Subskrybuj
Dr hab., antropolożka społeczno-kulturowa, pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM i UW. Zajmuje się antropologią mobilności. Autorka monografii Urodzeni uchodźcy. Tożsamość pokolenia młodych Tybetańczyków w Indiach (2011) oraz Bliscy nieznajomi. Turystyka i przezwyciężanie...

Nie tylko dach nad głową

Ponad pół miliona osób uchodźczych z Ukrainy zostało po wybuchu pełnoskalowej wojny ugoszczonych w polskich domach. Tak duże zaangażowanie w pomoc „zwykłych ludzi” stanowi fenomen na skalę globalną. Jak to było w ogóle możliwe, skoro od lat straszono nas uchodźcami?

Nikt dokładnie nie wie, jak to się stało, że ukraińskie uchodźczynie trafiły do wsi. Mieszkańcy, zapytani, przyznają: „Był jakiś facet, taki pośrednik, on przywiózł te kobiety” albo „Była taka pani, Ukrainka, prowadziła kwiaciarnię w Poznaniu, poleciła im to miejsce; nie wiem, skąd miała mój numer telefonu”. Pierwsza rodzina uchodźcza pojawiła się tydzień po wybuchu pełnoskalowej wojny, w nocy, i została przyjęta przez jedną z sióstr sołtysa. W sumie w podpoznańskiej gminie wiejskiej ugoszczono 97 osób. Większość wyjechała po 2–3 miesiącach, ale niektóre zostały dłużej, jak Ksenia z 6-letnim Maksimem z Charkowa, którzy byli goszczeni przez ponad 1,5 roku przez trzypokoleniową rodzinę.

To stara wieś, której historia sięga XVI w., ale jej położenie w niedużej odległości od Poznania sprawiło, że już w latach 90. zaczęła podlegać procesom suburbanizacyjnym. Dziś zamieszkuje ją ponad 1400 osób, z czego 2/3 to „nowi mieszkańcy”. Przed lutym 2022 r. we wsi nie mieszkali żadni migranci.

Krajobraz instytucjonalny gminy jest dość typowy i obejmuje sołtysa, radę sołecką oraz Koło Gospodyń Wiejskich. To właśnie oni stworzyli nieformalną grupę koordynującą wsparcie udzielane goszczonym we wsi rodzinom, której liderkami zostały kobiety z Koła Gospodyń. Sołtys – prywatnie brat jednej z nich, Ali – miał w dzień po wybuchu wojny powiedzieć: „Trzeba coś zrobić”, i, jak wspomina kobieta, „zainspirował wszystkich”.

Choć motyw „pełnej lodówki” powtarza się we wszystkich opowieściach goszczonych osób (Svitlana: „kurczaki, kiełbasy, syry, nutella – mnóstwo tego było!”), to mieszkańcy wsi szybko przekonali się, że goszczenie w praktyce oznaczało dużo więcej niż tylko zapewnienie dachu nad głową i wyżywienia. Obejmowało ono szerokie wsparcie w adaptacji do życia w Polsce. Gospodarze pomagali w załatwianiu formalności, asystowali w urzędach, przychodniach, bankach czy przy przyjęciu do szkół. W przypadku dzieci, które kontynuowały edukację w trybie zdalnym, pozyskiwali laptopy dla młodych Ukraińców i instalowali na nich klawiatury z cyrylicą. W nauce języka polskiego pomagały osoby starsze, które znały język rosyjski jeszcze z czasów edukacji w PRL-u, a młodsi, dzięki osobistym kontaktom z lokalnymi przedsiębiorcami, włączyli się w poszukiwanie pracy dla gości i tłumaczyli zawiłości związane z rodzajami umów i prawem pracy. Częstymi, prostymi formami pomocy były podwózki (zwłaszcza gdy goszczenie miało miejsce na prowincji) oraz wsparcie materialne (zakup odzieży, kosmetyków, środków higienicznych). Wreszcie, już na etapie usamodzielnienia, gospodarze pomagali w szukaniu mieszkania do wynajęcia, a w przypadku powrotu osób goszczonych do Ukrainy kontynuowali wsparcie, wysyłając paczki na święta czy organizując zbiórki np. na agregat prądotwórczy.

