Wszelka cnota doprowadzona do przesady może stać się wadą uciążliwą dla bliźnich – tak mniej więcej ma się sprawa z moją punktualnością. Spóźniłem się raptem kilka razy w życiu i zawsze przypłacałem to poczuciem winy. Na dworcu zjawiam się 40 min przed pociągiem, a na spotkania przychodzę przed czasem (wyobraźnia tworzy przecież niezliczone przypadki losowe). Niestety, siłą rzeczy, oczekuję tego samego od innych. Niefrasobliwych gości witam co prawda promienną miną i staram się ukryć irytację, ale z wizyty zaczynam się cieszyć dopiero po dobrej chwili. Moja przyjaciółka do dziś wspomina kartkę włożoną dawno temu w drzwi, na której napisałem „Agusiu, fugit tempus, fugiunt anni, czekam na Ciebie w kolejce po lody na Starowiślnej”. Sterroryzowałem w ten sposób wszystkich znajomych, którzy wiedzą, że jeśli napiszą, że spóźnią się chwilę, dostaną w odpowiedzi pytanie: „A czy ta chwila będzie trwać trzy, siedem czy dziesięć minut?”. Jeszcze kilka lat temu rozpoczynałem wykład, patrząc na sekundnik i jednocześnie zamykając drzwi do sali na klucz. Później przestałem – dowiedziałem się, że w ten sposób łamię przepisy przeciwpożarowe. Przede wszystkim jednak na starość zaczęły mi się stępiać kły i pazury i robię się coraz bardziej wyrozumiały; przyjąłem też do wiadomości, że niektórzy ludzie spóźniać się będą zawsze i nic nie jest w stanie tego zmienić. Co ciekawe, choć mam do punktualności podejście rygorystyczne, w moim domu nie słychać żadnego „tik-tak”.
Wszystkie zegary (a jest ich 19) celowo unieruchomiłem, gdyż tykają i biją zbyt głośno, bym mógł się skupić, nie mówiąc już o spaniu.
Warto przy tym zwrócić uwagę na pewien trik stosowany przez reklamodawców – jeśli ustawimy wskazówki na godzinę 10:09 (którą nocne marki niechybnie wezmą za 22:09), na cyferblacie ułożą się one w kształt zachęcającego uśmiechu.
Kłopoty z czasem
Czas mija, ucieka, goni nas, tracimy go, zabijamy lub najczęściej cierpimy na jego brak. Do chwili gdy dowiadujemy się, że zostało go nam już niewiele, jest on niemal przezroczysty. Mało kto zdaje chyba sobie też sprawę, że sposób, w jaki postrzegamy jego upływ, zależy od miejsca wychowania. Stawiające na obowiązek kultury monochroniczne, do których należą kraje protestanckie (a także Japonia i Chiny), żyją według terminarza i zegarka. Z kolei w kulturach polichromicznych, takich jak Włochy, Hiszpania, cała Ameryka Łacińska, Afryka, kraje arabskie i większość Azji, liczy się chwila, czas traktuje się spontanicznie, dopuszcza spóźnianie się lub przedłużanie spotkań. Innymi słowy, do relacji międzyludzkich przywiązuje się znacznie większą wagę niż do punktualności. Ponadto na szeroko rozumianym kulturowym Zachodzie czas ma charakter liniowy i jest rozumiany jako następstwo kolejnych zdarzeń (np. liczy się go od stworzenia świata po przyjście Mesjasza), podczas gdy społeczności plemienne i część Wschodu widzą go w sposób nawracający i cykliczny; ważne są rytm natury, powtarzalność świąt i rytuałów, a nawet – jak ma to miejsce w przypadku reinkarnacji – życia. By rzecz skomplikować jeszcze bardziej, socjologowie wyróżniają też regiony koncentrujące się na własnej przeszłości (Wielka Brytania, Włochy, Chiny), teraźniejszości (Ameryka Łacińska, Afryka) i przyszłości (Stany Zjednoczone). Kategorii tych nie da się jednak wyrazić w języku ludzi z plemienia Hopi należącego do Pierwszych Narodów Ameryki Północnej, który dopuszcza tylko mówienie (i myślenie) o tym, co rzeczywiste lub prawdopodobne. Dodam jeszcze, że fizyka kwantowa pozostaje otwarta na kwestię podróżowania do przeszłości – zainteresowanych odsyłam do bestsellerowej Jeszcze krótszej historii czasu Stephena Hawkinga i Leonarda Mlodinowa.
