Taki Syzyf to był gość. Pił ambrozję z bogami, imprezował, nikomu się nie kłaniał. Miał skłonność do plotkowania, co się nie wszystkim podobało. W ogóle chyba bogowie nie byli zachwyceni, że się tak z nimi spoufala. A kiedy mieli go już trochę dość, skazali go na śmierć, której się jednak wywinął. Ukarali go więc inaczej: pracą. Wieczną, powtarzalną, ciężką – nakazali mu wtaczać na szczyt góry głaz, który tuż przed wierzchołkiem wymykał mu się z rąk i staczał na sam dół zbocza.
I łap się za ten kamień od nowa, panie Syzyfie.
Albert Camus nazwał Syzyfa proletariuszem bogów i porównał go do robotnika czasów fordyzmu, który spędza życie na absurdalnej pracy w fabryce. Interesował go Syzyf zstępujący, schodzący po głaz, który się właśnie stoczył. Jednak pisał też, że Syzyf jest silniejszy niż jego skała, i dodawał: „Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym”.
Mnie najbardziej interesuje Syzyf w działaniu, wtaczający głaz na górę. Jak to robił, jakie sposoby wymyślał, bo przecież wiemy, że był spryciarzem. Czy coś jadł, pił czy przystawał po drodze, a może śpiewał, żeby wysiłek uczynić bardziej znośnym? Wiedział, jak robić bogów w konia, może z kamieniem też kombinował. Może stosował te wszystkie taktyki, które James C. Scott w książce Weapons of the Weak opisywał jako codzienny opór, sprawczość podległych. Pod koniec lat 70. Scott przez 14 miesięcy badał niewielką, liczącą 70 gospodarstw wioskę w Malezji. Zarysował potem system wartości i relacje klasowe w Sedace, różnice między bogatymi a biednymi i między tymi, którzy pracują, a tymi, którzy z tej pracy żyją i się bogacą. Pisał, że zbyt wiele uwagi poświęca się – w praktyce rzadszym – przypadkom otwartego buntu chłopów, a zbyt mało zwykłym, codziennym formom oporu, które mają na celu odzyskanie choć odrobiny kontroli nad pracą. Można oczywiście pytać, jak się przekładają chłopskie praktyki malezyjskiej wioski do pracy w ogóle, ale Scott uważał, że jego analizy odnoszą się również do klasy robotniczej.
Pozorne posłuszeństwo, drobne codzienne sabotaże, opóźnianie tempa pracy, kombinowanie – wszystkie te działania są tak stare jak praca (a praca jest podobno tak stara jak ludzkość). Szereg badań potwierdza, że kameralne formy pracowniczego oporu przekraczają też granice geograficzne.
Koniec autonomii
Praca jest zajęciem, które większość z nas wykonuje, wykonywało lub będzie wykonywać codziennie. I chociaż w obowiązującym w późnym kapitalizmie dyskursie ma być przestrzenią samostanowienia, satysfakcji i zaangażowania, w rzeczywistości pozostaje taka dla nielicznych. Może dlatego, że rzadko ma charakter symetryczny. Pracodawca zatrudnia i ustala reguły, nakazuje, kontroluje pracowników, którzy wykonują polecenia.
„Pracodawca” to zresztą osobliwe słowo. Jakby po prostu dawał pracę, ofiarowywał ją, a przecież to pracownik oddaje swój czas, umiejętności, siły, bardzo często za niewspółmierną do wysiłków pensję. Ten językowy paradoks odzwierciedla rozkład sił: ten, który „daje”, ma władzę, a ten, kto „bierze”, jest słabszy, zależny. W świecie, w którym język nie tylko stanowi narzędzie opisu, ale kształtuje myślenie, słowo „pracodawca” konserwuje hierarchie. Znam oczywiście argumenty, zgodnie z którymi te struktury są uzasadnione, ponieważ to pracodawcy ponoszą ryzyko na rynku, inwestują, czasem tracą. Wydaje mi się jednak, że świat pracy by się nie zawalił, gdyby dominującym określeniem stało się np. „zatrudniający”. Mogłoby to w bardziej neutralny sposób oddawać istotę relacji, jaką współcześnie jest praca: ktoś zatrudnia, ktoś pracuje.
Ale słowo „pracodawca” głęboko zrosło się z językiem polskim. Choć mam do niego dystans, sama go używam.
