Ja bym najpierw zadał pytanie o definicję religii. Oczywiście pytam tylko siebie. Dla mnie religia to coś, czego nazwać nie umiem, i nie będę również udawał, że rozumiem do końca moją religię – mój islam. Bo islam, który praktykuję, jest właśnie tylko mój. Stworzyłem (?) go przez ostatnie 16 lat. W roku 2000 przyjąłem islam, ale ten, który praktykuję (?) dzisiaj, nie ma z tamtym wiele wspólnego. Stawiam znaki zapytania, bo nie wiem, czym jest to moje „tworzenie” religii, i tak naprawdę nie wiem też, czym jest moja praktyka religijna. Mam wrażenie że całe moje bycie jest… nie, jednak chyba nie…
Szajch Ludwig Wittgenstein powiadał: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”.
Religia – według standardowych określeń – to relacje pomiędzy szeroko rozumianą sferą sacrum a jednostką / społeczeństwem / wspólnotą itd. Ale na Boga! (Nie lubię słowa „Bóg”), ja nie wiem, co to jest „sacrum”! Nie wiem, bo nie rozumiem „świętości” i nie odróżniam jej od nieświętości. Nie rozumiem, co oczywiste, Boga i wszystkich Jego atrybutów, a jednak wierzę w Niego, chociaż nie rozumiem też pojęcia „wiary”, a więc, być może, nie wierzę. Bóg się nie obraża – powtarzam to wszystkim Zalęknionym wszystkich religii.
Przejawy konwencjonalnych religii to doktryny i wynikające z nich rytuały. Tutaj jest ze mną trochę lepiej, bo niektóre doktryny rozumiem (albo mi się tak wydaje) i wybieram sobie te, które mi pasują, a inne wyrzucam na śmietnik albo oddaję do swojej „duchowej przechowalni”. Czasem do niej zaglądam i bywa, że coś z niej wyciągam i na nowo próbuję przywrócić do życia (mojego!), zazwyczaj śmiejąc się wtedy z siebie. Niektóre jednak dogmaty religijne islamu (innych…