Subskrybuj
Doktorant w Centrum Studiów Humanistycznych UJ. Zajmuje się związkami dekonstrukcji i teorii przekładu. Interesuje się historią włoskiego i belgijskiego kolarstwa.

„Jakaż to piękna, piękna wojna”

To nie jest szczególnie efektowny reportaż. Więcej: nie jest nawet w połowie tak atrakcyjny literacko jak przełożone niedawno na polski <i>Depesze</i> Michaela Herra. Nerw tej książki tkwi bowiem nie w języku, ale w składającej się na nią faktografii.

Schell, wytrawny sprawozdawca, nie rości sobie pretensji do ocen; nie feruje sądów. Konsekwentnie rezygnuje z odautorskich komentarzy. Pozwala raczej wybrzmiewać temu, co dostrze­żone i zasłyszane. Jak np. wtedy gdy relacjonując atmosferę panującą w ofi­cerskiej kantynie, całkiem „po prostu” – niemal en passant – przytacza słowa śpiewanej tam wieczorami piosenki: „Zbombardować kościoły i szkoły. / Pola ryżu zbombardować fest. / Poka­żemy dzieciakom w wioskach, / Co to napalm jest” (s. 205). Z takich właśnie fragmentów – niech to będzie strzęp rozmowy, kawałek propagandowej ulotki, pozornie nieznaczący epizod – kon­struuje Schell swoją narrację o Wiet­namie; o wojnie, jak często, oględnie i z niejakim zadowoleniem mawiało amerykańskie dowództwo: „innej niż wszystkie”. Innej przede wszystkim dlatego, że złożonej z dwóch części: wojskowej – a więc tej, która, przynaj­mniej oficjalnie, miała nadwątlić siły Wietkongu – i cywilnej, prowadzonej o „serca i umysły ludzi” (s. 97). Tyle deklaracje. Podział na to, co militarne, i na to, co pozawojskowe, w warunkach rzeczywistego konfliktu okazał się bowiem, z wielu przyczyn, nie do utrzymania. Szło, w pierwszym rzędzie, o różnice kulturowe: Ame­rykanie, do cna na nie niewrażliwi, nie rozumieli – i w istocie nie chcieli zrozumieć – ludności wyzwalanej spod wpływów Wietkongu. „Azja­tycki umysł” – nieprzenikniony i tak bardzo różny od „umysłu okcydental­nego” – jawił im się jako wciąż jeszcze wydany na pastwę atawizmów, z któ­rymi biały człowiek Zachodu dawno już sobie poradził („[…] tutaj pierw­szym impulsem jest siła. Tylko strach przed siłą daje efekt. […] Oni są tu tysiąc lat za nami, a my próbujemy ich wyedukować, żeby dociągnęli do naszego poziomu” [s. 105]). W oczach Amerykanów – dufnych reprezen­tantów kultury tyleż nobliwej, co uprzywilejowanej – Wietnamczycy wydawali się uosobieniem dale­kiej i egzotycznej barbarii, którą należało utemperować,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kim jestem, kiedy podróżuję?