowieści o samotności współczesnego człowieka?

Jednocześnie za każdym razem kiedy pracowałem w redakcji z innymi ludźmi, czułem jakiś rodzaj – jak to się mawia w języku kultury terapeutycznej – napięcia w ciele. Po prostu wolałem pracować sam. Ceniłem sobie ten spokój pisania w otoczeniu moich myśli zagłuszanych czasem (no dobrze – dość często) strumieniami socialmediowej waty płynącej potokami z dołu do góry ekranu mojego telefonu. Raj dla introwertyków.

Nie nazwałbym jednak swojego stanu samotnością. Mam sporo znajomych, kilkoro przyjaciół, osób naprawdę mi bliskich. Codziennie rozmawiam z nimi przez komunikatory. Widujemy się co najmniej raz na tydzień, czasem kilka razy w tygodniu. Chodzimy do knajp, na spacery, wyjeżdżamy na mniejsze lub większe wycieczki.

Takich ludzi jak ja z pewnością jest w społeczeństwie niemało. Technologia dała nam możliwość realizacji własnych preferencji – spędzania z ludźmi takiej ilości czasu, jaka wydaje się nam optymalna.

Patrząc z tej perspektywy, widzimy więc, że mamy do czynienia nie tyle z „epidemią samotności”, ile ze spełnieniem głębokich dyspozycji, których wcześniej część osób po prostu nie mogła realizować. Nie było bowiem zbyt wiele przestrzeni na home office, nie było aplikacji pozwalających na zamówienie jedzenia, nie było maili ani komunikatorów.

Przez wiele dni, kiedy zbierałem materiał do tego tekstu, zastanawiałem się nad czterema sprawami. Po pierwsze: czy nagłówki mówiące o epidemii samotności znajdują potwierdzenie w rzeczywistości? Czy nie są – jak to często w mediach bywa – przesadzone? Przecież – co dostrzegam na własnym przykładzie – bycie samemu ze sobą nie musi oznaczać samotności. Po drugie: jeżeli diagnoza o narastającej samotności jest nieprecyzyjna, to co powinno ją zastąpić? Bo przecież doskonale widzimy, że jakaś zmiana w społeczeństwie zaszła. Po trzecie: w jaki sposób cały proces jest napędzany nowymi technologiami i modelami biznesowymi firm gigantów i jak to wtórnie oddziałuje na nas wszystkich? Po czwarte w końcu: czy wolny wybór samotności jest zawsze czymś dobrym? Czy naprawdę „chcącemu nie dzieje się krzywda”?

Samotność jak palenie papierosów

W 2023 r. został opublikowany głośny raport autorstwa Viveka H. Murthy’ego, naczelnego chirurga Stanów Zjednoczonych (Surgeon General of the United States; zadaniem urzędu jest doradzanie rządowi federalnemu w kwestiach zdrowia publicznego). Opracowanie nosiło znamienny tytuł Our Epidemic of Loneliness and Isolation (Nasza epidemia samotności i izolacji) i zawierało m.in. przegląd badań odnoszących się do związku samotności ze zdrowiem.

„Ustalenia naukowe z różnych dyscyplin, w tym epidemiologii, medycyny, neuronauki, psychologii i socjologii, prowadzą do tych samych wniosków. Więzi społeczne są istotnym wskaźnikiem długowieczności i lepszego zdrowia fizycznego, poznawczego i psychicznego. Izolacja społeczna i osamotnienie z kolei zwiększają prawdopodobieństwo przedwczesnej śmierci i złego stanu zdrowia” – czytamy w analizie.

Media najczęściej chyba cytowały z opracowania wniosek, że brak społecznych kontaktów jest tak samo niebezpieczny dla zdrowia jak palenie ponad 15 papierosów dziennie. Jednocześnie jest bardziej szkodliwy niż wypijanie każdego dnia sześciu drinków, brak aktywności fizycznej, otyłość czy zanieczyszczenie powietrza.

W raporcie możemy przeczytać, że 16 niezależnych, podłużnych badań (czyli takich, jakie przez dłuższy czas obserwują te same osoby, sprawdzając ich kondycję i/lub zadając wielokrotnie te same pytania) wykazało, iż izolacja, samotność i słabe wsparcie społeczne podwyższały ryzyko chorób serca o niemal 30% oraz zwiększały ryzyko udaru o 32%.

Analiza tłumaczy też, że osoby z niewielką liczbą kontaktów towarzyskich, zwłaszcza mieszkające samotnie, mają mniejszą szansę na dotarcie do szpitala w przypadku poważniejszego kryzysu zdrowotnego (ponieważ nie ma w mieszkaniu nikogo, kto zauważyłby zasłabnięcie). To z kolei zwiększa ryzyko zgonu z powodu kłopotów z sercem.

Jedno z cytowanych w opracowaniu badań dowodziło, że osoby realizujące sześć lub więcej ról społecznych (np. małżonek, rodzic, przyjaciel, współpracownik, zawodnik w lokalnej drużynie oraz – dajmy na to – członek w grupie rekonstrukcyjnej) miały czterokrotnie niższe ryzyko zachorowania na przeziębienie w porównaniu z osobami mającymi mniejszą liczbę więzi. Prawdopodobnie jest to kwestia tego, że interakcje społeczne wpływają pozytywnie na odporność naszych organizmów.