Przed wynalezieniem kalendarzy i zegarów w upływie czasu orientowano się, obserwując zjawiska przyrodnicze i astronomiczne, zmienność pór roku, zachowania zwierząt, fazy księżyca, pozycję słońca na niebie i widoczne nocą konstelacje gwiazd.
Za pierwsze czasomierze uznaje się gnomony, czyli wbite w ziemię słupy rzucające cień pozwalający na przybliżone wyznaczenie pory dnia.
Po dodaniu do nich kamiennych podstaw z wyżłobionymi liniami godzin stały się one zegarami słonecznymi. Pamiętać trzeba przy tym, że gdy dzień i noc zaczęto dzielić na 12 równych części, w różnych okresach roku godziny nie były sobie równe. Stosowano również inne sposoby: klepsydry, początkowo wodne, później zaś piaskowe, lampy oliwne z podziałkami czy woskowe świece z rowkami pozwalającymi na odmierzanie topiących się w ogniu chwil.
Zegar mechaniczny niezależnie od siebie wynaleziono wpierw w Chinach (725 r.), potem zaś w Europie, gdzie w X w. skonstruować miał go uczony benedyktyński mnich Gerbert z Aurillac, który jako papież przyjął później imię Sylwestra II. Czasomierze takie stosowano wyłącznie w klasztorach, nie miały one cyferblatów, lecz jedynie dzwonki wzywające na modlitwy i posiłki. Każde stulecie przynosiło nowe odkrycia (nierzadko niepraktyczne i efemeryczne), innowacje techniczne i udoskonalenia. Pojawiły się zegary astronomiczne, nocne i rtęciowe, wymyślono sprężyny napędowe, rozmaite typy wychwytów oraz bębny. Na wieżach kościołów i ratuszy poczęto umieszczać zegary publiczne, a w domach stołowe. W 1504 r. Peter Henlein skonstruował w Norymberdze pierwszy zegarek przeznaczony do noszenia go przy sobie na łańcuszku. Miał on formę kulki wielkości kurzego jaja i podobną wagę. Po otwarciu mosiężnej, grawerowanej prostymi scenkami obudowy ukazywały się żelazny mechanizm oraz tarcza z jedną wskazówką. Był to raczej kosztowny gadżet niż praktyczny przedmiot, spóźniał się bowiem ok. 4 godz. na dobę. Na tej samej zasadzie działał słynny srebrny zegarek królowej Marii Stuart w kształcie czaszki. Odciągnięcie jej dolnej szczęki pozwalało zobaczyć mózg, czyli tarczę ze wskazówką. Monarchini nosiła go przy sobie cały czas i oddała swej ulubionej damie dworu na chwilę przed egzekucją.
Zegary stały się dokładniejsze dopiero w XVII w. Odkrycie przez Galileusza tzw. izochronizmu ruchu wahadłowego i wykorzystanie go do obliczeń astronomicznych dało początek kolejnym wynalazkom.
W 1657 r. Christiaan Huygens, holenderski astronom, matematyk i inżynier, skonstruował czasomierze z wahadłami i sprężynami tak precyzyjne, że granica błędu wynosiła zaledwie 15 s dziennie. Zegary upowszechniły się też w domach na niespotykaną dotąd skalę – nie bez powodu patronują one XVII stuleciu na równi z teleskopem i mikroskopem. Coraz częściej na ich tarczach pojawiała się również trzecia wskazówka pokazująca upływ sekund, wprowadzająca wymiar wręcz eschatologiczny: człowiek zyskał w końcu naoczny dowód na to, że każda mijająca chwila nieuchronnie przybliża go do śmierci. „Kiedy zważam krótkość mego życia, wchłoniętego w wieczność będącą przed nim i po nim, kiedy zważam małą przestrzeń, którą zajmuję, a nawet którą widzę, utopioną w nieskończonym ogromie przestrzeni, których nie znam i które mnie nie znają, przerażam się i dziwię, iż znajduję się raczej tu niż tam, nie ma bowiem racji, czemu raczej tu niż gdzie indziej, czemu raczej teraz niż wtedy…” – pisał w Myślach Pascal (tłum. T. Żeleński-Boy).

