Subskrybuj
Autorka opowieści reporterskich Marlene, Papusza, Stryjeńska. Diabli nadali, współautorka książki Krótka historia o długiej miłości.

Fahrenheit 451

To musiało się prędzej czy później stać. Przez całe lata, kiedy wyjeżdżałam na urlop, obliczałam dokładnie, ile będę tego potrzebować.

Byłam pewna: każdej z nich więcej niż raz. Co najmniej półtora raza. To gwarantowało, że przyjemność – mówiąc wprost – uderzy w żyły. Czasem jednak nieunikniona okazywała się dwukrotna, a nawet trzykrotna konsumpcja.

Najbardziej lubiłam te gęste, mocne, o pełnym bukiecie. Czytałam ich etykiety, szybko nauczyłam się rozpoznawać skład. Bez żalu rezygnowałam z lekkich i słodkawych. Zazwyczaj mnie mdliły. Zresztą do walizki trafiały rzadko, raczej przypadkiem.

Wybierałam polskie. Dopiero po latach nauki polubiłam angielskie, niemieckie i włoskie.

Przy dłuższych wyjazdach pojawiał się problem logistyczny (limit kilogramów). Chowałam je więc w torbach u znajomych, przemycałam po kilka sztuk w bagażu podręcznym. A ilekroć ograniczałam ich liczbę lub – o zgrozo – jak tamtego lata w Rzymie – zupełnie z nich zrezygnowałam, organizm reagował od razu.

Objaw pierwszy pojawił się dokładnie w dniu odstawienia. Rozdrażnienie.

Zaraz potem – niepokój. Mogłabym przysiąc, że czułam drżenie całego ciała (akurat!). Według specjalistów niewykluczone były zaburzenia rytmu serca. (To oczywiste: tęskniłam do nich). Do tego ciągłe rozmowy o nieistniejących postaciach (pojawił się król Lear), stworach (czas orków i hobbitów), a nawet płomieniach (strażak Guy Montag z powieści Raya Bradbury’ego. Zamiast gasić pożary, pali książki. Papier zaczyna płonąć w temperaturze 451 stopni Fahrenheita).

Próbowałam z tym walczyć, skupić uwagę na czymś innym. W Rzymie co najmniej raz dziennie wspinałam się na wzgórze Celio. Chodziłam do starego zakładu lutniczego, patrzeć, jak robi się wiolonczele. Spacer śladami Berniniego, arrasy w Muzeach Watykańskich. Byle nie myśleć. Byle nie pożądać.

Najgorsze były noce. Kilka starych plików tekstowych w telefonie uspokajało na krótko. Nadal tęskniłam do zaginania rogów, notatek na marginesach rozmazanych od ślinionego palca szukającego właściwego fragmentu.

Stało się jasne: to nałóg. „Książka jest wrogiem numer jeden” – powtarzano w świecie strażaka Guya Montaga. (Bardzo to współczesne, jeśli pomyśleć o…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Rodzice w dobrej odległości