Mateusz Burzyk: Kampania społeczna Like a Girl (Jak dziewczyna), zorganizowana przez markę Always, dowiodła, że wyrażenie „robić coś jak dziewczyna” przywołuje obraz nieporadności, podczas gdy „robić coś jak mężczyzna” oznacza radzić sobie z czymś prawidłowo. W jaki sposób feminizm pomaga kobietom przepracowywać i przezwyciężać te normy i wartości, które przesiąknięte są wyobrażeniem o ich niższości wobec mężczyzn?
Eva Illouz: Feminizm dokonał już wiele, zwłaszcza w ciągu ostatnich 30–40 lat, walcząc z nierównością i jej wieloma utrwalonymi w kulturze reprezentacjami. Te ostatnie stanowią z całą pewnością najtrudniej uchwytną płaszczyznę feministycznych zmagań i sprawiają, że jest to jeden z najgłębszych w swej istocie projektów społecznych. Można co prawda – już się to zdarzało – nakręcić hollywoodzką superprodukcję z kobietą jako główną bohaterką, która dzierży broń i ratuje świat (także mężczyzn), ale to nie wszystko. Wystarczy posłuchać jednego z ostatnich komentarzy Donalda Trumpa, który otrzymawszy niewygodne pytanie podczas wywiadu na antenie CNN, zasugerował, że prezenterka dogryza mu, bo właśnie ma okres. To podobnie piętnująca forma jak uwaga, że „robi się coś jak dziewczyna” – wartościuje kobiece ciało jako gorsze od męskiego, a zasadza się na głęboko zakorzenionym stereotypie.
Ciało kobiety nie jest zamknięte w sposób tak definitywny jak męskie.
Ono produkuje wyciekającą krew menstruacyjną, jest penetrowane, daje życie. W starożytnych kulturach organizm zdolny do wchłaniania i wydzielania duchów, płynów czy materii był postrzegany jako pełen mocy i cudotwórczy. Jednak fakt biologicznej przenikalności kobiecego ciała można też łatwo wykorzystać, by kobietę poniżyć i napiętnować. Stwierdzenie „robisz coś jak dziewczyna” zawiera nieustannie niejawne odniesienie do ciała męskiego – ciała, które jest zawsze w porządku i na swoim miejscu, ciała silnego, którego nie naruszy nawet penetracja (owszem, możliwa, ale niewiążąca się z reprodukcją). Męskie ciało posiada implicite standard poprawnego funkcjonowania. Tego rodzaju biologiczną nieświadomość trudno naruszyć i przepracować. Przecież kobiety bywają zawstydzone przez miesiączkę, odczuwają dyskomfort, czasem poniżenie. Z jej powodu postrzegają swoje ciała jako gorsze. Właśnie dlatego feminizm musi pracować jednocześnie na kilku płaszczyznach: prawnej, ekonomicznej, wyobraźni społecznej oraz tej dotyczącej seksualności, prywatności i często intymnych relacji rodzinnych. W ten sposób pokazuje on, że nierówność na rynku pracy jest związana z płaszczyzną o wiele głębszą, bo umiejscowioną w fundamentalnej dla społeczeństwa instytucji, jaką jest rodzina. I choć nie odkrył tego feminizm, to w bardzo jasny sposób przebił się do świadomości społecznej, wykazując, że nie może być mowy o sprawiedliwej redystrybucji zasobów bez jednoczesnej rekonstrukcji struktury, na jakiej opierają się instytucja rodziny i społeczne stereotypy.
Dlaczego jednak potrzebujemy samego pojęcia feminizmu? Jest przecież wiele dziewczyn i kobiet, które chcą być traktowane na równi z mężczyznami, ale nie czują się feministkami – co więcej, nie lubią tego terminu, bo uważają go za agresywny.
Myślę, że problem z feminizmem jako pojęciem pokazuje, jak silny i głęboki jest męski wpływ na strukturę ludzkiej tożsamości. Feminizm to być może jedyny ruch, którego nazwa spotyka się z odrzuceniem grupy będącej przecież szczególnym adresatem jego walki o równość i wolność. Dzieje się tak dlatego, że mężczyźni kontrolują w istocie społeczne krążenie idei i zbiorowych wyobrażeń, a także udało im się (również przy pomocy części kobiet) przedstawić feministki jako brzydkie, seksualnie sfrustrowane i agresywne. Funkcjonuje to dokładnie tak samo jak w rywalizacji republikanów i demokratów o urząd prezydenta w USA – gdy tylko ci pierwsi zdołali przedstawić drugich jako niepatriotów, to od razu sam termin „demokraci” stał się podejrzany.
