Subskrybuj

Proza wygnania

Tymon Terlecki i Jerzy Stempowski mają szczęście do oddanych edytorów i znawców ich twórczości. To Ninie Taylor-Terleckiej, Jerzemu Timoszewiczowi i Andrzejowi Stanisławowi Kowalczykowi zawdzięczamy liczne wydania pism i listów tych dwóch mistrzów polskiej kultury.

Oczywiście można kręcić nosem, że wciąż nie ma wznowień tych czy innych ich tekstów, ale którzy z emigracyjnych eseistów (nie mówię o powieściopisarzach i poetach) mają równie bogate życie pośmiertne? Przecież oprócz rozmaitych edycji szkiców i esejów ukazały się już obszerne tomy korespondencji Stempowskiego (m.in. z Jerzym Giedroyciem, Marią Dąbrowską i Bolesławem Micińskim) oraz zbiory listów Terleckiego do Andrzeja Bobkowskiego i Józefa Wittlina. Trudno przecenić zasługi Niny Taylor-Terleckiej, wdowy po Tymonie Terleckim, która jest angielską polonistką i rusycystką zafascynowaną powojenną polską emigracją. Od wielu lat konsekwentnie bada XX-wieczną literaturę polską (zwłaszcza powstałą na wychodźstwie) i pieczołowicie porządkuje archiwum męża. Jest dziś chyba najlepszą znawczynią twórczości zimnowojennego polskiego Londynu.

*

Jerzy Stempowski, publikujący w „Kulturze” pod pseudonimem Paweł Hostowiec, był jednym z najwybitniejszych polskich eseistów XX w. Legendarna erudycja, która łączyła przywiązanie do kultury antyku z ciekawością dla literatury XX w., znajomość medycyny, rolnictwa i botaniki z miłością do muzyki, teatru i malarstwa, sentyment do Karpat Wschodnich z wdzięcznością dla ziemi berneńskiej, była jego znakiem rozpoznawczym, ale i piętą achillesową, bo zarażała niewiarą we własne możliwości pisarskie i paraliżowała ruch ręki. Na szczęście potrafił z tymi przeciwnościami walczyć, publikując najsłynniejsze teksty, takie jak Esej dla Kasandry, W dolinie Dniestru czy O współczesnej formacji humanistycznej. Eseistyczny idiom Stempowskiego wyróżniał się emocjonalną powściągliwością, niechęcią do wynurzeń i cywilizacyjnym pesymizmem. Ten rys jego pisarstwa budził zachwyt Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, Herberta czy Czapskiego, ale bywał też powodem uszczypliwości. Gombrowicz, który najwyraźniej miał z „niespiesznym przechodniem” na pieńku (wygląda na to, że z wzajemnością[1]), nie przebierał w słowach, gdy w liście do Giedroycia prezentował złośliwą korektę: „starokawalerskiej prozy pisarza o przesadnie renesansowym pseudonimie »Paweł Hostowiec« (dlaczego nie »Erazm z Rotterdamu«?)”[2]. W tym ataku jest, oczywiście, właściwa Gombrowiczowi dezynwoltura, ale trzeba przyznać, że czasem chciałoby się, by Stempowski osłabił melancholijną ironię i bardziej się odsłonił. Jego korespondencja pozwala niekiedy zaglądnąć przez firankę do szwajcarskiej samotni.

Duet z Tymonem Terleckim jest pod wieloma względami wyjątkowy, bo spotykają się dwie wyraziste osobowości, ludzie wielkiej kultury i niezawodnej mądrości. Wiele ich dzieli, bo Terlecki jest chrześcijańskim personalistą, Stempowski zaś wolterianinem, ale zbliża ich umiłowanie wolności, wielokulturowej tradycji jagiellońskiej i zdrowego rozsądku.

O Tymonie Terleckim, wyrafinowanym krytyku literackim, teatralnym i eseiście, tak pisał Stempowski w szkicu pomieszczonym w „Kulturze”: „Proza jego, nieco sucha w dotknięciu, lecz uderzająca w konstrukcji, nie przypomina niczym słowiańskiej gawędy. Wydaje dźwięk czystego intelektu. Wolna jest od zmysłowości, od leniwej radości widzenia i upojenia płynnym żywiołem słowa”[3]. Tę charakterystykę można odnieść i do samego Stempowskiego, ale Terlecki odwzajemnił się jeszcze piękniejszym portretem, który ukazał się w „Kulturze” jako pośmiertne wspomnienie. Padają tam słowa: „odrębnością pisanej polszczyzny Stempowskiego tak, zdawałoby się, na wskroś intelektualnej, w każdym atomie prześwietlonej myślą – jest podskórny prąd uczuciowy, kryptoliryzm. Urok estetycznej prozy płynie przede wszystkim z tego, co było jej ambicją i wolą: z jasności, ale nieraz również z tego, co było w niej tłumione, ściszone, wstydliwie ukryte: ze wzruszenia i śmiechu”[4]. Szkic ten otwiera tom omawianej korespondencji, nasycając jego karty szczególnymi tonami – dyskretnej serdeczności i dobroci. Poznali się jeszcze w latach 30. w warszawskim Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, gdzie obaj wykładali, ale ich stosunki nie były nigdy zażyłe. Cenili w sobie dojrzałość i szerokość myśli, niezawodny węch, pozwalający na odległość wyczuć czyjąś wybitność lub miałkość, lecz także bezinteresowne oddanie sprawie kultury polskiej, w czasach zimnowojennych dramatycznie zagrożonej. Ich listy dotyczyły najczęściej projektów, które miały ratować różne obszary emigracyjnej myśli i sztuki. Inicjatywa zawsze wychodziła od Terleckiego, który służył jako łącznik między konkurującymi ze sobą środowiskami. Był chyba najbardziej skutecznym ambasadorem polskiego Londynu wśród przyjaciół Jerzego Giedroycia. Nakłaniał też…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Rodzice w dobrej odległości