Dziś znów o prawach człowieka
Dawno, dawno temu napisałam tekst pod tytułem Kościół a prawa człowieka. Napisałam, bo z zagranicy napłynął do redakcji „Znaku” materiał, który wydał mi się ciekawy. Nie byłam wtedy żadną od tego specjalistką. Znacznie później zauważyłam, że istotnie dla Jana Pawła II prawa człowieka są ważne i nie lansuje on odrębnej, katolickiej koncepcji tych praw, lecz uznaje fakt, że są one wspólnym tworem rodziny ludzkiej, uniwersalnym, choć różnie uzasadnianym, zapuszczającym korzenie w różnych kulturach i tradycjach religijnych.
Myślę, że ten pierwszy mój tekst o prawach człowieka i Kościele chyba ukazał się w „Znaku”, choć nie odnajduję go w bibliografii. Może w końcu zawędrował do drugiego obiegu? Musiał być gdzieś opublikowany, bo pamiętam, że w czasie pierwszej „S” hutnicy z KRH byli nim zainteresowani, chcieli więcej, nie tyle o Kościele, ile o samych prawach człowieka, to znaczy o swoich prawach, prawach związkowych.
Teraz chyba muszę przyznać, że jestem jedną z wielu „twarzy” Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Prawa człowieka to domena odpowiedzialności, w której świadomie staram się uczestniczyć.
11 grudnia 2009 roku obchodziliśmy dwudziestolecie istnienia Fundacji. Była to okazja do konfrontacji tego, co dawniej, z tym, co teraz. Odbyła się debata panelowa, do której wracam myślą, rozpoczynając nowy rok. Wszystkich niepokoiło pytanie – dlaczego obecnie taki odpływ zainteresowania prawami człowieka? Prostą, praktyczną odpowiedź dał profesor Wiktor Osiatyński. Jego zdaniem zainteresowaniu prawami człowieka
…nie sprzyja demokratyzacja. W dyktaturach prawa każdego człowieka są zagrożone, bo istotą dyktatury jest arbitralne stosowanie przemocy. W społeczeństwie demokratycznym ofiarą stają się tylko niektórzy – przeciwstawiający się aktualnej władzy albo zmarginalizowani: chorzy na AIDS, narkomani, prostytutki, uchodźcy i inni. Większości to nie obchodzi .
Rozwijam tę myśl: rzecznicy praw człowieka tracą popularność, gdy bronią praw uważanych za „cudze”, praw różnych mniejszości w starciu z prawami czy aspiracjami większości. Większość otacza niechętnym kręgiem tych ludzi, którzy jej przypominają, że nie jest sama na swoim. Że w społeczeństwie pluralistycznym większość nie jest samoistna, że w stosunku do całości może być tylko największą z mniejszości, zwłaszcza że i sama ta większość nie cała podąża za swoim aktywnym, konsekwentnym jądrem.
Prawdą jest jednak – moim przynajmniej zdaniem – że obrońcy praw człowieka, oprócz wspierania mniejszości, powinni interesować się też większością. Większość może też potrzebować rzeczników swoich praw, ludzi, których doświadczenie może pomóc w definiowaniu tych praw w sposób zgodny z pluralistycznym systemem, tak by unikać niekoniecznych kolizji.
Profesor Wiktor Osiatyński zwrócił też uwagę na zagrożenie, jakie stanowi – czy też może wkrótce stanowić – dążność Kościoła rzymskokatolickiego do przekształcania Polski w państwo wyznaniowe. Obowiązująca konstytucja mówi o „przyjaznej autonomii” Kościoła i państwa, co oznaczać musi faktyczny ich rozdział. Wolność religijna, a w dodatku owa przyjazna postawa, oznaczają – jak myślę – między innymi zobowiązanie, iż państwo nie będzie chronić obywateli przed kontaktami z religią, w różnych jej postaciach, ale również nie będzie uczestniczyć w propagowaniu religii.
Co to oznacza w sprawie aktualnie dyskutowanej – obecności krzyży w salach szkół publicznych? Na pewno to, że państwo polskie nie powinno instalować symboli religijnych (a krzyż jest przecież takim symbolem!). Nie musi jednak zapobiegać ich instalowaniu ani usuwać już umieszczonych – chyba że na mocy wyroku sądowego rozstrzygającego spór pomiędzy obywatelami. Jest tu otwarta przestrzeń dla postępowania pojednawczego w różnych formach. Dobrze będzie pamiętać, że punkt wyjścia jest u nas zupełnie inny niż we Włoszech, gdzie krzyże z założenia były państwowe, a przedstawiciele strony państwowej deklarowali, iż w ich oczach krzyże nie mają sensu religijnego, jedynie patriotyczny. Ta oficjalna desakralizacja najświętszego symbolu chrześcijańskiego powinna poruszyć katolików.
