Subskrybuj
fot. Wolfgang Kumm/AP/East News
Dr, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, specjalista od współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, autor sześciu książek, m.in.: Russia and China. A Political Marriage of Convenience – Stable and Successful (Opladen–Berlin–Toronto 2017) oraz Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny...

Niechciane zjednoczenie

Na Półwyspie Koreańskim wszyscy mówią o zjednoczeniu. Lecz tak naprawdę nikt go nie chce. Światowym mocarstwom odpowiada stan obecny. Dla reżimu północnokoreańskiego podział Korei to gwarancja istnienia. Południe zaś nie chce zapłacić za zjednoczenie. Wszystkim opłaca się podzielona Korea, choć nikt nie może tego powiedzieć głośno.

Wydawać by się mogło, że podział Korei to relikt zimnej wojny. Stąd na początku lat 90. po zjednoczeniu Wietnamu, Niemiec i Jemenu wielu sądziło, że zjednoczenie Korei to kwestia nieodległej przyszłości. Podobnie jak nieuchronny upadek KRLD. Pomylili się.

By zobaczyć, jak głęboki jest podział, warto wybrać się na „granicę” południa i północy Korei. Do strefy zdemilitaryzowanej w Panmundżomie, gdzie w 1953 r. podpisano zawieszenie broni kończące wojnę koreańską. Wycieczka z leżącego zaledwie 55 km na południe Seulu jest bardzo prosta. Płaci się armii amerykańskiej, która – jeśli nie dzieje się nic niepokojącego typu ostrzały czy ataki północnych za pomocą siekier[1]– codziennie organizuje wyjazdy do strefy. Trzeba być dobrze ubranym (klapki odpadają), podpisać kwit, że zwalnia się organizatorów z wszelkiej odpowiedzialności, wysłuchać pogadanki żołnierza o bezpieczeństwie (propaganda średnich lotów, daleko im do artyzmu północnych) oraz być karnym i zdyscyplinowanym w trakcie zwiedzania. W ten sposób zaliczy się największą polityczną atrakcję turystyczną Korei. A jednak nie jest to zwykła „czerwona turystyka” w stylu wizyty…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dumni, silni, niepełnosprawni