Podobne refleksje mogli jednak snuć jedynie mieszkańcy miast i pałaców. Na kosztowne zegary we wspaniałych obudowach stać było tylko najzamożniejsze warstwy społeczne: monarchów i książęta, szlachtę, patrycjuszy i bogatych kupców. Wieś nadal żyła od wschodu od zachodu słońca, czekała na trzy piania koguta, a minutę odmierzała, mamrocząc pod nosem trzy zdrowaśki. Wszystko to miało się zmienić pod koniec XVIII w. w Badeni, w górskich dolinach Szwarcwaldu.
Od zagrody do fabryki
W domu moich Rodziców było kilka zegarów zdobytych przez nich na różne sposoby. Na przykład kominkowy, klasycystyczny i angielski, w pięknym mahoniowym fornirze został znaleziony przez Mamę w czasie wakacyjnego wyjazdu, gdy zaglądnęła w kurniku pod grzędę – podejrzewam, że po wojnie wyszabrowano go z dworu Mycielskich w niedalekiej Wiśniowej. Oczywiście trzeba go było poddać gruntownej konserwacji. Mnie jednak fascynowały te wiszące, w formie skrzynek, z porcelanowymi kolumienkami i tajemniczymi drzwiczkami po bokach (zwłaszcza gdy Tata w jednych z nich dowcipnie umieścił figurkę skrzacika). Godzinami wpatrywałem się też w czasomierz o dziwacznym, płomienistym kształcie. Na przedniej ściance miał owalną szklaną tarczę z bajkowym wręcz, romantycznym pejzażem: jasnobłękitnym niebem, na którym umieszczono indeks godzinowy, czerwonym klasztorem stojącym na zielonej wysepce pośrodku jeziora, łodziami i pasmem trawiastych pagórków (il. 2). Naiwnie marzyłem, że kiedyś zobaczę to miejsce na własne oczy, i głowiłem się, kim są ludzie płynący na łódkach. Dopiero po latach dowiedziałem się, że były to tzw. zegary szwarcwaldzkie.

Badeńskie góry Szwarcwaldu, czyli Czarnego Lasu, wzięły swą nazwę z łacińskiego toponimu Silva Negra – porastająca je gęstwina ciemnych drzew iglastych nieodmiennie kojarzyła się Rzymianom z zagrożeniem i dzikością. Słyną one nie tylko z surowej wędzonej szynki oraz pysznego czekoladowego tortu z bitą śmietaną i wiśniami – przez 300 lat były one również ważnym ośrodkiem zegarmistrzostwa. Jak do tego doszło? Gdy zimowe śniegi odcinały od świata położone w górskich dolinach wioski, tamtejsi chłopi musieli znaleźć sobie jakieś zajęcie: zaczęli więc robić zegary.
Legenda głosi, że pierwszy z nich powstał w 1640 r., gdy obwoźny handlarz przywiózł z Czech prosty drewniany czasomierz, który zaczęto kopiować. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – pierwszy taki obiekt został wspomniany znacznie później, w inwentarzu z 1694 r., zaś najstarszy zachowany zegar z regionu datowany jest na początek XVIII w.