Z dawnych tekstów
ZbawienieDokończenie ostatniej rozmowy przy ogniu. Wciąż się zastanawiam – dlaczego dalszych już nie było? Czy naprawdę nie było? Może tylko nie zostały zapisane?… A może dotarliśmy do tematu, który stanowi naturalną klamrę. Przeszliśmy wspólnie pewien odcinek drogi. Pora trochę pomilczeć. 4. Z różnych powodów, często bardzo życiowych, pewni ludzie szczególnie ostro zdają sobie sprawę z faktu, że nigdy nie wypełnimy „miary Ewangelii”, i podkreślają, że zbawienie Boże jest „całkowicie inne”, bronią jego odrębności od zbawień ludzkich: nie chcą mieszać „historii świeckiej” z „historią zbawienia”. Mogę zrozumieć tych ludzi. Ale jednak widzę też związek pomiędzy tymi dwiema historiami. J a, człowiek, mam jedną historię. Zbawienie Boże musi w nią wejść, aby mnie dosięgnąć. Mój chrzest jest wydarzeniem w mojej osobistej historii – a przecież jest wydarzeniem zbawczym. Dlaczego mam nie zaliczać do historii zbawienia całego dobra, które ja realizuję? To, od czego chcę się odciąć, to poczucie, że cały czyn zbawczy jest mój i tylko mój. Musi w nim być otwarcie ku temu, co mi jest dane… [ten łysy] 5. Zanim zapytam, kto mnie zbawia, muszę najpierw jeszcze głębiej wniknąć w to, czym jest zbawienie. Czym jest dla mnie. Nie wystarcza mi określenie wychodzące od samego słowa – nawet jeśli „zbawienie” to ratunek przed złym losem – ważne jest też, na czym ma polegać los dobry, którego pragnę. Czy pragnąć „zbawienia” to pragnąć, aby ustał lęk, by znikły groza i zło – czy też tęsknimy do czegoś pozytywnego, do jakiejś nowej, pożądanej pełni życia? Dla mnie być zbawionym to być szczęśliwym. Oczywiście chodzi tu o trwałe szczęście; nie o chwilową satysfakcję, lecz o stan głębiej zakorzeniony we mnie i w całej rzeczywistości. Wszystko się zgadza: takie szczęście nie może być egocentryczne, jest przeciwieństwem samolubnego zadowolenia. Ale powiedzieć, że „zbawienie to stan szczęścia”, to jeszcze za mało. Bo szczęście też polega na czymś konkretnym – każdy projektuje życie szczęśliwe – przynajmniej w ostatecznym rozrachunku. Na cierpienie ewentualnie się godzimy, jeśli widzimy, że jest ceną szczęścia. Nawet skrajnie nieegocentryczny projekt życia, zakładający całkowitą ofiarę z siebie, też jest projektem zorientowanym ku szczęściu, tyle że wtedy może to być szczęście widziane z odmiennej perspektywy – jako szczęście innych (ale jednak i moje własne z niego płynące). Nie ma jednak jednej wizji szczęścia, nawet jednej wizji chrześcijańskiej. Dla każdego przełamuje się ona inaczej. Jak widzę swoje szczęście? Zdaję sobie sprawę, że ogromnie trudno to opisać. Chcąc wskazać to, ku czemu dążymy, wcale nie przypadkiem mówimy raczej o tym, od czego zostaniemy uwolnieni, czego już nie będzie. Więc mogę powiedzieć tyle: szczęście to dla mnie miłość odwzajemniona, przyjęta, moja miłość potrzebna temu, czyjej miłości potrzebuję. Widzę zbawienie jako życie w miłości już bez tej szarpaniny, jaką teraz powoduje moja nieumiejętność wyrażania miłości i cudzy lęk przed tym, że kochać to utracić coś z wolności. Miłość już bez grozy tego, że się skończy, że odwrócimy się od niej, że ją zmarnuję… Miłość spokojna już, ale intensywna, coraz intensywniejsza – coraz bardziej nasza, Jedna miłość, a nie dwie miłości spotykające się z takim trudem, tak rzadko… Żyć z taką miłością to szczęście godne tego, by je nazwać stanem zbawienia. Tak kiedyś romantycznie mówiono: „miłość równa się niebo”. Coś w tym jest. Nie wiem, czy jest sens mówić o takiej miłości, którą ludzie sobie wzajemnie dają, że to jest „zbawienie ludzkie”. Chrześcijanin tak nie powie, bo wiara go uczy, że dary doskonałe pochodzą od Ojca z wysoka. A więc mogę tak kochać, możemy tak kochać tylko dzięki Bogu. To jest Jego zbawienie w nas się przejawiające, bo je przyjęliśmy. Rzecz w tym tylko, czy to nie jest utopia. Chcę tak kochać. Ale czy będę? Czy zawsze będę? Dlatego widzę sens myślenia o zbawieniu także po śmierci: mam nadzieję, że tym Bóg uzdrawia i ostatecznie oczyszcza miłość, z którą żyliśmy i umieramy. Tę wizję staram się podstawić pod tak często powtarzające się w modlitwach słowa o „szczęściu wiecznym”. Nie projektuję życia z myślą o „pójściu do nieba”, które wszystko wynagrodzi. Ale poczucie, że ostatecznie Bóg…