Największym wyzwaniem jest dla mnie „azjatyckość” Tadżykistanu. Niedomówienia, kamienna twarz, która ma ponoć gwarantować, że się jej w sensie społecznym „nie straci”, półprawdy, z których trzeba się domyślać intencji autora – słowem, wszystkie te zachowania, o których można przeczytać w relacjach z Japonii czy Wietnamu, bardzo silnie obecne są także w tym kraju.
Prezydent wszystkich Tadżyków?W Tadżykistanie znalazłem się w szczególnie gorącym okresie końcówki przygotowań do wyborów. Od 6 listopada 2013 r. kraj ma nowego, a jednak zadziwiająco starego prezydenta. Bez większych niespodzianek wybory wygrał po raz kolejny Emomali Rahmon. Ten sam, który przejął władzę po zakończeniu krwawej wojny domowej w 1994 r., usunął z nazwiska rosyjską końcówkę „ow”, zachęcając swoich rodaków – de facto poddanych – do tadżykizacji, a także zmienił konstytucję, by móc rządzić dożywotnio. Prezydent wszechobecny. Ze szczególnie licznych w okresie przedwyborczym banerów wyciągniętą ręką wskazuje mieszkańcom kraju lepszą przyszłość. Ale ona, mimo wysiłków prezydenta, nie nadchodzi. Plakaty uczą, że kiedy prezydent nie wskazuje przyszłości, to dobrotliwie pochyla się nad tadżyckimi dziećmi, bo przecież nieobca mu jest troska o ich szczęśliwe wzrastanie, albo z mądrą miną przypatruje się pracy studentów i naukowców. Prezydent z fotoszopu z atencją odnosi się do kobiet i…