Subskrybuj
Kierownik Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu SWPS oraz Pracowni Psychologii Politycznej w Instytucie PAN, członek Komitetu Psychologii PAN.

Gościmy sercem, nie tylko jedzeniem

W siermiężnym PRL-u nasze malutkie zwykle mieszkania pełne były gości. Wpadali sąsiedzi, koledzy z pracy, przyjeżdżała zamiejscowa rodzina, znajomi z wakacji. Nierzadko oddawaliśmy własne łóżko osobom, które znaliśmy bardzo słabo (np. poznanym w pociągu). Trudno dzisiaj jednoznacznie powiedzieć, czy był to efekt braku dostępnej (finansowo i estetycznie) przestrzeni publicznej, czy motywowała nas potrzeba dawania wsparcia, a może hedonistyczna radość z przebywania z ludźmi.

Przez całe dekady gościnność była wyrazistym elementem polskiej tradycji i tożsamości, z sympatią zauważanym przez cudzoziemców. Lubiliśmy myśleć o sobie jako ludziach towarzyskich i gościnnych, a katolicka tradycja nakazuje podczas wigilijnej kolacji przygotować dodatkowy talerz dla niespodziewanego gościa, spóźnionego wędrowca i przynajmniej powtarzać, że „gość w dom – Bóg w dom”.

Dzisiaj jesteśmy jednym z najmniej towarzyskich społeczeństw Europy. Przez całą ubiegłą dekadę międzynarodowe badania Europejskiego Sondażu społecznego wykazywały, że rzadziej od nas spotykają się w celach towarzyskich z rodziną, znajomymi i przyjaciółmi tylko Cypryjczycy i Węgrzy.

Odgradzamy się od innych ludzi, gdzie tylko możemy. I nie jest to jedynie sprawa codziennego zagonienia ani pracoholizmu, bo wysokie parawany stawiamy przecież także, odpoczywając na plażach. Czyżby ludzie przestali nam być potrzebni i dlatego nie interesują nas ani oni sami, ani wspólne z nimi przebywanie? Czy niechęć wobec przyjmowania uchodźców jest także tego dowodem?

W jakiejś mierze tak, ale nie jest to ani jedyne możliwe wyjaśnienie, ani też prawidłowość odnosząca się do wszystkich Polaków. Wiadomo – w każdej sferze układania sobie życia są poważne różnice indywidualne. Przyjrzyjmy się więc pokrótce temu, jak różni badacze społeczeństwa wyjaśniają towarzyskość i gościnność oraz ich deficyty, jakie widzą konsekwencje braku kontaktów z innymi ludźmi, a także, jak różne potrzeby można realizować poprzez gościnność.

Najprostsze wyjaśnienie odwołuje się do zaproponowanego przez Ronalda Ingleharta rozróżnienia wartości materialistycznych od samoekspresji, czyli dotyczących wyrażania siebie, rozwoju swego potencjału i tożsamości. Zdaniem wielu socjologów kontakty społeczne zaspokajają postmaterialistyczną potrzebę ekspresji siebie, a w dzisiejszej Polsce wartości materialistyczne, jak np. sukces w pracy i awans ekonomiczny, są wyżej cenione niż wartości samoekspresji. Nie w pełni mnie to przekonuje, ponieważ wiadomo, że towarzyskość i gościnność nie są tylko realizacją jednej potrzeby – ekspresji siebie – ale mogą także zaspokajać inne, w tym także materialistyczne czy związane z nastawieniem na sukces życiowy. Poza tym wyniki różnych badań nad wartościami Polaków nie są spójne. Na przykład socjologowie Jadwiga Koralewicz i Marek Ziółkowski twierdzą, że „w dzisiejszej Polsce (…) ciągle dominuje orientacja »materialistyczna« czy też, inaczej mówiąc, »pragmatyzacja świadomości«. Dla Polaków najważniejszy jest zatem sukces w pracy oraz gwarancja odpowiedniego standardu materialnego”[1]. W tym samym czasie psycholog Paweł Boski w badaniu Ojczyzna a Europa[2] pokazuje, że najwięcej Polaków (68%) uznało za specyficznie polską wartość „gorące spieranie się, kłótnie w sprawach politycznych, z których niewiele wynika”, oraz „niechęć i nieufność wobec tych, którzy osiągnęli jakiś większy sukces życiowy” (60%). Trudno uznać te wartości za materialistyczne. W tym samym badaniu 39% wskazuje jako polską wartość „utrzymywanie i pielęgnowanie długoletnich, serdecznych przyjaźni”. Może więc na gościnną otwartość na innych zamyka nas nie materializm, ale nieufność wobec każdego, kogo dobrze nie znamy. Pielęgnujemy (przynajmniej niektórzy z nas) wieloletnie przyjaźnie, czasem przez dekady nie włączamy nowych osób do kręgu bliskich, bo ze starymi przyjaciółmi „znamy się jak łyse konie”; niczego nie musimy przed nimi udawać ani udowadniać. Rozumiemy się bez słów.

