Afryka portugalskojęzyczna to jedna z białych plam na polskim rynku reportaży. Prace Ryszarda Kapuścińskiego, Genowefy Czekały-Muchy i Mirosława Ikonowicza nie inspirują do kolejnych wojaży reporterskich. Tę lukę znakomicie uzupełnia Szkielet białego słonia Izy Klementowskiej. Reportażystka przemierza zarówno główne aglomeracje, jak i głęboki interior Mozambiku. Dzięki temu poznaje dwa oblicza kraju – nowoczesne miasta oraz zatopione w przeszłości wsie. Kolekcjonuje świadectwa historyczne od zwykłych ludzi – jak ognia unika oficjeli, liderów lokalnej opinii, choć nie gardzi rozmową z przedstawicielami świata kultury (widać, że wiele inspiracji dostarczył jej wywiad z Mia Couto – pisarzem znanym w Polsce głównie ze zbioru Naszyjnik z opowiadań).
Wydobywając bolesne, dawno nieprzywoływane wspomnienia, nieco przypadkiem Klementowska zaczyna wcielać się w rolę terapeuty swoich rozmówców. Uważnie wsłuchuje się w zdania, których próżno szukać w poprawnych politycznie podręcznikach historii. Wertuje stare książki, pamiętniki. Z reminiscencji skleja fascynujący obraz, w którym celowo zaciera cezury na epokę przed przybyciem Europejczyków, okres kolonialny i czasy współczesne. Kolaż ten intryguje, a miejscami przeraża. Klementowska obnaża paternalizm w zachowaniu Portugalczyków. Przez trzy i pół stulecia traktowali oni Afrykanów niczym „ignorantów pariasów, dzikich półidiotów” (s. 45). Próbowali wytworzyć w nich postawę niewolnika. Bestialstwo to dało o sobie znać zwłaszcza w momentach kryzysowych dla władz w Lizbonie, gdy system kolonialny zaczynał trzeszczeć w posadach. Krnąbrnych i niepokornych autochtonów katowano na śmierć: „Ramiona, plecy, twarz – to ulubione popielniczki Portugalczyka” (s. 55), wspomina jedna z respondentek. Relacje tego typu wypełniają znaczną część książki.
Pejzaż postapokaliptyczny
Odwiedzane przez reportażystkę miejsca pamięci tworzą mozaikę, która może zaskoczyć. W czasie gdy nawet kraje byłego ZSRR dotyka dekomunizacja przestrzeni publicznej, na ulicach Maputo Lenin nadal sąsiaduje z Marksem, Engelsem, Kim Ir Senem, Ho Chi Minhem i Olofem Palmem. Lewicowy panteon zastąpił Andrade Corvę, XIX-wiecznego ministra spraw zagranicznych Portugalii, José de Anchietę, hiszpańskiego jezuitę, misjonarza, świętego Kościoła katolickiego, Tomása Rosadao, generała piechoty i administratora kolonialnego.
Historia Portugalskiej Afryki Wschodniej jest konsekwentnie wymazywana przez nowe władze – bez refleksji, czy dana postać zasługuje na upamiętnienie, bo np. zbudowała szkołę lub wzniosła kościół.
Klementowska stara się odtworzyć ewolucję wyobraźni społeczno-politycznej świata postkolonialnego. Dzięki posługiwaniu się historycznymi paralelami pokazuje, że reinterpretowanie i odnajdywanie tradycji – nawet jeśli często przeistaczające się w pospolitą grę fantasmagoriami – jest zjawiskiem uniwersalnym, a nie wyłącznie europejskim. Afrykanie potrafią pisać własną historię sami, bez kurateli Starego Świata. To ważny, aczkolwiek nienależycie wyeksponowany, wniosek.
Mozambik odwiedzany przez Klementowską wypełniają duchy i relikty przeszłości. To świat obalonych pomników, zapuszczonych gmaszysk. Stare cmentarze zostały przerobione w parki miejskie, o które nikt nie dba, lub centra handlowe, do których wstęp mają jedynie najbogatsi. Zabytkowe wille, którymi szczycili się kolonizatorzy, dziś przywodzą na myśl tytułowe szkielety białego słonia: „Ma wybite zęby, puste oczodoły, wyprute wnętrzności. Został jedynie szkielet, zakryty tu i ówdzie zielenią, której nikt nie pilnuje” (s. 66). Obecne Maputo w niczym nie przypomina kolonialnego Lourenço Marques. Szkoda tylko, że reportażystka bagatelizuje znaczenie transformacji z ostatniej dekady. Region stołeczny w okresie rządów Davida Simango zmienia się przecież dynamicznie. Do miasta napłynęli nowi inwestorzy, pojawiają się kolejne biura koncernów, zmo-dernizowano infrastrukturę portową. Ważnej przemianie ulega także populacja stolicy.
Hybrydy kulturoweKim tak naprawdę są bohaterowie Klementowskiej? To Mozambijczycy? Portugalczycy? Biali „pierwszej” i „drugiej kategorii” (dystynkcja między pierwszym pokoleniem migrantów a Europejczykami urodzonymi…