Oddolne zarządzanie troską

Równie ważne było wsparcie towarzyskie. W przeciwieństwie do miejsc zbiorowego zakwaterowania, gdzie uchodźcy są odizolowani od społeczeństwa przyjmującego, ci goszczeni w prywatnych domach byli włączani w sieci społeczne swoich gospodarzy – te najbardziej intymne, rodzinne, ale też kręgi przyjaciół, znajomych i sąsiadów. Ksenia i Maksim jadali posiłki z rodziną goszczącą, uczestniczyli w obchodach świąt, spotkaniach przy grillu, a także w piknikach, rajdach rowerowych i spływach kajakowych organizowanych przez Koło Gospodyń Wiejskich. Maksim z dwójką kilka lat starszych synów gospodarzy skakał na trampolinie, pluskał się w ogrodowym basenie i chodził grać w piłkę nożną.

Nie do przecenienia było też wsparcie emocjonalne. Nie tylko w obliczu wojny i traumy nią wywołanej czy lęku o ojca Maksima, który został w Charkowie, ale również nawrotu choroby nowotworowej chłopca. Gdy po badaniach okazało się, że konieczna będzie operacja raka mózgu, rodzina goszcząca znalazła niemiecką fundację, która zgodziła się pokryć część kosztów. Pozostałe środki w wysokości ponad 85 tys. zł – w tym na podróż i pobyt Kseni w Niemczech oraz rehabilitację Maksima po powrocie do Polski – społeczność wsi zebrała sama. W tym celu uruchomiono aukcję internetową, na której przez ponad dwa miesiące mieszkańcy i ich znajomi oraz znajomi znajomych wystawiali i kupowali motki włóczki, domowej roboty kompot z czereśni, kryminały, bluzeczki, świece sojowe, gry karciane czy upieczenie ciasta.

Ala otwiera przede mną stary laptop, a w nim liczne tabelki w Excelu. Z tak skrupulatnym rejestrem nie spotkaliśmy się w żadnej organizacji ani instytucji, w których pytaliśmy o dane dotyczące prywatnego goszczenia. Liderki Koła Gospodyń stworzyły sprawny system zarządzania goszczeniem oraz wspierania rodzin goszczących. Odnotowywały w excelowskich arkuszach wszystkie darowizny i wydatki, a także potrzeby zgłaszane przez osoby uchodźcze i goszczące je rodziny. Dokładnie wiedziały nie tylko, kto mieszkał u kogo, ale też kto był beneficjentem jakich świadczeń i wsparcia.

Liderki Koła wymyśliły również instytucję „rodzin wspierających”. Były to rodziny, które z różnych powodów nie mogły same przyjąć uchodźców, lecz chciały wesprzeć rodziny goszczące, zarówno instrumentalnie (kupić dziecku buty, zawieźć na zajęcia z koszówki), jak i emocjonalnie. Nie tylko pomogło to zapobiec zjawisku wypalenia pomaganiem, ale przyczyniło się też do integracji samej społeczności wsi, wcześniej podzielonej na „starych” i „nowych” mieszkańców. Tak połączone rodziny poznawały się lepiej, spędzały razem czas, zacieśniały relacje. Ten sam efekt miała internetowa aukcja charytatywna na rzecz Maksima, gdy ludzie spotykali się, dostarczając lub odbierając zakupione przedmioty i usługi. Tym sposobem goszczenie osób uchodźczych było nie tylko wyzwaniem, ale też przyniosło tej społeczności nieoczekiwanie korzyści.

Prywatne goszczenie często w praktyce było goszczeniem wspólnotowym, w które zaangażowali się sąsiedzi, przyjaciele i współpracownicy.

Magda, która wraz z mężem gościła w Poznaniu matkę z dwoma synami, przyznaje, że sama nie byłaby w stanie zapewnić im całego wsparcia, bo pracuje całe dnie jako pediatra, a jej mąż jest Anglikiem, więc językowo nie dałby rady: „Tylko wniosek o 500+ wypełniłyśmy z Lubą razem online, a potem już wszystko sąsiedzi. Pisałam na grupie sąsiedzkiej, czego potrzeba, a osoby się zgłaszały do pomocy. Jakaś pani załatwiła Lubie PEKĘ (bilet czasowy komunikacji miejskiej) i zabrała ją do urzędu po PESEL, inna pani przez koleżankę zapisała chłopców do szkoły, nawet jej nigdy nie widziałam”.

