To przy zdrowych zmysłach brałby dzisiaj w obronę metafizykę? O „metafizyce w człowieku” pisał Immanuel Kant, i właśnie do jego sformułowania chcę nawiązać. Równocześnie jednak myśliciel ten zrobił wszystko, żeby metafizyce odebrać prawdziwie filozoficzną wartość, czego skutkiem jest postępująca degradacja opinii na jej temat.
Co Kant krytykował w metafizyce? Jej pretensje do naukowości. Nauką było dla niego to wszystko, co stanowi nowożytne przyrodoznawstwo, a co rozwinęło się ze skrzyżowania pewnego matematycznego a priori, badań empirycznych oraz ontologicznej, rodem z metafizyki Arystotelesa, pojęciowości. Kant wykazał, że ontologiczne pojęcia – takie np. jak substancja, relacja itp. – stosują się do przedmiotów przyrodoznawstwa z tej racji, że naukowy porządek rzeczy ma charakter obiektywny, ale ograniczony do fenomenów, czyli tego, co jawi się dla podmiotu dzięki jego „świadomości transcendentalnej”, dzielonej z innymi podmiotami. Właśnie dlatego możliwe jest intersubiektywnie sprawdzalne przyrodoznawstwo. Te ontologiczne pojęcia – przydatne w przyrodoznawstwie – metafizyka chce stosować do świata ponadempirycznego, nie tyle do „fenomenów”, ile do „noumenów”, czyli „rzeczy samych w sobie”, z definicji pozafenomenalnych, takich jak dusza, całość świata czy Bóg. W ten sposób rozum wpada w paralogizmy, czyli w teorie niesprawdzalne i wzajemnie sprzeczne. Kant dopuszczał jednak „metafizykę w człowieku”, i to w trojakiej postaci. Po pierwsze, jako sam sens etyki, która polega na posłuszeństwie względem imperatywu kategorycznego. Imperatyw ten mówi, jak wiadomo, że…