Co być może najbardziej przerażające – wzmożone raportowanie samotności łączyło się też ze wzrostem ryzyka rozwoju choroby Alzheimera oraz zwiększało ryzyko samouszkodzeń. „Izolacja społeczna jest prawdopodobnie najsilniejszą i najbardziej wiarygodną zmienną dla myśli samobójczych i prób samobójczych wśród grup różniących się wiekiem, narodowością i umiejscowieniem na skali klinicznych objawów zdrowia” – czytamy.

Jak zmierzyć samotność?

Oczywiście w dużej części mamy tu do czynienia z analizami korelacyjnymi. Być może część osób, która zaczyna podupadać na zdrowiu, z jednej strony ma coraz mniej siły na spotkania ze znajomymi i rodziną, a z drugiej – trafia na bariery w utrzymywaniu relacji społecznych. Takimi utrudnieniami mogą być choćby niedostosowana architektura czy np. spadek dochodu, który ogranicza szanse na wspólne biesiadowanie i wyjazdy. To z kolei może być samonapędzającym się mechanizmem dalej pogarszającym stan zdrowia, który wtórnie jeszcze bardziej utrudnia spotkania. Na problem z ustaleniem pierwotnej przyczyny zwracają uwagę naukowcy pod wodzą Ryo Naity, którzy są autorami metaanalizy Social isolation as a risk factor for all-cause mortality (Społeczna izolacja jako czynnik ryzyka dla śmierci z różnych przyczyn) opublikowanej w prestiżowym czasopiśmie naukowym „PLOS One”.

Należy w tym miejscu zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem analizowania związku samotności i zdrowia. Otóż nie jest łatwo to zagadnienie badać, ponieważ naukowcy nierzadko posługują się odmienną metodologią. Jak zaznaczają autorzy wspomnianego wyżej artykułu z „PLOS One”, zazwyczaj w materiałach naukowych pojawia się kategoria „izolacji społecznej”, którą mierzy się w dwojaki sposób. Po pierwsze, po prostu pyta się badanych, czy czują się samotni. A po drugie, sprawdza się obiektywne kryteria takie jak np. częstotliwość ich kontaktów z innymi osobami.

Noreena Hertz, autorka głośnej książki Stulecie samotnych. Jak odzyskać utracone więzi, przywołuje z kolei zaproponowaną w 1978 r. przez badaczy z Uniwersytetu Kalifornijskiego tzw. skalę samotności. Kwestionariusz zawiera 20 pytań, takich jak: „Jak często czujesz, że brakuje ci towarzystwa?”, „Jak często czujesz się bliski ludziom?”, „Jak często czujesz, że naprawdę nikt dobrze cię nie zna?”.

Autorka idzie dalej i proponuje, żeby kategorię „samotności” traktować jeszcze szerzej i dopisać do niej np. brak reprezentacji politycznej, wykluczenie rasowe czy seksistowskie odzywki w pracy.

Kalifornijska skala nie jest jednak powszechnie stosowanym narzędziem, nie mówiąc już o niezwykle szerokiej koncepcji samotności jako braku reprezentacji politycznej. Tak ogólna definicja zresztą wydaje się więcej gmatwać, niż wyjaśniać. Jesteśmy więc skazani na mniej precyzyjne sposoby pomiaru, o których pisali badacze pod wodzą Ryo Naity.

Grupa pracowników naukowych kierowanych przez Naitę wyjaśnia również, jak prawdopodobnie wygląda mechanizm stojący za związkiem samotności i złego stanu zdrowia. Otóż izolacja społeczna związana jest z niższą samooceną, co z kolei może prowadzić do utraty motywacji i braku zainteresowania swoim dobrostanem. Samotni częściej sięgają po używki (aby poradzić sobie ze stresem związanym z samotnością), kiepsko się odżywiają i mniej czasu spędzają na aktywności fizycznej.

Epidemia, której nie ma

Samotność pokolenia Z, podobnie jak jego zła kondycja psychiczna, wydaje się jednym z lejtmotywów obecnej debaty publicznej. Podobnie zresztą jak domniemana „epidemia samotności”. I oczywiście temat nie jest domeną tylko polskiego podwórka. Bynajmniej – to my zaciągamy mody intelektualne z zagranicy. W Wielkiej Brytanii i w Japonii powołano nawet agendy rządowe, których zadaniem było zajmowanie się sprawami osób doświadczających izolacji społecznej.

Jest tylko jedna kwestia. Choć nie ulega wątpliwości, że samotność stanowi problem społeczny pogarszający zdrowie fizyczne osób nią dotkniętych, to mówienie o „epidemii” jest kontrowersyjne.

