Subskrybuj
Michał Kempa (il. Magdalena Pelc)
Komik, stand-uper, w TVP 2 z Wojciechem Fiedorczukiem prowadzi program Niepewne sytuacje. Kolarz amator. Autor i współzałożyciel serwisu Kultura kolarska

Zjazd, proszę wybaczyć

Powtarzanie tej samej trasy kilka razy w tygodniu, przejeżdżanie obok tych samych miejsc. Zapamiętywanie ich, zakodowywanie. A to wszystko w czasie dopaminowego haju: z tętnem pomiędzy 120 a 160 uderzeń na minutę, z muzyką w uszach. Mózg w czasie jazdy działa jak szalony

Kolarstwa szosowego nie da się uprawiać „trochę”. Nie wystarczy 30-kilometrowa runda raz w tygodniu. Jak cię wciągnie, to szybko będziesz chciał więcej. Nie 30, ale 50 km. Nie raz, ale trzy razy w tygodniu. Codziennie? Prawie codziennie, z tym że już nie 50, ale i 100, 150, jeśli znajdziesz czas. Jeździsz więcej i coraz większy jest teren, który staje się „twój”. „Twój” na bardzo specyficzny, kolarski sposób.

Najpierw mijam kapliczkę. Drewnianą, wyrytą całkiem niedawno, bo jakieś 15 lat temu. Prawdopodobnie przez jednego z sąsiadów. Czasem ktoś się przy niej modli, lecz częściej siedzą tu jakieś tutejsze dzieciaki. Czasem coś palą, czasem może i piją. Może spotykają się na randki. Widząc je, próbuję w głowie odpowiadać sobie na te pytania, jednak najczęściej nie zdążam z odpowiedzią, bo dojeżdżam już do Strażnicy, a Strażnica nieustannie uruchamia mi inne wspomnienia. Ile razy bym koło niej przejechał, przypomina mi się wujek Janusz, który po którejś z zakrapianych rodzinnych imprez zapytał swojego syna Kubę: „Czy idziesz na Strażnicę?”. Ten, zdziwiony, odparł: „Po co?”, na co wujek odpowiedział po prostu: „No bo kiedyś się chodziło”. Bo rzeczywiście budynek OSP Stare Bielsko w Bielsku-Białej, a raczej przystanek i mały parking obok niego przez lata były miejscem schadzek, imprez, bójek i pierwszych pocałunków młodych ludzi z dzielnicy, w której mieszkam. Kapliczka nigdy nie dorówna legendzie Strażnicy.

To tu od paru ładnych lat zaczynam większość swoich szosowych treningów.

Nie myślałbym tyle o wszystkich tych budynkach, przystankach, płotach, parkingach i kapliczkach, gdyby nie nałogowa jazda na rowerze.

Powtarzanie tej samej trasy kilka razy w tygodniu, przejeżdżanie obok tych samych miejsc. Zapamiętywanie ich, zakodowywanie. A to wszystko w czasie dopaminowego haju: z tętnem pomiędzy 120 a 160 uderzeń na minutę, z muzyką w uszach. Mózg w czasie jazdy działa jak szalony. Myśli się dużo, intensywnie i krótko. Jedna wnikliwa obserwacja zastępuje drugą. Widzisz więcej, myślisz mocniej. Ale wszystko ma swoją cenę. Ze Strażnicy zaczyna się pierwszy zjazd. Przy prędkości ok. 60 km/h oglądanie świata wokół jest trochę ograniczone, a i tak przez te ok. 800 m i kilkanaście sekund zdąży zawsze przelecieć mi przez głowę, że jakieś 25 lat temu ten zjazd był jeszcze brukowany. I pierwszy raz jechałem go na rowerze w drugą stronę: pod górę i po bruku. Dokładnie tak jak jeździ się na legendarnym Ronde van Vlaanderen, wyścigu dookoła Flandrii. Ponieważ bruk jest dla kolarzy dodatkowym utrudnieniem, dla kibiców staje się atrakcją. Stąd właśnie popularność „północnych klasyków”, czyli serii jednodniowych wyścigów w Belgii i północnej Francji. Brukowane odcinki jezdni nie mają tam już innego zastosowania niż kolarskie: znane są przypadki, że świeży i równy asfalt od nowa pokładano brukiem, tak by odrestaurować kolarską tradycję. W Starym Bielsku do tego etapu kolarskiego rozwoju jeszcze nie doszliśmy. Pozostaje mi jedynie wspomnienie po tej niewygodnej kostce. Miałem może z 12 lat, a rower kojarzył mi się tylko z przymusem pokazywania kolegom, że „też potrafię robić to co oni”. Trochę się od tego czasu zmieniło, lecz to porównywanie do kolegów chyba dalej ze mną zostało. Po zjeździe idzie już szybciej: na rondzie w Wapienicy widać z daleka siedzibę zakładów Labo. Choć pewnie zakładów już dawno nie ma, podobnie jak większości dawnych „zakładów”, jak się po prostu mówiło na kompleks przemysłowych budynków w tej dzielnicy. Labo produkowało kultowy Eurobiznes. Tak, tak: zakład produkcji gier planszowych. Zaraz za tym rondem, na którym zwykle skręcam w prawo, czyli w dół, jadę ścieżką rowerową. Brudną i zaniedbaną. Ale lepsze to niż to trąbienie samochodów. Po prawej mijam bloki policyjne. Dwóch kolegów z mojej klasy tam mieszkało: Dawid Ilkiewicz i Igor Konieczny. Co dziś robią, nie wiem. Wiem, że nie zostali policjantami jak ich ojcowie. Ten ok. kilometrowy odcinek jest dobry na rozkręcenie nogi, jedzie się szybko, lekko w dół, przy czym ciągle trzeba pedałować. Potem zostaje mi już tylko przejazd nad „dwupasem” w kierunku Międzyrzecza i formalnie opuszczam moje miasto rodzinne. Śląsk Cieszyński, Cieszynioki, Austro-Węgry, cysorz, ale i Podbeskidzie, Beskid czy Żywiec i Żywczoki. Te i dziesiątki innych określeń, terminów trochę geograficznych, a trochę historycznych, dawniej były mi obojętne. Czasem musiałem się nimi po prostu wspomóc, kiedy w Warszawie tłumaczyłem komuś, skąd jestem. Tylko tyle. Teraz wszystkie te słowa są dla mnie „jakieś”. Czasem oznaczają coś, z czym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania