Niemcy kiedyś lubili śpiewać Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt. U nas poczucie własnej wartości wyrażało się w (tetmajerowskiej) raczej prostackiej rymowance wolę polskie g… w polu, niż fiołki w Neapolu. Widocznie megalomania wchodzi w skład każdej narodowej tożsamości. Gorzej, jeśli do wychowywania tej tożsamości zabierze się paranoik węszący wszędzie zagrożenia i spiski. Ziemia nie jest rajem, pełno tam szaleńców, ale histeryczna podejrzliwość bywa bardzo złym doradcą. Niestety, media to lubią, więc piszący musi pokazywać, że jest szczwanym lisem, nie nabierze się na piękne słówka, zawsze wytropi trupa w szafie.
Taki zgryz nie sprzyja jednak budowaniu międzyludzkiego zaufania. A bez tego zaufania wszyscy szybko zdechniemy w opancerzonych bunkrach. Dlatego moją opowieść poprowadzę w staroświeckiej konwencji, głosząc jak być powinno, choć nie jest. Ktoś przypomni, że tak się sześciolatkom opowiadało bajki z morałem. Ale może ja naprawdę wierzę, że krasnoludki są na świecie…
***
Z końcem PRL pojawia się coraz częściej temat tożsamości narodowej, nie tylko w publikacjach poza cenzurą, ale i w obszarze kontrolowanym przez władze komunistyczne, gdyż nawet partia czuje, że leninizm jako doktryna zbawienia jest zużytym śmieciem, już przez nikogo niebranym serio. Najwcześniej pojmuje to grupa Moczara i chętnie (Załuski) sięga do frazeologii patriotycznej: PRL w ten sposób staje się dziedzicem nie tylko „postępowych” (tj. zręcznie wyselekcjonowanych) polskich tradycji „narodowo wyzwoleńczych”, czyli zręcznie przechwyconych XIX-wiecznych powstań, ale i (poniekąd) walk partyzanckich w II wojnie. Nawet i AK jakby znajdowała półgębkiem wybaczenie w oczach ZBOWID-u (Związku Bojowników o Wolność i Demokrację).
Zamiast leninowskiego newspeaku mamy więc odwołania do militarnych sukcesów przeszłości: w 1983 Jaruzelski zorganizuje na Błoniach krakowskich masową imprezę w rocznicę odsieczy wiedeńskiej (sic!), kradnąc niejako karabelę Sobieskiemu, by nią pomachawszy, pokazać, że nie tylko Jan Paweł II potrafi gromadzić tłumy. Takie przewerbowania, choć znane już od czasów dywizji „kościuszkowskiej” (zwycięzca spod Racławic jako emblemat posłuszeństwa Stalinowi), rozmnożą się lawinowo. Nawet przyjaźń z Sowietami to już nie tyle alians ideologii, ile raczej coś w rodzaju Realpolitik, mądrości elit (towarzyszu,… wicie, rozumicie), które prowadzą naród bezpieczną drogą sojuszu z potężnym sąsiadem, oczywiście niemającym nic wspólnego z dawnym, ohydnym caratem.
Takie chytrości nie są jednak głównym powodem eksplozji narodowej. W 1979, a więc po wyborze papieża, jechałem samochodem z Krakowa do Częstochowy w okresie procesji Bożego Ciała i pamiętam po małych miasteczkach nagłą mobilizację religijno-patriotycznej tożsamości. Na ścianach wszystkich ozdobionych domów na trasie, z rzucającym się w oczy wyjątkiem komisariatów policji i siedzib komitetów partyjnych. Był to spontaniczny, jak na tamte czasy, chyba pierwszy tak otwarty i tak masowy, akt odwagi cywilnej szarego obywatela. Polski wariant, słynnego We the people (My naród) z amerykańskiej Declaration of Independence?
Czyżby partia złapała się we własne sidła wypuszczając z lochu patriotycznego ducha? Dając mu pół swobodę? Ta dwuznaczność istotnie zaowocowała obfitością publicystyki, ale i poważnymi studiami historycznymi badającymi narodową tożsamość (Kieniewicz). Pojawia się filmowa wersja Wesela, nb. przygotowywana dla Wajdy przez Andrzeja Kijowskiego, harcują też na pograniczu dopuszczalności teatry (Wyzwolenie Konrada Świnarskiego w Krakowie), cenzura gubi się w plątaninie aluzyjnych mrugnięć ze sceny do widza.
Powie ktoś słusznie, że to zwycięstwo prymasa Wyszyńskiego, który od dawna głosił Naród Polski zawsze wierny Chrystusowi i Maryi. Zresztą wkrótce przyszedł ów wstrząs: habemus papam. Patriotyczny wicher. W tych okolicznościach ujawnia się cały ekwipunek polskości: Bóg i ojczyzna, szabla, ryngraf, obrona Częstochowy i Zbaraża, Kmicic, Skrzetuski, Wołodyjowski wchodzą w miejsce szyderców i kpin. Np. z porucznika Ordona u postgombrowiczowskiego Mrożka.
Nie będziemy przytaczać tutaj kompletu intelektualnych ingrediencji składających się na macierzystą glebę Solidarności, pierwszego polskiego powstania, które się jakoś udało. Tam wejdą i wcześniejsze, legalne Rodowody niepokornych Cywińskiego i nielegalny Kościół, lewica, dialog Michnika, i KOR Lipskiego z ks. Zieją… Zresztą członkowie partii, od Biura Politycznego po gminną POP, też dość rozpaczliwie chwytają się brzytwy… Wyszli odrobinę pokiereszowani. Ale chyba tak na ogół… nie najgorzej?
Sumując: w tamtych czasach Bóg i ojczyzna to hasło mobilizujące sporą większość, hasło ufundowane na pamięci zbiorowej kraju jako niepokornego, niezłomnego przedmurza. Aczkolwiek co do religijnej głębi owego przedmurza miałoby się trochę wątpliwości, polska religijność jest emocjonalnie żarliwa i kolektywnie przeżywana, ale jakby trochę słomiana, odświętna, też mniej pożywna duchowo / intelektualnie. Gdy porównamy Paska z Pascalem… a Dobraczyńskiego z Bernanosem?
Pamięć tę dało się przecież, już po stanie wojennym (1981), tak opisać: „przekonanie o powtarzalności naszych losów, o tym, że jesteśmy wystawieni na tę samą serię prób, przynosi poniekąd odpowiedź na te same problemy, [przynosi] pocieszenie i umocnienie. Skoro gramy wciąż tę samą sztukę na theatrum historii, to choć grożą nam te same klęski, ale i przyświeca ta sama nadzieja. Wszystko już było (…) wystarczy zachowywać się według tradycyjnego scenariusza, podobnie jak nasi ojcowie. Nie stawiamy samotnie czoła grożącym niebezpieczeństwom, za naszymi plecami widnieją nieskończone szeregi tych, co nas wyprzedzili w pierwszych czy drugich legionach, w pierwszym czy drugim czy trzecim powstaniu, w pierwszej czy drugiej czy trzeciej fali uchodźców. [W ten] dostojny polonez wpisany jest i spisek i więzienie i powstanie i wygnanie i chwała na polu bitwy i klęska…” Taką ocenę stanu ducha przeczytalibyśmy we wstępie do szkiców pt. Szczególna przygoda żyć nad Wisłą, Londyn, Polonia Book Fund LMD, 1985, krajowy autor, trochę szyderczo dorzuca: „miło jest mi podziękować cenzorowi, że nienajgorzej wybrał – skreślając je ze szkicu Niezwykła przygoda… (Tyg. Pow. 1983, 14/15) – słowa wprowadzenia do książki, którą oddaję w ręce czytelnika”.
***
Jeśli więc wówczas, w szczególnym napięciu emocji, echem fatum narodowego odbijają się znane wersy Żuławskiego: synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, to jednak mniej pamiętano o niecałkowitej klarowności połączenia Bóg i ojczyzna, które czasem trochę przypomina polityczną instrumentację religii, w końcu Gott mit uns widniało też i na pasach hitlerowskich żołnierzy?
Zaglądając do Biblii, zobaczymy, że Pan Bóg bywa zazdrosny. Nie dopuszcza wspólników, podkreśla nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną. Ów mariaż Wiary z patriotyzmem wymagałby zatem ostrożnego zdefiniowania obu członów, ustalenia priorytetów, hierarchii. Np. żeby uniknąć dzisiejszych gromkich okrzyków: Polska Jest Najważniejsza. Bo nie jest.
Nie wątpimy, że ojczyzna to rzeczywiście bardzo cenne dobro wspólne, nasz dach nad głową, otrzymany w spadku i wymagający poświęceń w imię jedni drugich ciężary noście. Lecz niekoniecznie musi być przedmiotem ślepego uwielbienia, niemal Absolutem.
Żyjąc we wspólnocie, najpierw rodzinnej, potem lokalnej, następnie narodowej i państwowej, wreszcie ponadnarodowej, już jako członkowie rodziny ludzkiej, jesteśmy odpowiedzialni za pomyślność owych – jak ruskie matrioszki jedna drugą w sobie mieszczące – coraz szerszych wspólnot. Od najmniejszej i najbliższej do największej i najdalszej w porządku możliwości i kompetencji. Dlatego pomagamy, najpierw sąsiadowi, kiedy mu się pali stodoła, ale także umierającym z głodu w Afryce, choć nigdyśmy ich nie widzieli na oczy.
Kłopot w tym, że dopóki czynnikiem organizującym taką wspólnotę była tradycyjna monarchia, dopóty skupiała na sobie synowskie uczucia poddanych według dość prostego modelu rodzinnego. Gdy monarchia upadła, ów naturalny model, relację personalną, zastąpiono relacją quasi-religijną. Zamiast kochać konkretną osobę, Miłościwego Pana, trzeba odtąd – od Rewolucji francuskiej – kochać Ojczyznę, ale Ojczyznę przebóstwioną, najwyższe Sacrum na obraz Pana Boga?