Zajrzyjmy do raportu CBOS na temat samotności z 2024 r. W opracowaniu Kto jest najbardziej narażony na samotność instytucja pytała: „Czy zdarzają się Panu(-ni) sytuacje, w których, pomimo iż dookoła są różni ludzie, to czuje się Pan(i) osamotniony(-na)?” (na marginesie: bliźniaczo podobne pytanie pojawia się we kwestionariuszu „skali samotności” Uniwersytetu Kalifornijskiego). W 2024 r. rzeczywiście – jak podawano alarmistycznie w wielu mediach – mieliśmy do czynienia z dwukrotnym w porównaniu do 2017 r. wzrostem odpowiedzi: „Tak, zawsze tak się czuję”, oraz: „Tak, bardzo często tak się czuję”. Ważne są jednak poziomy odniesienia.

Otóż w 2017 r. 1% osób czuł się „zawsze osamotniony”. A w roku 2024 było to 2%. Jeśli chodzi o odsetek respondentów, którzy czuli się „bardzo często osamotnieni”, wzrósł on z 3 do 6%.

Z jednej strony wzrosty były drastyczne, z drugiej – mieściły się w okolicach błędu statystycznego. A trend powinien nas niepokoić, jeśli po pierwsze, jest wyraźny, a po drugie, widać go od wielu lat.

Tymczasem z danych CBOS jasno taki trend nie wynika. Instytucja prezentuje jeszcze jeden punkt „próbkowania”, czyli rok 2005. Okazuje się, że 20 lat temu samotnych czuło się znacznie więcej osób niż obecnie.

Zerknijmy do jeszcze jednego raportu instytucji. W opracowaniu Więzi społeczne A.D. 2024 możemy znaleźć odpowiedź na pytanie „W jaki sposób w ciągu ostatnich 12 miesięcy najczęściej spędzał(a) Pan(i) swój wolny czas?”. W tym badaniu mamy cztery punkty kontrolne: 2005, 2012, 2017 i 2024. Jeżeli mielibyśmy do czynienia z pogłębiającym się problemem społecznej izolacji, to powinna rosnąć grupa osób spędzających czas w pojedynkę. Tymczasem tak się nie dzieje. W 2005 r. odsetek osób, które spędzały czas „raczej samotnie”, wynosił 8%. W 2024 r.  było to – no cóż – 8%.

Podsumujmy: z polskich opracowań, zadających podobne pytania w ciągu ostatnich 20 lat, nie wyłania się obraz galopującej epidemii samotności. Wydaje się, że poczucie izolacji utrzymuje się, z delikatnymi wahnięciami, na zbliżonym poziomie.

Zaznaczę, że możliwe jest, iż ogólne dane kryją jakąś grupę (bądź grupy), w której problem samotności naprawdę narasta. Mimo godzin poszukiwań nie znalazłem jednak danych dla Polski, które wskazywałyby wieloletnie trendy dla poszczególnych grup demograficznych – mężczyzn, kobiet czy też osób młodych. Być może więc subiektywnie postrzegana izolacja społeczna gdzieś wzrasta, ale nie wiemy gdzie. Tym bardziej wydaje się, że nagłówki straszące „epidemią samotności” są przesadzone. Trend rosnącej samotności trudno dostrzec również w Stanach Zjednoczonych. Sprawie przyjrzał się researcher platformy Our World in Data, Esteban Ortiz-Ospina. Co dostrzegł, a raczej czego nie zauważył?

„Pomimo popularności twierdzenia o tym, że samotność jest coraz powszechniejsza, mamy zaskakująco mało dowodów na potwierdzenie tej tezy. Nie mówiąc już o tym, że samotność miałaby rozprzestrzeniać się z prędkością epidemii. To prawda, że na całym świecie coraz więcej ludzi żyje w jednoosobowych gospodarstwach domowych. Ale samotność i odosobnienie to nie to samo” – czytamy w artykule. O co więc w tym wszystkim chodzi?

Odosobnienie

Żeby zrozumieć, co się z naszym społeczeństwem dzieje, powinniśmy zrobić rozróżnienie na dwa wspomniane już pojęcia, które w amerykańskiej literaturze oddają słowa lonelinesssolitude. Pierwsze oznacza „samotność”, drugie „odosobnienie”. Przy czym ten pierwszy wyraz zawiera naddatek znaczeniowy niedobrowolności, drugi zaś wyboru. O ile więc zarówno w Polsce, jak i na świecie nie jest łatwo dostrzec narastającą samotność, o tyle w danych zdecydowanie widać wzrost „odosobnienia” rozumianego jako kurczenie się ilości czasu spędzanego twarzą w twarz. Trend ten widać od dekad w całym świecie rozwiniętym, również w naszym kraju. Podczas jednej z facebookowych dyskusji lewicowy publicysta i redaktor naczelny pisma „Nowy Obywatel” Remigiusz Okraska zwrócił uwagę na międzypokoleniową zmianę odnoszącą się do spędzania czasu wolnego w Czechach. Cytował przy tym portal PrahaIn.cz: „Czy fenomen czeskich knajp jest zagrożony? Nie jest już tylko zagrożony. On znalazł się w zapaści. Dzisiejsi młodzi nie wiedzą nawet, jak się bawić jak dawniej, siedzą w domu, przed komputerem, poznają nowych ludzi w sieci. Piszą do siebie na komunikatorach, prawdopodobnie nawet już do…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem