Subskrybuj
Polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu; przez wiele lat pełnił funkcję kierownika Katedry Socjologii na University of Leeds. Laureat Nagrody im. Theodora W. Adorno i Nagrody Księcia Asturii w dziedzinie komunikacji i...

Śmieć

Gospodarka społeczeństwa konsumentów żyje i kwitnie przyśpieszaniem rotacji towarów: wypadaniem z użytku nabytych poprzednio przedmiotów i ich zastępowaniem przez nowe, świeżo na rynek rzucone i dopiero zabiegające o stworzenie na siebie popytu.

Śmieć, jak wszyscy dzięki epokowemu studium Mary Douglas jesteśmy świadomi, to rzecz „nie na swoim miejscu”1. Milczącym założeniem, bez jakiego zdanie to nie miałoby sensu, jest istnienie ładu lub wyobrażenia o ładzie, lub intencji zaprowadzenia ładu. Ładu, czyli takiego stanu, w którym rzeczom – wszelkim rzeczom – przydzielono zawczasu określone miejsce albo miejsca odmówiono. Ład ma granice i strukturę. Granice, bo nie dla wszystkich bytów jest w nim miejsce. Strukturę, bo byty, które do ładu należą, są przypisane do określonego miejsca. Mieszczą się one w ładzie o tyle, o ile trzymają się wyznaczonych im miejsc. W przeciwnym razie stają się śmieciem. Śmieć jest zatem odpadem ładotwórstwa. Ład jest ładem o tyle, o ile zdolny jest oczyszczać się ze śmieci. Znakiem rozpoznawczym, a może nawet atrybutem definiującym ład są zakłady asenizacyjne oraz wysypiska lub palarnie śmieci.

Gajowy a ogrodnik

Śmieć jest wynalazkiem nowoczesnym. O ile idea porządku i sprzęgnięty z nią antonim (innymi słowy,opozycja między comme il faut i comme il n’est faut pas – „jak trzeba” i „nie jak trzeba”) są w dziejach ludzkości zjawiskami ponadczasowymi, o tyle świat nowoczesny jest ładotwórstwem (zwanym inaczej „modernizacją”) par excellence – nieustającym, obsesyjnym i kompulsywnym. Oznacza to, że jest on również nieprzerwanym i nieuchronnie mu towarzyszącym wytwórstwem odpadów i odrzutów. Ponadto – co bodaj najważniejsze – poczynając od decyzji o przejęciu natury pod zarząd ludzki i postulatu poddania jej ludzkiej kontroli, prerogatywę czy też obowiązek definiowania ładu i jego zaprowadzania (a więc również usuwania nieładu) nowoczesność złożyła na barki człowieka. Innymi słowy, początek ery nowoczesnej zbiega się z przejściem od „zachowawczej” postawy gajowego (którego zadaniem jest strzeżenie przedustawnego porządku rzeczy i jego ochrona przed naruszycielami) do „twórczej” – a ściślej mówiąc, „twórczo-niszczycielskiej” – postawy ogrodnika (którego zadaniem jest planowanie pożądanego porządku rzeczy i jego wdrażanie, głównie przez tępienie chwastów, czyli intruzów zakłócających swą obecnością zamierzoną harmonię i udaremniających jej realizację; chwasty to rośliny, jakie sieją się czy plenią z własnej niejako inicjatywy i nie oglądając się na zezwolenie ogrodnika – nadzorcy i stróża porządku).

Śmieć, krótko mówiąc, jest więc skutkiem ubocznym popędu do porządkowania i zastępowania jednego rodzaju ładu innym. Jest nieodłącznym towarzyszem nowoczesnego sposobu bycia we wszystkich jego odmianach. Intensywnie postępujące, cechujące „płynną” fazę nowoczesności, skracanie przewidywalności życia każdego z kolejno zaprowadzanych porządków skutkuje – musi skutkować – gwałtownym wzrostem produkcji odpadów i odrzutów.

Nowym a specyficznym i zapewne najobfitszym źródłem śmieci w „płynnej” fazie nowoczesności jest proces indywidualizacji społeczeństwa i stopniowe, lecz nieustające przesuwanie zadań ładotwórczych z obszaru publicznego, objętego jedną polityką społeczną, do nowo powstałej strefy „polityki życiowej” (by użyć terminologii Anthony’ego Giddensa), czyli uczynienia przedmiotem indywidualnej odpowiedzialności z rzeczy, które objęte były uprzednio kontrolą państwa. Wedle Ulricha Becka to jednostka ludzka obarczona jest dziś obowiązkiem znajdowania (z pomocą prywatnie posiadanych i zawiadywanych zasobów) indywidualnych rozwiązań dla społecznie wytwarzanych problemów. To od jednostki ludzkiej oczekuje się obecnie wysiłku niezbędnego do uniknięcia „życia na przemiał”2 i bycia przeznaczonym „na złom”.

Urynkowienie życia

W sposobie przednowoczesnego życia, nacechowanym wtórnym przerabianiem (czyli swoistym „recyklingiem” avant la lettre) wszystkiego, co po wykonaniu zamierzonej czynności pozostawało niewykorzystane, pojęcie odpadu czy odrzutu właściwie nie istniało – zarówno w gospodarce materiałami, jak i ludźmi. Niczego na śmietnik starano się nie wyrzucać – a samo pojęcie śmietnika zajmowało w przednowoczesnym bytowaniu miejsce jedynie marginalne. Odpady ze stołu wykorzystywano do karmienia trzody. Nowo narodzeni członkowie rodziny mieli „z natury rzeczy” zagwarantowane miejsce przy rodzinnym stole (niezależnie od tego, jak skąpo ów stół byłby zastawiony), a także udział w pracach na rodzinnym gospodarstwie, na zagrodzie czy polu. Póki praca nie miała ceny rynkowej, zawsze znajdowało się coś do zrobienia i nikt nie pozostawał „bez przydziału”. Ekonomiści w międzywojennej Polsce szacowali „ukryte bezrobocie” na 8 mln ludzi.

Zaliczali do ich grona mieszkańców wsi wchłoniętych, zatrudnionych i utrzymywanych przy życiu – choćby i nędznym – przez gospodarstwa chłopskie. Gdyby „modernizacja” kraju postępowała szybciej i gdyby dotarł wówczas do polskiej wsi nowoczesny rynek pracy (czyli gdyby praca ludzka stała się towarem w poszukiwaniu nabywców i pojawili się nabywcy gotowi za nią płacić), „ukryci bezrobotni” wystawaliby w kolejkach do urzędów pracy, daremnie wyczekując zarobku. Jedyną ich alternatywą – nie dla wszystkich zresztą do osiągnięcia – była wyprawa „na saksy” do krajów bardziej w nowoczesnym sposobie bycia zaawansowanych. Kraje te mogły ich jednak zaabsorbować dzięki temu, że własne „chwasty” – ludzi, jakich nowy przemysłowy ład uczynił zbędnymi – potrafiły „recyklingować” w armie ekspedycyjne, kolonistów osadzanych na podbitych ziemiach czy też urzędników kolonialnej administracji. Tuż po wojnie, gdy wprowadzano w PRL pierwsze pralnie publiczne, jeszcze przed rozpowszechnieniem pralek domowych, ich inicjatorów zaskoczyła niechęć gospodyń domowych do korzystania z usług zakładów pralniczych. Przepytywane o przyczyny tej niechęci i preferowania pracochłonnej i czasochłonnej harówki ręcznego prania domowego, tłumaczyły one swój wybór oszczędnością: pranie domowe, powiadały, znacznie mniej kosztuje niż maszynowe… Taka opinia, wyraźnie sprzeczna z „rachunkiem ekonomicznym”, nie była bezpodstawna: skazane na rolę gospodyń domowych i nienawykłe do poszukiwania pracy zarobkowej poza domem kobiety liczyły skrzętnie wartość potrzebnego do prania mydła i proszków, ale nie wliczały w rachunek strat opłaty, jaką mogłyby otrzymać za czas pracy zużyty na inne cele niż domowe pranie. Ślęcząc godzinami nad balią, zarobku nie traciły; nie wpadłoby im nawet do głowy, że mogłyby go zdobyć. Potrzeba było jeszcze paru lat modernizacji i uprzemysłowienia kraju, aby ręczne pranie i prasowanie bielizny uznane zostało za marnotrawstwo sił i czasu. W tamtym czasie owe siły i czas nie uzyskały jeszcze – w każdym razie nie w świadomości wyłączonych z rynku pracy kobiet – rynkowej ceny.

