Nie jest Pan już zmęczony pytaniami o swoją tożsamość? To rzecz intymna, a w Pańskim przypadku stała się przedmiotem publicznej dyskusji.
Trudna kwestia. Owszem, byłem nią nieco zmęczony, kiedy w 2011 r. zostawałem dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku.
Radni Prawa i Sprawiedliwości z sejmiku pomorskiego protestowali przeciwko tej decyzji, twierdząc, że będzie się Pan kierował nie polską, lecz niemiecką racją stanu.Obie strony debaty wybierały to, co im pasuje z mojej biografii. Krytycy zarzucali, że dyrektorem zostaje „Niemiec”, a nie „prawdziwy Polak”. Zwolennicy podkreślali moją europejskość, kosmopolityzm. Z tą etykietą też czułem się nieswojo. Chętnie byłbym kosmopolitą, ale kosmopolityzm jest postawą, której nie nabywa się raz na zawsze. To są kompetencje kulturowe i postawa tolerancji wymagające ciągłej pielęgnacji. Europa jest tak różnorodna, że trudno powiedzieć o sobie: dobrze ją znam, jestem Europejczykiem. Mogę tak powiedzieć o kilku obszarach: o Polsce i Niemczech, w których mieszkam od lat, czy o Francji, Włoszech i Ukrainie, które mnie żywo interesują. Poprzez spotkania z kilkoma pokoleniami imigrantów w Niemczech również kultury południowej Europy nie są mi obce. Czy to jednak wystarczy, by powiedzieć, że mam europejską perspektywę? Teraz pytania o moją tożsamość pojawiają się rzadziej. Liczy się jakość mojej pracy i jakość instytucji, za którą odpowiadam. Mojemu zespołowi udało się zbudować w Gdańsku w Europejskim Centrum Solidarności otwartą…