To określenie trzeba wiązać z pracą najemną, której początki sięgają schyłku średniowiecza i wczesnej nowożytności. W systemie feudalnym podstawą pracy była pańszczyzna – chłopi uprawiali ziemię dla pana feudalnego. Gdzieś na obrzeżach systemu funkcjonowali rzemieślnicy i czeladnicy, którzy świadczyli usługi w zamian za konkretne opłaty. Jednak te domowe warsztaty i manufaktury oznaczały jeszcze rzemieślniczą autonomię.
Dopiero rewolucja przemysłowa XIX w. sprawiła, że praca najemna stała się dominującą formą zatrudnienia. Produkcja przenosiła się do fabryk, coraz więcej ludzi w poszukiwaniu pracy migrowało do miast. Stawali się robotnikami, zależnymi od pracodawców, wykonującymi w zamian za regularne wynagrodzenie określone czynności, początkowo przy użyciu siły swoich mięśni.
Maszyn się bali, widzieli w nich zagrożenie. Niszczyli je w obawie, że fabrykanci nie będą już potrzebować ludzkich rąk, co oznacza, że praca była dla nich ważna, a wizja jej utraty budziła lęk. Ale mechanizacja, chociaż zmieniała sposoby wykonywania obowiązków, nigdy nie powodowała masowego bezrobocia. Przyczyniała się do innych zmian.
W fabryce ma być ciągły ruch
Gruntowne zmiany w organizacji pracy kojarzy się dziś z Henrym Fordem. Ford w 1913 r. wprowadził w swoich zakładach produkcję taśmową. Jego fabryka w Highland Park w Michigan po trzech latach standardowej produkcji aut została całkowicie przeorganizowana. Zupełnie inaczej niż w innych tego typu zakładach pracownicy stali w wyznaczonym miejscu, a części samochodowe przesuwały się na ruchomej taśmie. Nie bez znaczenia był też fakt, że konkretne osoby wykonywały określone, pojedyncze zadania, a całe zadanie do wykonania zostało podzielone na kilkadziesiąt etapów. Ktoś spawał, ktoś wkręcał śrubę, kolejna osoba wkładała silnik, a następna mocowała drzwi.
Dzięki tej innowacji wyprodukowanie jednego egzemplarza auta stało się możliwe w niecałe dwie godziny, podczas gdy wcześniej trwało co najmniej kilkanaście.
Ford oczywiście nie wymyślił tego sam. Jego inżynierowie jeździli po kraju i obserwowali, jak pracują ludzie. Zainspirowali się funkcjonowaniem zakładów mięsnych w Chicago oraz taśmy w młynie zbożowym. Tam robotnicy rzadko się przemieszczali – to ich praca przysuwała się do nich, ciężkie tusze podjeżdżały na hakach, dzięki temu oszczędzali czas i pracowali wydajniej. A Ford wydajność uwielbiał.
Był z niego zresztą niezły twórca zgrabnych dykteryjek. Mawiał ponoć, że każdy klient może u niego zamówić dowolny samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem że będzie to ford w kolorze czarnym. Uregulował też czas pracy. W jego fabrykach od 1914 r. zmiana trwała 8 godz. Dał również robotnikom podwyżki. Bardzo szlachetnie, przy czym przyświecał mu cel nieco inny niż polepszenie warunków życiowych pracowników. Ford miał rozmach, chciał, żeby jego samochody były dostępne, żeby było je widać na ulicach amerykańskich miast, żeby woziły się nimi całe rodziny. Wiedział, że popularny samochód nie może być drogi. A zatem podniósł pensje robotnikom – nie z dobrego serca czy potrzeby docenienia ich wysiłków. Chciał, by mogli kupić to, co produkują. Wspaniały sposób na rozkręcenie Produktu Krajowego Brutto.
Taśma montażowa została wprowadzona w wielu innych miejscach pracy, a fordyzm na lata stał się modelem organizacji – nie tylko produkcji, ale funkcjonowania całych społeczeństw. Oznaczał stabilne zatrudnienie, jasny podział ról, masową produkcję i masową konsumpcję. Praca była przewidywalna, to wokół niej ludzie budowali swoje życie. W pracy zarabiali, nawiązywali znajomości i przyjaźnie, praca dawała im poczucie stabilności, choć nie tylko. Przy fordowskiej linii montażowej pracował Charlie Chaplin jako robotnik w Dzisiejszych czasach, filmie z 1936 r. Grany przez niego mężczyzna był dodatkiem do maszyny, coś tam przykręcał i tak się w tym wyspecjalizował, że przykręcanie było jego ruchem domyślnym, wszędzie widział śruby. Monotonia ruchów, konieczność dostosowania tempa pracy do szybkości taśmy sprawiły w końcu, że jego umysł się zbuntował. Właściciele zorganizowanych według fordowskich zasad fabryk może się na tym filmie śmiali, ale to nie zmieniało faktu, że ich pracownicy mieli stać w miejscu, wykonywać monotonne, powtarzalne ruchy i pracować jak najwydajniej. Chodził management.