Rzeczywistość LeoniiZ tego, co dotąd powiedziano, wynika, iż pojęcie śmiecia (rzeczy pozbawionej wartości i nadającej się do wyrzucenia czy wręcz się go domagającej, rzeczy – co jeszcze ważniejsze – której unicestwienie nie zalicza się do strat, ale – przeciwnie – stanowi przejaw właściwego jej potraktowania) jest kulturowo uwarunkowane i wraz z kulturą się zmienia. Coś jest „śmieciem” nie ze względu na swoje właściwości, lecz ze względu na przyjęty porządek rzeczy odnotowany w kulturowo kształtowanej świadomości. „Tępiąc brud – pisała Mary Douglas – tapetując, dekorując, sprzątając, nie kierujemy się pragnieniem uniknięcia choroby, lecz pozytywnie reorganizujemy nasze otoczenie, tak by odpowiadało naszym wyobrażeniom. Nasze unikanie brudu nie wynika ze strachu czy bezmyślności – to twórcza aktywność, wysiłek mający na celu dostosowanie formy do funkcji i ujednolicenie doświadczenia”3. Natury owych klasyfikacji nie zawsze potrafią ludzie je stosujący wyartykułować, a zdarza się nawet, że ich sobie nie uświadamiają. Gdyby spytano mieszkańców Leonii, jednego z alegorycznych miast opisanych przez znakomitego pisarza i filozofa Italo Calvino, co jest namiętnością ich życia, odpowiedzieliby pewnie, jak to zauważył w opisie swej wizyty Marco Polo, porte- -parole autora, że stanowi ją „radość z nowych i odmiennych przedmiotów”4. I rzeczywiście – powiada Marco Polo – co rano ludność wkłada tam „nowiuteńkie szlafroki, wyjmuje z najnowocześniejszej lodówki nieotwarte jeszcze puszki, słuchając z ostatniego modelu radia najświeższych bzdur” (s. 89). Ale – co budzi wątpliwości sprawozdawcy – każdego ranka „resztki wczorajszej Leonii czekają na wóz śmieciarza” (s. 89). Pyta więc Marco Polo, czy prawdziwą namiętnością jej mieszkańców nie jest raczej „odrzucanie, wydalanie, obmywanie się z nawracającej nieczystości” (s. 90). Bo przecież dlaczego wita się w Leonii zamiataczy „jak aniołów”, otaczając równocześnie ich misję „milczącym szacunkiem”? Podczas gdy mieszkańcy prześcigają się w pogoni za nowościami, „forteca niezniszczalnych resztek otacza Leonię, piętrzy się nad nią ze wszystkich stron jak zespół płaskowyży” (s. 90). Jeśli uświadomimy sobie, że wedle badań brytyjskich 1/3 wszystkich zakupów żywnościowych ląduje na śmietniku, to Leonia okaże się doskonałą metaforą naszego świata. Nie trzeba nawet przytaczać porównawczych danych o zakupach innych niż żywnościowe, by wiedzieć, że wywóz wszelkiego typu śmieci, wydzielanie dla nich zsypisk, konstrukcja palarni, ochrona środowiska i mieszkańców przed ich trującymi wyziewami zajmuje coraz więcej miejsca wśród kłopotów nękających władze municypalne licznych miast Europy (i nie tylko jej). Ilość śmieci – produktów, na jakie brak zapotrzebowania i dla jakich nie ma zastosowania – rośnie niepowstrzymanie, a wraz z nią potęguje się marnotrawstwo wbudowane w gospodarkę dzisiejszego „społeczeństwa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj