O ile potrafię czytać znaki na niebie idei, to współcześnie wiele wskazuje na istnienie konsensusu wokół przekonania, że wiara w przyszłość nie jest tym, czego najbardziej nam potrzeba. Przyszłość przyjdzie tak czy owak, także bez naszej wiary w nią. Ponadto jako wyobrażony horyzont została ona niemal całkowicie zawłaszczona przez czasowość kapitalizmu z jego fałszywą wizją nieograniczonego rozwoju.
Parodią właściwego judeochrześcijaństwu oczekiwania, związanego poniekąd z linearną wizją dziejów, stała się forma życia od narodzin przebiegająca w cieniu długu, co powoduje życie na zwłokę, odkładanie szczęścia na później.
Natomiast nasza jedyna przyszłość wydarza się już zaraz, za moment, dlatego wolałbym okopać się na pozycjach codzienności, odpowiadając na pytanie o przyszłość religii. Co z tych pozycji widać dookoła? Na Południu tzw. Państwo Islamskie jako jeden z najbardziej skrajnych przejawów uzurpacji władzy absolutnej (boskiej). Na Wschodzie prawosławie rosyjskie posłuszne wobec autorytaryzmu. W Polsce sojusz katolicyzmu z władzą i ich wzajemne umizgi. Kiedy na świecie trwa proces oczyszczania Kościołów z grzechu pedofilii, u nas hierarchowie deklarują, że nie zamierzają wypłacać odszkodowań niewinnym ofiarom. Kiedy w Niemczech biskupi katoliccy zabraniają swoim wiernym popierania ugrupowań faszystowskich, kler katolicki w Polsce otwiera przed nimi kościoły, a nawet katedry, bezczeszcząc religię i sprzeciwiając się Ewangelii. Trudno w tych okolicznościach spodziewać się czegoś dobrego po religii, nawet gdyby się bardzo chciało. I nie dziwi mnie, że obecny biskup rzymski Franciszek wzbudza tyle entuzjazmu,…