Żyjemy w czasie dzienników. Wciąż zyskują one na znaczeniu, a dzieje się to jednocześnie na kilku poziomach. W ciągu ostatniego dziesięciolecia mieliśmy do czynienia z dynamicznym rozwojem dzienników internetowych, czyli blogów. I choć są one czymś innym niż ich papierowe odpowiedniki (inna jest tu sytuacja komunikacyjna, inny nośnik, inny porządek prowadzenia zapisów etc.), to ich oszałamiająca liczba (kilka milionów w Polsce, kilkaset milionów na całym świecie) oraz zróżnicowanie, jeśli chodzi o wiek, wykształcenie czy zawód blogera lub blogerki, ujawniają to, co w przypadku tradycyjnych dzienników pozostawało niewidoczne: powszechność tej praktyki.
Blogi dobrze pokazują, że dzienniki nie są tylko domeną literatury i literatów. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że to właśnie dzięki internetowi ci, którzy do tej pory milczeli, zaczęli pisać i upubliczniać swoje zapisy. Niewątpliwie komputer podłączony do internetu umożliwił natychmiastowe “publikowanie” tekstów, czego nie dawały pióro i zeszyt. Jednak sama praktyka nie tylko istniała od dawna, ale też obejmowała bardzo różne grupy społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że w naukach historycznych i społecznych dzienniki są coraz chętniej wykorzystywane jako źródło wiedzy o życiu codziennym badanego okresu. Jednocześnie wzrasta zainteresowanie nimi już nie tylko jako źródłem wiedzy z dziedziny historii, socjologii czy psychologii, ale także jako specyficzną odmianą praktyki pisarskiej.
O popularności dzienników świadczy także zwiększająca się liczba ich drukowanych edycji. Właśnie ukazuje się długo oczekiwany Tajny dziennik Mirona Białoszewskiego. Zakończyła się edycja dzienników Jarosława Iwaszkiewicza. Trwa edycja kolejnych tomów dzienników Sławomira Mrożka, Jana Józefa Szczepańskiego, Jerzego Zawieyskiego. Niedawno ukazały się także np. Dzienniki 1954-1957 Jana Józefa Lipskiego, Dziennik Jana Błońskiego, Dzienniki z lat osiemdziesiątych Teodora Parnickiego, a z pisarzy wcześniejszych generacji mające postać codziennych zapisów Dnie Elizy Orzeszkowej czy Dziennik nieciągły Władysława Stanisława Reymonta. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko wierzchołek góry lodowej, którą u jej podstawy stanowią tysiące dzienników prowadzonych przez najróżniejsze osoby niebędące pisarzami. Najczęściej prowadzą je bowiem ludzie młodzi (któż z nas nie pisał kiedyś dziennika…?), raczej kobiety niż mężczyźni. Pisarze zaś stanowią wśród diarystów znikomą mniejszość. Drukiem natomiast wydaje się przede wszystkim osobiste zapiski osób dorosłych, raczej mężczyzn niż kobiet, i w głównej mierze pisarzy. Dzienniki jednak nie są po prostu jeszcze jednym gatunkiem literackim, nawet jeśli mogą niekiedy nabierać cech literackich.
Kłopoty z materią
Czym więc są dzienniki, jeśli nie literaturą? Stanowią one rodzaj codziennej praktyki piśmiennej o wielorakich funkcjach oraz bardzo specyficznej stronie materialnej. Drukowane edycje zwykle nie oddają ani ich pierwotnej materialności, ani oryginalnego wyglądu, mających istotne znaczenie dla ich rozumienia. Warto wiedzieć, czy dziennik był prowadzony w zeszytach, brulionach, kołonotatnikach, notesach czy kalendarzach; czy diarysta tylko w nim pisał, czy też zapełniał rysunkami (Nałkowska, Dąbrowska), a może również wkładał lub wklejał do niego jakieś inne elementy, np. wycinki prasowe, zdjęcia, listy (Dąbrowska). Warto także wiedzieć, jak wygląda kształt pisma w pierwotnym dzienniku (może on na przykład świadczyć o stanie zdrowia diarysty, jak w przypadku Dąbrowskiej), czy istnieją w oryginale jakieś ślady jego użytkowania czy przechowywania – zarówno zniszczeń dokonanych przez czas i specyficzne warunki jego prowadzenia (co dotyczy np. dzienników wojennych), jak i zmian dokonanych przez samego diarystę (zniszczenie fragmentów, wyrwane strony, skreślenia i zamazania). Warto wreszcie wiedzieć, czy diarysta przepisywał swój dziennik i czy wydrukowany tekst, z którym obcujemy, pochodzi z wersji pierwotnej czy przepisanej.