Powodem, dla którego walka feministek jest szczególnie trudna, okazuje się fakt, że egzystencja kobiet, a szerzej rzecz ujmując, podział płciowy, opiera się na strukturze rodziny. Kobieta zawsze pozostanie żoną, matką, córką, siostrą, a rodzina z definicji (przynajmniej przez ostatnich 200 lat) jest instytucją miłości. I tu pojawia się problem nieobecny w przypadku jakiegokolwiek innego ruchu. Czarnoskóry niewolnik nie miał trudności z tym, by znienawidzić swojego białego pana. Jawny konflikt interesów występował też w przypadku walki klas między pracownikami i wykorzystującymi ich ponad siły właścicielami fabryk. Jednak w obrębie rodziny nie ma tak jasnej dystynkcji, a podległa pozycja kobiet przyjmuje formę usług dostarczanych mężczyźnie jako wyraz miłości: przygotowuję posiłek, prasuję i sprzątam nie dlatego, że jestem służącą, ale dlatego, że cię kocham, a ty kochasz mnie. Jesteśmy związani kontraktem miłości, tyle że umowa ta zawiera również zapis o podległości. Feminizm nie może kierować się polityką prostego antagonizmu, bo polityczność rodziny jest wewnętrznie bardzo skomplikowana, a tożsamość kobiety wiąże się z wszystkimi rolami, które łączą ją z mężczyzną. Dlatego feminizm powinien móc zaoferować jednocześnie politykę emancypacji i miłości, w której heteroseksualne relacje zostaną zrekonstruowane, począwszy od samych podstaw. W tym powiązaniu tkwi całe źródło problemów, z którymi feminizm musi się mierzyć – m.in. to, że grupa, w imieniu której występuje, nie chce się do niego przyznać.
Zwraca Pani uwagę, na konieczność rozważania problemów społecznych w ich powiązaniu z kwestiami gospodarczymi. Zauważa Pani np., że sposoby doświadczania miłości są uwarunkowane ekonomicznie (pieniądze są niezbędne, by kupić świece i kwiaty lub by wybrać się na romantyczną kolację). Czy zatem model businesswoman i celebrytki jest adekwatną figurą feminizmu w zglobalizowanej gospodarce wolnorynkowej?
Przede wszystkim celebrytki i businesswoman nie należą do tej samej kategorii. Te pierwsze używają swego ciała i piękna, by stać się sławnymi. Ale miss, aktorki, modelki, które zdają się mieć zarówno mnóstwo pieniędzy, jak i wspaniałe życie seksualne, reprezentują jedynie bardzo wąską grupę kobiet. Swoje bogactwo zawdzięczają temu, co nazywam kapitałem seksualnym, czyli zdolnością przekuwania swojej atrakcyjności na wyrażoną w pieniądzu wartość rynkową. W tym kontekście zgadzam się w zupełności z Naomi Wolf, że kapitalizm i kultura konsumpcyjna zawarły niepisany, aczkolwiek potężny sojusz z patriarchatem, sprowadzając powołanie kobiet do bycia piękną i seksualnie pociągającą. Problem bierze się stąd, że wysiłki zmierzające w latach 1960–1970 do emancypacji seksualnej i swobody w wyrażaniu siebie zostały niemal całkowicie sprowadzone do pojmowania mężczyzny i kobiety jako bytów seksualnych dostosowanych do wymagań kultury konsumpcyjnej.
Feminizm to nic innego jak obrona prawa każdej istoty ludzkiej do równości i szacunku.
Walczył on o rozszerzenie społecznej i kulturowej definicji kobiecości – o prawo do bycia uznaną za kobietę i intelektualistę lub pracownicę fizyczną. Prawdziwy mężczyzna może być jednym i drugim, bowiem ani praca fizyczna, ani intelektualna nie stanowi uszczerbku na wizerunku męskości. Natomiast gdy ekstremalnie zawęzi się znaczenie kobiecości do piękna i seksualności, to trudno myśleć o kobiecie intelektualistce lub pracownicy fizycznej. Pamiętam, że gdy dorastałam, jeden chłopak powiedział mi, że lubiłby mnie znacznie bardziej, gdybym była mniej inteligentna. W rzeczywistości powiedział mi wtedy, że moja inteligencja zagrażała mojej kobiecości, a także…