Subskrybuj
Jeden z najznakomitszych brytyjskich krytyków literackich, emerytowany profesor literatury angielskiej, wykładał m.in. w Cambridge, na Harvardzie i Columbia University. Autor wielu wpływowych książek.

Akademia contra humanistyka

Humanistyka ulega rozkładowi na uniwersytecie, instytucji powołanej przez społeczeństwo do zajmowania się w jego imieniu najczystszym, najpoważniejszym myśleniem.

Jako emerytowany profesor literatury angielskiej, który od czasu do czasu wraca do nauczania, zdaję sobie sprawę, że praca, którą staram się wykonywać ze swoimi studentami, ma coraz mniej wspólnego z tym, co dzieje się w sąsiednich salach seminaryjnych. Żałuję, że nie jestem na czasie, lecz za późno już, by zmieniać przyzwyczajenia ukształtowane w ciągu całego życia. Nie uważam zresztą, by były to złe przyzwyczajenia. Studenci siedzą w krąg przy stole, czytają i omawiają poezję, powiedzmy Yeatsa czy Donne’a. Mój plan polega na przeprowadzeniu takiej analizy dzieł tych poetów, by każdy uczestnik zajęć dysponował wiedzą pozwalającą mu rozumieć, jak mogą one zmieniać i wzbogacać umysły niektórych przynajmniej czytelników – nawet jeżeli świadomość odległości czasowej czy różnic ideologicznych może sprawiać, że autorzy nie będą budzić w nich zrozumienia.

Może bowiem zdarzyć się tak, że studenci będą żywić dezaprobatę dla poglądów politycznych czy religijnych danego twórcy albo doszukiwać się w jego dziełach ukrytych sensów, wobec których właściwą postawą również byłaby dezaprobata; i tego rodzaju uprzedzenia mogą stanąć im na przeszkodzie w pokochaniu tego, co czytają. Powinni się jednak nauczyć, że wspaniała poezja może – a właściwie niemal zawsze musi – wyrażać przekonania polityczne, religijne czy społeczne, których oni, czytelnicy, nie mogą podzielać. Gdyby było inaczej, nie moglibyśmy czytać Homera, Dantego, T.S. Eliota czy Ezry Pounda, nie odczuwając stale sprzeciwu, znużenia czy nawet obrzydzenia. Muszę wyznać, że to niezwykle ożywcze doświadczenie obserwować, jak grupa inteligentnych młodych ludzi przywyka do poety, który ma im bardzo niewiele do zaoferowania w kategoriach natychmiastowej gratyfikacji, patrzeć, jak analizują wiersz wyłącznie jako wiersz, bez jakichkolwiek uprzedzeń. Może ich zakres zainteresowań wkrótce się rozszerzy; może zechcą dowiedzieć się czegoś więcej o ekscentryku George’u Herbercie, może nawet się zaciekawią, czy i pod jakim względem ekscentryczka Emily Dickinson, która, jak wiadomo, skopiowała fragment jednego z jego wierszy, pozostawała pod wpływem angielskiego poety. Miłość i szacunek do poezji szerzą się w taki właśnie sposób. Ale najpierw musi pojawić się umiejętność dostrzeżenia mistrzostwa i zrozumienie, że owo dostrzeżenie przynosi wiele pożytków. To, czy studenci są równie pobożnymi anglikanami jak Herbert czy też potępiają fascynację Yeatsa faszyzmem, powinno być kwestią drugorzędną; staną się bogatsi dzięki bezpośredniemu doświadczeniu poezji. Gdy pedagodzy twierdzą – a czynią tak na wiele sposobów – że polityczne uwarunkowania dzieła literackiego stanowią jego najważniejszy aspekt albo że dzieło powinno się badać przede wszystkim jako dokument w jakimś historycznym sporze o władzę, moim zdaniem sprzeniewierzają się swojemu powołaniu.

Przyznaję, że moje podejście do literaturoznawstwa jest przestarzałe. To, co owo podejście wyparło – rozmaite sposoby zajmowania się (bądź niezajmowania) literaturą, które zastąpiły jej badanie – stanowi przedmiot poważnej i groźnej w wymowie książki Johna M. Ellisa, Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of Humanities („Literatura utracona: programy społeczne a rozkład humanistyki”). Ellis jest zdumiony i głęboko zaniepokojony niezwykłymi zmianami, które zaszły w nauczaniu humanistyki na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych (i zostały powielone w pozostałych regionach świata). Oczywiście, Ellis nie jest pierwszym komentatorem, który wyraża zaniepokojenie tym, co się dzieje; wyróżnia go jednak z ich grona klarowność spostrzeżeń i gotowość nieograniczania się do potępiania najnowszych trendów, a także – zgodnie z akademicką tradycją, która, jego zdaniem, znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie – poddania ich bezstronnej analizie. Możliwie szczegółowo zgłębia owe nowe trendy, by zdobyć argumenty na poparcie swojego poglądu, że myślenie, na którym się opierają, trudno w ogóle nazwać myśleniem. Najbardziej niepokoi go to, że trendy te są w świecie akademickim tak mocno zakorzenione, iż nie przeminą same z siebie, jak przemijało już wcześniej wiele sezonowych mód, lecz będą dominować przez katastrofalnie długi czas.

Ellis wyrażał już wcześniej poglądy tego rodzaju, przede wszystkim w książce Against Deconstruction („Przeciwko dekonstrukcji”). Prowadzi spór zgodnie z regułami sztuki, wykładając wszystkie karty na stół, ma zatem prawo twierdzić, że gdyby akademia traktowała idee poważnie, mógłby oczekiwać, iż jego krytyczne uwagi sprowokują rozumną polemikę. Ale nie wierzy już, że idee traktuje się poważnie; samo założenie, że tak być powinno, stanowi część koncepcji uniwersytetu, którą obecnie się lekceważy i od której się odchodzi. Nie dziwi go więc, że uwagi krytyczne, jakie wygłasza, pozostają bez odpowiedzi – klasyfikuje się je jako całkowicie chybione tylko na tej podstawie, że są krytyczne wobec panujących doktryn. Fundamentalnie odmienny sposób myślenia ignoruje się teraz bądź odrzuca; zdarza się też, co już zakrawa na hańbę, że zakazuje się go podczas zajęć.

Przerażeniem napawa Ellisa niepojęty fakt, że to samo grono profesorskie, które zaledwie pokolenie temu musiało bronić humanistyki przed argumentami utylitarystów, teraz opowiada się „przeciwko zachodniej tradycji w filozofii i literaturze”, twierdząc nie tylko, że „studiowanie Szekspira i Platona to strata czasu, który powinien być spożytkowany na bardziej poważne zajęcia, lecz że może wręcz być szkodliwe”. Dzieła, które dotychczas uznawano za wyzwalające, teraz, jak się uważa, zamykają umysły, fundują czytelnikom pranie mózgów, wskutek czego „akcept[ują oni] ideologię reakcyjną i przyjmuj[ą] idee uprzywilejowanej klasy” („martwych białych mężczyzn”), której żądza władzy nareszcie została zdemaskowana. Ten nikczemny program studiów należy zastąpić takim, który potwierdzi, że ostateczny cel wszelkich dociekań ma charakter polityczny; ich przedmiotem zainteresowań ma być rasa, gender i klasa. Ellis przypomina delikatnie o poparciu Stalina dla naukowego hochsztaplera Łysenki i rozkładzie nauk biologicznych w Związku Radzieckim. Takie mogą być skutki, kiedy, wobec braku akademickiej wolności, programy polityczne przejmują kontrolę nad ośrodkami badań. Książka przybiera z każdą stroną ciemniejszy ton, lecz komentarze Ellisa o tym, że dziś powszechnie akceptuje się nacisk na prymat politycznych uwarunkowań literatury, są wyważone: podstawowy błąd logiczny polega na oparciu się na niepodważalnej przesłance, że wszystko ma wymiar polityczny, i dojściu do wniosku, że polityka jest zawsze wymiarem najistotniejszym. Skutkiem tego błędnego przekonania jest zredukowanie krytyki literackiej do prostego poszukiwania definiującego dzieło znaczenia politycznego. Foucaultowskie zredukowanie historii do konfliktu władzy, prowadzące do tego, że celem krytyków podzielających poglądy Foucaulta jest wyłącznie zbieranie dowodów ucisku, także zasadza się na błędzie logicznym. Jako aksjomat przyjmuje się, że żadna wiedza, jako konstrukt społeczny, nie ma wartości obiektywnej – lecz wiedzę, z której to przekonanie wyrasta, cichcem wyjmuje się spod tego prawa. Profesorowie, którzy przyznają otwarcie, że nie przepadają za literaturą (obecnie takie wypowiedzi nie są w pewnych kręgach niczym niezwykłym), będą szukać w niej jedynej rzeczy, która ich interesuje – treści politycznej, której waga jest z góry określona, popełniając tym samym to, co Ellis nazywa „błędem jednego elementu”. Z przedmiotu swoich badań wynoszą tylko to, co do niego wnieśli. Krytyka Ellisa zasadza się na przekonaniu, że stan względnej szczęśliwości intelektualnej i społecznej (obecnie zagrożony) zawdzięczamy postępującym zdobyczom oświecenia, które wciąż pozostaje projektem nieukończonym. Nawet polityczna poprawność jest produktem procesu historycznego, którym tak gardzą osoby politycznie poprawne. Życie bez oświecenia jest paskudne i bestialskie, jednak jest ono naszym stanem naturalnym; utopijne fantazje o wyższości Trzeciego Świata powinno się analizować w świetle losów wszelkich tego rodzaju fantazji prymitywistycznych, wszelkich przypadków odrzucenia intelektualnego i społecznego postępu, jaki dokonał się w pogardzanej tradycji Zachodu. Szczególnie kobiety powinny zadać sobie pytanie, czy życie w społeczeństwach, które rozwiązują problemy społeczne na drodze ludobójstwa, stosują zbiorowe gwałty jako sposób dojścia do władzy, praktykują obrzezanie kobiet itd., naprawdę można przedkładać nad życie w społeczeństwie, które może i jest dalekie od doskonałej sprawiedliwości, lecz z całą pewnością zaszło dalej na drodze do tego celu. Ellis pisze w duchu bardziej polemicznym, kiedy odnosi się do myślicieli w rodzaju Frederica Jamesona i Stanleya Fisha, a także do przedstawicieli krytyki feministycznej (samo to określenie uważa za wewnętrznie sprzeczne, argumentując, że prawdziwa krytyka…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bankructwo humanistyki