Zadane pytanie dotyczy religii. O rozróżnieniu znaczeniowym między „religią” a „wiarą” wiele napisali autorzy znacznie przerastający mnie wiedzą i doświadczeniem, również na łamach „Znaku”, więc nie będę tutaj próbowała definiować pojęć. Odniosę się jednak do obydwu, ponieważ dzięki temu można połączyć to, co już jest, z tym, czego dopiero się spodziewamy.
Wiara to źródło perspektywy eschatologicznej, która daje mi nadzieję na to, że w ostatecznym rozrachunku – skoro wierzymy w Zmartwychwstałego i Miłosiernego – wszystko skończy się dobrze.
Ta perspektywa nabiera szczególnego sensu w zetknięciu z doświadczaną beznadzieją ziemskiego świata. Z cierpieniem osób z upośledzeniem umysłowym, z trwającymi całe życie zmaganiami ich rodziców. Z tymi, którzy przegrali w rywalizacji ekonomicznej, a może w walce z własnymi słabościami oraz grzeszną naturą i śpią zimą na klatkach schodowych czy w miejskich autobusach. Ze światem pełnym wojen i konfliktów, w którym wciąż są prześladowani za przekonania czy z powodów etnicznych, w którym co roku zbyt wiele osób staje się męczennikami za wiarę. Gdzie szukać nadziei i sensu, jeśli nie w wierze, że „po drugiej stronie” mój milczący przyjaciel Marian z zespołem Downa śpiewa pełnym głosem najpiękniejsze piosenki, że złamane serce bezdomnego Pawła zostało posklejane spotkaniem z Miłością i że ja też kiedyś tam będę.
Nie chodzi jednak o to, żeby wiara w życie wieczne powstrzymywała od działań na rzecz poprawy ziemskiego świata. I tu widzę ogromny…