Muszę się nieco cofnąć w czasie, do chwili, gdy po raz pierwszy zyskałem pewność, że dzieje się ze mną coś naprawdę złego. Zacząłem sobie wówczas przypominać, kiedy to po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się poważnie zmierzyć z problemem śmierci. Miałem wtedy 15 lat, czytałem biografię św. Tomasza Morusa napisaną przez R. W. Chambersa. Dowiedziałem się, że po osądzeniu i skazaniu Morusa na śmierć, człowiek, który go przesłuchiwał, Lord Rich, powiedział mu: „Zastanów się. Wiesz, że jeśli nie złożysz przysięgi na wierność królowi, będziesz musiał opuścić swój śliczny dom w Chelsea, swoją żonę i dzieci, a jest to wyłącznie kwestia złożenia przysięgi – inaczej umrzesz”. Morus odparł: „Zatem umrę dziś, mój panie, ty zaś umrzesz jutro”[1]. Wydało mi się to wspaniałą odpowiedzią – rozważną i spokojną. W tym samym roku zginął obok Morusa jeszcze jeden męczennik, św. John Fisher – zawsze będzie miał u mnie fory, bo pochodził z Yorkshire.O poranku w dniu egzekucji, ubierając się, poprosił Lorda Namiestnika, by potrzymał mu futrzany kołnierz peleryny, zaś strażnik, darzący Fishera wyraźnym afektem, odparł: „Mój Panie, już niedługo będzie ci potrzebny”. Fisher rzekł do niego: „Tak długo, jak Bóg obdarza mnie zdrowiem, zamierzam o nie dbać”. Znów tak zdroworozsądkowa, a zarazem godna świętego odpowiedź. W ostatnich dniach często przypominają mi się słowa Mahometa: „Musicie umrzeć zanim umrzecie”, mając na myśli to, że przynajmniej w pewnym stopniu jeszcze za życia musimy przejść przez proces umierania, jeśli chcemy przeżyć życie właściwie,…
(1923–1997), profesor historii i studiów religijnych w Santa Cruz, b. rektor Ekumenicznego Instytutu Studiów Teologicznych w Tantur.