Dlatego może dziwić, że wydawcy wielu współczesnych dzienników przywiązują do ich materialności tak niewielkie znaczenie, nie informując o niej w ogóle lub czyniąc to bardzo zdawkowo (np. z noty wydawniczej do I tomu Dziennika Szczepańskiego dowiadujemy się tylko, że jego rękopis znajduje się w posiadaniu syna pisarza; w I tomie Dziennika Mrożka nie ma już żadnej noty, a interesujących nas informacji możemy się doszukać na stronie redakcyjnej, skąd dowiadujemy się tylko, że tekst publikowany został spisany z rękopisu i maszynopisu). Mamy także przykłady pozytywne. W zakończonej kilka lat temu 6-tomowej edycji dzienników Zofii Nałkowskiej ich edytorka Hanna Kirchner bardzo dokładnie opisała ich materialność i zmiany dokonywane przez diarystkę. Podobnie w niedawnym 13-tomowym wydaniu dzienników Marii Dąbrowskiej, przygotowanym przez Tadeusza Drewnowskiego, zaznaczono wyraźnie, czy tekst pochodzi z wersji rękopiśmiennej, czy z wersji przepisanej przez autorkę na maszynie. Oba wydania diariuszy pisarek zilustrowano również zdjęciami stron z oryginalnych zeszytów.
Jak ważne znaczenie może mieć pierwotna materialność dziennika, przekonuje wspaniałe albumowe wydanie Wybranych stron ze zdjęciami z blisko trzystu kajetów diariusza Józefa Czapskiego (przygotowane przez Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską). Obok zapisów słownych zwierają one tak wiele szkiców i rysunków, wklejonych wycinków prasowych, listów czy fotografii, że tworzą niepowtarzalną, słowno-obrazową, zróżnicowaną materialnie całość. Przeniesione do formy tekstu drukowanego, stają się już czymś zupełnie innym. Skądinąd takie przeniesienie niektórych “wyrwanych stron” z dziennika zostało zaplanowane przez samego Czapskiego, co odtworzono teraz pieczołowicie w ich nowym wydaniu opublikowanym przez “Zeszyty Literackie”.
Przyjaciel, księgowy, świadek“Nie piszę dziennika, kiedy jestem szczęśliwy…” – to zdanie Stendhala podziela zapewne większość diarystów. Dzienniki są zwykle pisane w stanach zniechęcenia, załamania, przygnębienia, niespełnienia, choroby czy po prostu samotności. Już samo zapisanie tych stanów, a więc ich piśmienna eksterioryzacja i obiektywizacja, pozwala nad nimi do pewnego stopnia zapanować lub je przezwyciężyć, stanowiąc swoistego rodzaju autoterapię. Dla osoby samotnej, cierpiącej dziennik pełni funkcję powiernika, a czasami spowiednika i psychoanalityka. Objawia się to często jego personifikacją, przejawiającą się w zwrotach: “drogi dzienniczku”, “drogi pamiętniczku” czy “drogi zeszycie”, a dzisiaj również “drogi ekranie”. Takie uosabianie dziennika pojawia się przy tym nie tylko w osławionych “dziennikach pensjonarek”, które zresztą są zwykle o wiele ciekawsze, niż się uważa, ale także w dziennikach pisarzy. Młody Stefan Żeromski w latach 80. XIX w., wtedy nieszczęśliwie zakochany uczeń prowincjonalnego gimnazjum w Kielcach, do kolejnego kupionego zeszytu przeznaczonego na dziennik zwraca się jak do “nowego przyjaciela”, któremu chce się “od razu opowiedzieć (…) wszystko, bo palą (…) wspomnienia, nurtują w piersiach, płaczą”. Przeszło pół wieku później stary Jan Lechoń, niemogący odnaleźć swego miejsca pomiędzy ulicami nowojorskiego Manhattanu, będzie pisał w sierpniu 1950 r. o swoim prowadzonym z wyjątkową regularnością dzienniku jako o kimś, kto jest jak: “wierny towarzysz, niemal przyjaciel, o którym myślę z czułością niemal, wracając co dzień do domu, że on mnie czeka, że nie będę sam, że mam z kim pogadać – bez przymusu, o wszystkim, ważnym i nieważnym”. Czasami jednak “złych stanów” diarystom nie udaje się obłaskawić, a dziennik kończy się samobójstwem jego autora, tak jak to się stało właśnie w przypadku Jana Lechonia czy Virginii Woolf, Sylvii Plath, Cesarego Pavese. Dzienniki pozwalają także na rozpoznawanie i analizowanie własnych zachowań, uczuć, stanów wewnętrznych, przyczyniając się do dynamicznego kształtowania tożsamości diarysty, choć może to spowodować również konsekwencje odwrotne do zamierzonych. Hénri Fréderic Amiel, jeden z najsłynniejszych diarystów świata, który w 34 lata, między 1847 a 1881 zapełnił 178 zeszytów (koło 17 tys. stronic), napisał: “Promieniowanie z zewnątrz przysparza nam zdrowia; nazbyt ciągła…