Szwarcwaldzcy chłopi mieli przy tym predyspozycje do stania się zegarmistrzami – ponieważ gospodarstwo dziedziczył tylko najstarszy syn, jego bracia szukali sobie innych źródeł utrzymania, najczęściej zaś wybierali rzeźbienie w drewnie i szklarstwo. Początkowo wytwórcy przy pomocy domowników sporządzali każdy czasomierz z osobna, od a do zet (il. 3). Szybko jednak doszło do wyspecjalizowania się w określonych elementach i czynnościach. W jednej chałupie wycinano koła zębate, w drugiej malowano tarcze, w innych natomiast wyrabiano wahadła, wychwyty i wagi, a na koniec montowano wszystko w całość. Chłopskie zegary były śmiesznie tanie w porównaniu z tymi oferowanymi przez miejskich zegarmistrzów, a popyt na nie nieustannie rósł. Stopniowo rolnicy przestali więc uprawiać ziemię i stali się rzemieślnikami zatrudniającymi czeladników. Miejscowości takie jak np. Schönwald, Neukirch, Neustadt czy Furtwangen przekształciły się w centra zegarowej produkcji.

W 1740 r. szwarcwaldzkich ludowych zegarmistrzów było 31, a każdy z nich mógł wypuścić cztery zegary na tydzień. Jednak pod koniec XVIII w. liczba warsztatów wzrosła aż do ok. 1000, a ich produkcja osiągnęła mniej więcej 200 tys. czasomierzy rocznie. Wtedy też Franz Steurer, benedyktyn z Fryburga Bryzgowijskiego, wydał pierwszą poświęconą im książkę pt. Geschichte der Schwarzwälder Uhrenmacherzunft, nebts einem Anhange, von dem Uhrenhandel derselben (Historia cechu szwarcwaldzkich zegarmistrzów z uwagami na temat handlu zegarami, 1796). Zwiększała się także specjalizacja w określonych typach i modelach oraz szybkość pracy.
W połowie XIX stulecia mistrz z czeladnikiem i pomocnikiem (w zależności od okresu naciągu, który mógł być 12-, 24-godzinny lub ośmiodniowy) wytwarzali już od 7 do 18 zegarów tygodniowo.
Początkowo ich dystrybucją zajmowali się miejscowi szklarze, a ponieważ sprzedawali oni wyroby nawet z pięciokrotnym przebiciem, rzemieślnicy sami poczęli zatrudniać ludzi, którzy roznosili je na sprzedaż w okolicy. Tak narodził się zawód wędrownego handlarza zegarów, Uhrenhändler. Nosił on charakterystyczny strój składający się nieodmiennie z ciemnych skórzanych portek, długiego surduta bez kołnierza, czerwonej kamizelki, zawiązanej wokół szyi chustki oraz butów z wysokimi cholewami i kapelusza z szerokim rondem. Wygląd takich domokrążców oddają rozliczne ryciny, a także produkowane od końca XVIII w. metalowe zegary figuralne (il. 4). Zwróćmy uwagę, gdzie umieszczono wesoło huśtające się wahadło – jestem gotów się założyć, że nie zrobiono tego przez przypadek. W odróżnieniu od figurki, która przedstawia sprzedawcę z dwoma zegarami (właściwym i działającym na piersi oraz blaszaną atrapą na plecach), prawdziwy Uhrenhändler niósł ich na przytroczonym do ramion stelażu nawet 20 i z tym ładunkiem pokonywał ok. 15 km dziennie.

Szacuje się, że do połowy XIX w. Szwarcwald opuściło ponad 15 mln zegarów. Ich produkcja gwałtownie wzrastała, warsztaty zaczęły się konsolidować w większe manufaktury, a do rozprowadzania towarów używano już wozów, które docierały także na ziemie polskie. Filie zakładów otwierano w innych częściach Europy, np. w Austrii, Czechach i na Śląsku. Czasomierze eksportowano do wszystkich krajów Europy, a także do Stanów Zjednoczonych, gdzie cieszyły się one szczególną popularnością. Świadczy o tym choćby przeznaczony dla amerykańskich odbiorców zegar kominkowy zrobiony przez szwarcwaldzką, lecz nazwaną z angielska Union Clock Company z Furtwangen z ok. 1875 r. (il. 5.) ozdobiony widoczkiem w stylu kolonialnym, z holenderskim wiatrakiem w tle. Za granicę sprzedawano także części obudów i mechanizmów, z których lokalni zegarmistrze sami składali czasomierze – z tego powodu czasami trudno…