Osoby goszczące zostały pozostawione bez jakiegokolwiek know how ze strony państwa, takiego jak szkolenia czy wsparcie informacyjno-konsultacyjne. Państwo zawiodło jako koordynator prywatnego goszczenia, skupiając się wyłącznie na zarządzaniu miejscami zbiorowego zakwaterowania. Jedyną formą rządowego wsparcia był program dofinansowania rodzin przyjmujących kwotą 40 zł dziennie za goszczoną osobę przez okres maksymalnie 4 miesięcy.

Liderki Koła Gospodyń najbardziej narzekały na brak wsparcia psychologicznego – po kilku miesiącach czuły się skrajnie wyczerpane emocjonalnie i nie wiedziały, jak poradzić sobie z tym olbrzymim, nieoczekiwanym obciążeniem psychicznym. Tej pomocy brakowało też osobom uchodźczym, które nierzadko miały objawy PTSD w następstwie doświadczonej przemocy wojennej, utraty domu, śmierci bliskich lub stałego zagrożenia nią. Ewa, która przyjęła do siebie 17-letnią Milę, wspomina rozmowy z jej matką na WhatsAppie: „Mama Mili w pewnym momencie poprosiła mnie, żebym zabrała ją do lekarza, że może jakieś uczulenie albo coś, bo te oczy takie czerwone miała. A ja wiedziałam, że ona ciągle płacze, ale nie wiedziałam, co mogę zrobić. Nie wiedziałam, jak ją wspierać, żeby nie naruszyć jej granic. Gdyby była mała, tobym ją przytuliła, wzięła na kolana. Nie chciałam się narzucać… A może powinnam była bardziej się starać? Może mogłam zrobić więcej?”.

Pukanie do niewidzialnych drzwi

Czy były nieporozumienia, tarcia, goszczenie zakończone niepowodzeniem? Oczywiście. Najczęściej nie wynikały one jednak z różnic kulturowych, lecz z niedopasowania osobowościowego. Czasem też goszczenie nakładało się na wewnętrzne problemy rodzin, zarówno goszczonych, jak i goszczących – kryzysy w związkach, problemy wychowawcze. Najwięcej napięć dotyczyło granic stawianych najmłodszym. Dzieci gospodarzy chciały wiedzieć, dlaczego nie mogą jeść codziennie nutelli na śniadanie, jak synowie Luby. Czemu tamci mogą korzystać ze smartfonu, ile chcą, a oni mają limity i blokady? Rodzice próbowali tłumaczyć, że dla ukraińskich dzieci Telegram czy Viber były sposobem na podtrzymywanie kontaktu z kolegami pozostawionymi w Ukrainie, zapewnieniem jakiejś ciągłości.

Goszczenie było wyzwaniem nie tylko dla gospodarzy. Trudna też była rola gościa, bo wiązała się z pracą emocjonalną – niewchodzeniem w drogę, nienaruszaniem przestrzeni, okazywaniem wdzięczności, próbami odwzajemniania się.

Karolina się śmiała, że goszczone przez nią uchodźczynie, gdy chciały o coś zapytać, „pukały do niewidzialnych drzwi” jej salonu. Ewa wspomina, że Mila starała się być „niewidzialna, przezroczysta”: „Nawet z lodówki nic nie chciała brać, więc wykładaliśmy rzeczy, żeby leżały na stole w kuchni, bo inaczej by nie wzięła”. Nie chciała też, żeby kupować jej ubrania: „Była gotowa prać te dwie pary majtek, które przywiozła w swoim małym plecaczku”. Małgosia ma podobne wrażenia o Ani i jej 4-letnim synku: „Jadła jak ptaszek, w ogóle to bardzo często wychodziła, zabierała Loszę dużo na spacery. Stresowała się, że Losza przekracza granice, jak to dziecko, i może nam przeszkadzać”.