Chodzić, zarządzać
David Packard, z wykształcenia elektrotechnik, był prekursorem metody zwanej management by walking around (MBWA), zarządzaniem przez przechadzanie. Packard w latach 30. XX w. pracował jako inżynier w General Electric, a potem, wspólnie z Billem Hewlettem, założył w wynajętym garażu firmę Hewlett-Packard. Produkowali elektronikę i obaj przywiązywali dużą wagę do firmowych wartości. Dlatego właśnie uważali, że przechadzanie się po halach produkcyjnych i regularne rozmowy z załogą skutkują lepszymi kontaktami z pracownikami i lepszą znajomością „procesów”, czyli po prostu tego, w jaki dokładnie sposób powstaje sprzęt.
Nie wiem, czy robotników, między którymi się przechadzali managerowie, ktoś pytał o zdanie. Podczas swojej pracy dziennikarskiej kilkakrotnie rozmawiałam z prezesami i dyrektorami, którzy stosowali jakieś elementy MBWA i często przebywali z zespołem.
Byli bardzo z tego rozwiązania zadowoleni, podkreślali, że mogą być blisko ludzi, że to niweluje bariery.
Kiedy pytałam pracowników, okazywało się, że często uważają te sposoby za ubraną w miłe słowa formę kontroli, podkreślali, że bariery i tak istnieją, bo praca jest relacją podległości i ta podległość nie zanika tylko dlatego, że ktoś z przełożonych każe do siebie mówić po imieniu albo zagląda przez ramię podczas produkcji czy projektowania. Wciąż pamiętam wycieczkę po fabryce, której dyrektor do spraw HR powtarzał mi, że na nowoczesnej i wentylowanej hali zobaczę zadowolonych, uśmiechniętych ludzi, że panuje tam świetna atmosfera. Hala była nowoczesna, ale nikt się nie śmiał.
To schemat znany od lat: często inaczej widzą pracę ci, którzy nią zarządzają, i ci, którzy ją wykonują. Wydaje mi się, że to jedno z najsilniejszych napięć: wielu pracowników chciałoby, żeby praca była po prostu pracą, owszem, dającą satysfakcję, ale też godną pensję, miłe relacje w miejscu zatrudnienia i żeby nie trzeba było o niej myśleć po godzinach. Natomiast wielu pracodawców marzy o tym, żeby była czymś więcej: sednem i sensem życia – żeby pracownicy dawali z siebie jak najwięcej.
Praca jako rzeczownik rodzaju żeńskiego
Patrzę teraz na te wspomniane nazwiska i widzę to wyraźnie: Ford, Packard, robotnicy montujący auta, sami mężczyźni. Praca kobiet to inna opowieść.
Wraz z nadejściem rewolucji przemysłowej kobiety masowo trafiły do fabryk i zakładów. Okazały się tam potrzebne, wykonywały ciężką, często zagrażającą zdrowiu pracę za niewielką część męskiego wynagrodzenia. Miały ograniczony dostęp do wykształcenia, były więc najczęściej robotnicami niewykwalifikowanymi albo opiekunkami. Dopiero po latach zaczęły myśleć o zawodach wcześniej dla nich niedostępnych – zostawały lekarkami, prawniczkami, informatyczkami, magazynierkami, menedżerkami. Rynek pracy niezależnie od fazy kapitalizmu okazał się dla wielu kobiet przestrzenią pełną sprzeczności: z jednej strony promowane były kobieca przedsiębiorczość i niezależność, z drugiej – utrwalały się nierówności strukturalne, elastyczne formy zatrudnienia, przymus godzenia kariery (jakkolwiek niechętnie tego określenia używam) z życiem osobistym.
Rynek nagradza dziś mobilność, dyspozycyjność i wydajność, cechy trudne do utrzymania w kontekście macierzyństwa i obowiązków opiekuńczych, które wciąż wykonują przede wszystkim kobiety. Myślę też o tym, że to kryzysy miały wpływ na emancypację zawodową kobiet.
Powstania, wojny, wszystkie wydarzenia związane z nieobecnością mężczyzn w domach i fabrykach sprawiały, że rynek przypominał sobie o kobietach. Wiele kobiet szukało zajęć zarobkowych, by utrzymać rodzinę, musiały też zastępować nieobecnych członków rodziny, braci, ojców, mężów, sąsiadów – i okazywało się, że…