Japonia a USA

Przyjacielska gościnność jest dla mnie wyrazem chęci zrobienia czegoś dobrego dla przyjaciela, przejawem uwagi i zainteresowania oraz troski o jego potrzeby. Moi przyjaciele wiedzą, że lubię czarne rodzynki, mam uczulenie na pewne przyprawy, przepadam za pasztetem, którego nie umiem sama zrobić. Wiedzą, jaką muzykę lubię, a jakiej nie znoszę. Otwierają swój dom i serce na wszystkie moje potrzeby, które są w stanie zaspokoić. Nie robią tego, by pokazać, co mają i co potrafią. Raczej goszczą przyjaciół, bo lubią z nimi być i okazywać im bliskość, sympatię, przywiązanie. Buduje to silną więź i potrzebę odwzajemnienia, gotowość do pomocy w każdej sprawie. Ale przyjaciół i ich gościnności nie można nadużywać. Gdy goście stają się stałymi rezydentami, zmienia się relacja między nimi a gospodarzami. Aby zostać dłużej w nie swoim domu, trzeba zaakceptować takie jego reguły, których we własnym – z różnych powodów – nie przestrzegało się. Nie każdy to potrafi lub chce zrobić. Lecz wtedy musi liczyć się z tym, że może przyjaciół stracić. W normalnej sytuacji dobre relacje między ludźmi trwają wtedy, gdy istnieje sprawiedliwa wymiana ponoszonych kosztów (różnego rodzaju wkładów, oczywiście nie tylko materialnych, ale także takich jak poświęcony innym czas, energia, rezygnacja z własnych preferencji czy gustów) i nagród (radości z kontaktu, uczenia się nowych rzeczy, wdzięczności goszczonego, poczucia kompetencji społecznej). Naruszenie tej zasady skutkuje zerwaniem, a nawet rodzi wrogość. W stanach nadzwyczajnych, takich jak np. katastrofa naturalna (powódź, trzęsienie ziemi) czy ucieczka z kraju ogarniętego wojną, ofiary zwykle nie mają wystarczających zasobów, by natychmiast odwzajemnić otrzymaną pomoc. Badania przekonują jednak, że nawet wtedy osoby, które otrzymały wsparcie w trudnej sytuacji, starają się robić coś dla innych ludzi. Czynią tak chociażby dlatego, że chcą podtrzymać więzi, ale także i po to, by móc myśleć dobrze o sobie. Czy moi przyjaciele byliby podobnie gościnni wobec nieznajomego? Jestem pewna, że głodnego nakarmiliby do syta. Ale nie znając jego upodobań, głębszych potrzeb i chwilowych pragnień – raczej nie sprawiliby mu wielkiej przyjemności. Dlatego na nakarmieniu by nie poprzestali, lecz staraliby się go poznać. Choć polskie życie na ogół toczy się wśród swoich to czasem jednak chcemy także oswoić kogoś z zewnątrz lub pokazać się komuś „obcemu” z jak najlepszej strony. Jedną z form tego oswajania jest goszczenie w swoim domu. Wtedy gościnność przejawia się pokazywaniem tego, co – w swoim mniemaniu – mam najlepsze, raczej bez względu na to, czy jest to potrzebne i najlepsze dla gości. Może być także pokazywaniem swojej zamożności, siły czy wpływów. I chociaż goście są raczeni mlekiem i miodem przy stole zastawionym suto najmodniejszymi daniami, to najczęściej nie ma w tej gościnności – mimo starań i dużych nakładów gospodarzy – ani ciepłej przyjaźni, ani uciechy sarmackiej uczty, której celem jest dobra i huczna zabawa. Zamierzonym efektem takiej gościnności może być nie tylko pokazanie siebie, ale także lepsze poznanie kogoś nowego. Jednak aby tak się stało, nie wystarczy zastawiony po brzegi stół. Trzeba dać możliwość gościom, by pokazali trochę swojego wnętrza, by ujawnili szczyptę głębszych (czy mniej podstawowych) potrzeb, które właśnie my (a może tylko my) – gospodarze – możemy zaspokoić. Większość badaczy zgadza się, że gościnność może wynikać z różnych potrzeb goszczącego….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Potrzeba gościnności