Wydawać by się mogło, że podział Korei to relikt zimnej wojny. Stąd na początku lat 90. po zjednoczeniu Wietnamu, Niemiec i Jemenu wielu sądziło, że zjednoczenie Korei to kwestia nieodległej przyszłości. Podobnie jak nieuchronny upadek KRLD. Pomylili się.
By zobaczyć, jak głęboki jest podział, warto wybrać się na „granicę” południa i północy Korei. Do strefy zdemilitaryzowanej w Panmundżomie, gdzie w 1953 r. podpisano zawieszenie broni kończące wojnę koreańską. Wycieczka z leżącego zaledwie 55 km na południe Seulu jest bardzo prosta. Płaci się armii amerykańskiej, która – jeśli nie dzieje się nic niepokojącego typu ostrzały czy ataki północnych za pomocą siekier[1]– codziennie organizuje wyjazdy do strefy. Trzeba być dobrze ubranym (klapki odpadają), podpisać kwit, że zwalnia się organizatorów z wszelkiej odpowiedzialności, wysłuchać pogadanki żołnierza o bezpieczeństwie (propaganda średnich lotów, daleko im do artyzmu północnych) oraz być karnym i zdyscyplinowanym w trakcie zwiedzania. W ten sposób zaliczy się największą polityczną atrakcję turystyczną Korei. A jednak nie jest to zwykła „czerwona turystyka” w stylu wizyty…