Choć badania Kamila Łuczaja z Uniwersytetu Łódzkiego pokazały, że po stronie gospodarzy było czasem oczekiwanie, iż goszczone uchodźczynie odpłacą się za gościnę sprzątaniem i gotowaniem, nasze badania nie ujawniły takich przypadków. Owszem, kobiety sprzątały i gotowały, ale po pierwsze dlatego, że był to jedyny sposób, w jaki mogły okazać wzajemność, a po drugie – jeśli nie pracowały poza domem – był to sposób na ucieczkę od złych myśli, swoista terapia zajęciowa. Tania wspomina, że jak wyprowadzała się z rodziną z użyczonego domu, to „szczotką do zębów fugi w płytkach czyściłam. My nie płaciliśmy, to chociaż tak chciałam się odwdzięczyć”. 80-letnia Marianna, która również udostępniła rodzinny dom na wsi trzypokoleniowej rodzinie, opowiada: „Pan Iwan [dziadek] to mi tyle drewna narąbał, że jeszcze do minionej jesieni tym drewnem paliłam. I ogrodzenie dla malin mi zrobił. Oni nawet w listopadzie okna chcieli myć!”. Iwan zawsze pytał, co może zrobić przy domu, bo jako emeryt nie miał nic do roboty, a w Ukrainie też mieszkali z żoną na wsi, więc tutaj miał namiastkę domu i codziennej rutyny. Czasem prowadziło to do sytuacji, gdy gospodarze byli przytłoczeni tą wdzięcznością: „Byliśmy umówieni, że gotujemy na przemian, co drugi dzień, ale babcia [goszczona seniorka] jak nagotowała tego barszczu, to na dwa dni starczało, więc ciągle jedliśmy barszcz. Ja już miałam dość tego barszczu”. – Śmieje się Ola.

Bliskość

16-letni Dima mieszkał z mamą i schorowaną babcią w Charkowie. Gdy zaczęły się bombardowania, mama chłopca przebywała 50 km od miasta, utknęła tam, nie mogła przedostać się do domu. Wszyscy uciekali, więc przerażona babcia chłopca spakowała go w popłochu i wysłała z sąsiadką i jej wnukiem – kolegą ze szkoły – do Polski. Rozstali się jednak w Warszawie. Sąsiadka była Żydówką, jechała do Sopotu, gdzie rząd izraelski zorganizował punkt ewakuacyjny do Izraela. Nie wiadomo, jak Dima trafił do Poznania i jak ogłoszenie o poszukiwaniu miejsca dla niego znalazło się na lokalnej grupie sąsiedzkiej, gdzie wypatrzyła go Małgosia, sama będąca matką trójki dzieci: „Gdy do nas trafił, miał tylko jeden bagaż, w który babcia spakowała mu 2 kilo sera, całą torbę leków i długie, zwykłe świeczki – w pociągach mieli wygaszać światło, żeby było trudniej ich namierzyć, i po to były te świeczki”. Dziś myślą, że Dima musiał cierpieć na depresję – mimo że kupili mu mnóstwo nowych, markowych ciuchów, chodził wciąż w tej samej znoszonej bluzie, w której przyjechał z Ukrainy, i potrafił tygodniami się nie myć. Rodziny, które przyjęły do siebie dzieci bez opiekunów, stanęły przed szczególnym wyzwaniem. Olbrzymia odpowiedzialność, problemy wychowawcze, trudny okres dojrzewania nakładający się na traumę wojenną i samotność. Dochodziły do tego kwestie związane z brakiem formalnej opieki prawnej, zwłaszcza w kontekście kontaktów ze służbą zdrowia. Mama Dimy miała dojechać, ale bardzo się to przedłużało, bo nie wiedziała, co zrobić z własną schorowaną matką – zostawić ją samą w mieszkanku w charkowskim bloku? Była rozdarta. Gdy już wreszcie podjęła decyzję o wyjeździe, nie można było jechać, bo znowu bombardowali: „Zaczęliśmy godzić się z myślą, że on już z nami zostanie, właściwie byliśmy gotowi na adopcję, mąż powiedział: »Przerobimy strych na pokój dla Dimy, mamy trójkę dzieci, to i czwarte się zmieści«”. Goszczonych uchodźców zabierano na spacery, nad jezioro, na wycieczki, place zabaw i do restauracji, oglądano razem seriale, grano w gry planszowe i urządzano grille. Tania mówi wprost: „Ja nie wiedziałabym, co to Poznań, gdyby nie on [gospodarz Marek]! Za włosy bierze i do życia wraca, bez niego ja bym była w depresji (…). Grille, muzeum młynarstwa, lasy, grzyby, trampoliny dla dzieci…”. Podkreśla jednak, że płacą za te atrakcje naprzemiennie: „Mówię mu: »Nie chcę,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy w Polsce będą Chiny