Kochać zatem ze wszystkich sił bezosobowe Coś? Wyobrażony konstrukt (Anderson mówi o imagined community – wspólnocie wyobrażonej), jego kapłani mogą od nas zażądać w każdej chwili całopalenia, tj. poświęcenia życia na Jej (ojczyzny) ołtarzu, gdyż dulce et decorum est pro patria mori/jakże słodko umierać za ojczyznę… Otóż z pewnością zdarzają się sytuacje szczególne, gdy trzeba nie szczędzić własnego życia dla bliźnich, naszych braci, matka dla dziecka nienarodzonego, strażak wynoszący kogoś z pożaru, żołnierz w sprawiedliwej wojnie obronnej, jeśli agresor zagraża istnieniu naszej wspólnoty. Ale idolatria ojczyzny, rzymskie salus rei publicae suprema lex esto / zbawienie rzeczy pospolitej niech będzie najwyższym prawem, to nakaz pogański, wyrosły z kultu lokalnego bóstwa opiekującego się konkretnym miastem, odgrzany przez Rousseau w XVIII w. i odziedziczony przez Rewolucję, która i nasz patriotyzm naznaczyła swoim (Legiony Dąbrowskiego) piętnem. W codziennej normalności owa sakralizacja ojczyzny nie realizuje się do końca, do ekstremów heroizmu i martyrologii. Mimo że postrzegamy ojczyznę jako wspólny dom, o który trzeba dbać poświęcając własny, czysto jednostkowy egoizm, nie musimy od razu wpadać w szał uniesień. Raczej skłaniamy się do trzeźwej odpowiedzialności za konkretną zbiorowość, niż do histerii i quasi-religijnej żarliwości dla Sprawy, dla wyobrażonego Sacrum. Bez egzaltacji, po prostu na poziomie tego, co wiąże się z naturalnymi potrzebami każdego, jak ciągłość, poczucie bezpieczeństwa, zadomowienie, zakorzenienie, przewidywalność. Ojczyzna to przede wszystkim to, co znane – bliskie otoczenie, środowisko, utarty bieg rzeczy etc. Oto więc „kraj lat dziecinnych”, pejzaż, nawyki (może i kuchnia, np. staropolska – z bigosem i pierogami?), oto rutyna, budująca krąg naszego małego świata, małej ojczyzny. To wszystko z kolei mieści się w większym kręgu, w którym jednak również rozpoznamy rzeczy znane i lubiane. Tak wstępujemy stopień po stopniu aż do kręgu zachowań i zjawisk uznanych za nasze, swojskie w przeciwieństwie do cudzych, tych zza miedzy. Aż do kręgu zarysowanego przez język i przez kulturę w naszym języku wyrosłą. Ten świat cenimy, utrwalamy, będziemy bronić jego całości, pracować, spłacając długi zaciągnięte przez wychowanie, które nas ukształtowało. A objęte dziedzictwo przekażemy nienaruszone potomstwu. Uczucia takie są, powtarzam, w gruncie rzeczy przyziemne, zwykłe, każdemu dostępne, mało ekscytujące. Mimo skupienia na sobie i swoim, nieagresywne – nasz własny świat, ławka na skwerku, gdzie mogę spokojnie przejrzeć gazetę, widok z okna na wieże kościołów i mosty, na zieloną dolinę i dawny młyn za zakrętem, łąkę za lasem i sad bogaty w jabłonie. Należy je akceptować, pielęgnować… Ale pilnie zadbawszy, by nie prowadziły do zamknięcia się na to, co cudze, co także ciekawe, nowe. Za progiem, za rzeką, za górami, za lasami. Gdyż tam, proszę mi wierzyć, nie zawsze czyha wróg z dzidą i pałaszem… *** Rozumiem, że niełatwo zbudować równowagę między swoim i obcym, naszym i nie naszym. Dlatego tak potrzebny umiar – strzeżmy się egzaltacji i histerii. Te wracają w bardzo różnych przebraniach, rozpalają fanatyzm, nie tyle gorliwość o dobro wspólne, duchowe i materialne, ile pobudzają do walki z szatanem, który rzekomo dybie na naszą tożsamość. Tożsamość pojmowaną jako twierdza, wiecznie zagrożona, wciąż oblegana przez śmiertelnych wrogów twierdza najwyższego sacrum – niebieskie Jeruzalem. Którego nasz naród strażnikiem jako sprawiedliwy wśród łotrów. Właśnie dla tej łatwości ześlizgu w pseudoreligijny fanatyzm potrzebne nam uzwyczajnienie, sekularyzacja patriotyzmu. Wyraźne oddzielenie tego, co Boskie od tego, co cesarskie. Pan Bóg, powtarzam, jest zazdrosny, nie wzywajmy Jego Imienia nadaremno, nie mieszajmy Go z ojczyzną, nie wciągajmy zbyt natarczywie do naszych interesów. Ktoś powie, że mierzi go taka biedermeierowska miłość ojczyzny na miarę leniwego rencisty, na miarę gogolowskich staroświeckich pomieszczikow, że woli patos i furię konkwistadora, argonauty, rycerza pędzącego na zdobycie świata, niosącego płomień wojny w imię sławy grodu? Że właśnie owe niespokojne duchy bohaterów…