Agnieszka Godfrejów-Tarnogórska: Wie Pan co? Trochę się zezłościłam, gdy zobaczyłam pytania, które przesłał mi Pan przed naszą rozmową.
Michał Jędrzejek: Dlaczego?
Bo są stereotypowe. Gdy ktoś chce się czegoś dowiedzieć o luteranizmie pyta właśnie o stosunek do aborcji, zapłodnienia pozaustrojowego i związków homoseksualnych.
Pewnie dlatego że w tych kwestiach luteranie różnią się od katolików. A o co według Pani powinienem zapytać?
Ta różnica to też stereotyp, ponieważ nie wszyscy luteranie myślą tak samo. Dlatego wolałabym, nie pomijając wymienionych tematów, usłyszeć pytanie o pomoc drugiemu człowiekowi. Przykładem – wsparcie dla uchodźców. Jestem dumna, że mój Kościół podjął w tej sprawie konkretne decyzje. I że w naszej wspólnocie udało się zebrać 64 tys. zł na po moc dla uchodźców na Bliskim Wschodzie. To znaczy, że właściwie każdy parafianin dał przynajmniej jedną złotówkę na ten cel. Miałam okazję, wraz z bp. Jerzym Samcem, być w obozie Zaatari w Jordanii i zobaczyć, jak działa program pracy z uchodźcami wsparty przez nasz Kościół, a prowadzony przez Światową Federację Luterańską (ŚFL), organizację zrzeszającą większość Kościołów luterańskich. Od tego momentu zwracam też większą uwagę na słowa. Jedna z osób, które tam pracują, powiedziała mi, że zapytała pewnego człowieka, jak to jest być uchodźcą. A on jej odpowiedział, że on nie tylko jest uchodźcą, ale przede wszystkim ma imię i nazwisko, swoją rodzinę i tożsamość.
Smuci mnie, że łatwiej mówić o tematach kontrowersyjnych niż o tym, jak możemy zrobić coś dobrego.
Dla środowiska „Znaku” kwestia pomocy uchodźcom jest bardzo ważna. Nie uciekniemy od tematów kontrowersyjnych, ale na początku chciałbym zapytać jednak o sprawy podstawowe. Kim są dzisiejsi luteranie w Polsce i na świecie? Ilu ich jest i gdzie mieszkają?
Kościół Ewangelicko-Augsburski w RP liczy ok. 70 tys. wiernych. Najwięcej mieszka w województwie śląskim (ponad 47 tys.). Parafie są różnorodne – niektóre mają kilka tysięcy członków, a inne stu i mniej. Warto dodać, że w Polsce jest ponad 120 wspólnot protestanckich, a nasz Kościół jest największą z nich. Samo słowo „protestant” (łac. protestari – publicznie zaświadczać, ogłaszać) wywodzi się od protestu, a zarazem świadectwa wiary złożonego przez ewangelików podczas sejmu w Spirze w 1529 r. Pierwotnie odnosiło się właśnie do zwolenników ks. Marcina Lutra, a dopiero z czasem objęło również inne wyznania wyrosłe z reformacji.
Na świecie żyje blisko 80 mln luteran, z tego blisko połowa w Europie (liczbę wszystkich protestantów określa się na ponad 800mln). Spodobało mi się, co przy okazji jubileuszu 500 lat wielokrotnie podkreślał ks. Martin Junge, sekretarz generalny ŚFL: reformacja jest dziś obywatelką świata. Kiedyś pytani o luteranizm, wskazywaliśmy na Wittenbergę, Niemcy, Europę, dziś – zaryzykowałabym stwierdzenie, że jego serce bije w Afryce. Luteranizm jest o wiele bardziej różnorodny, niż się wydaje. Nabożeństwa różnią się między sobą nie tylko w poszczególnych częściach świata, ale nawet w Polsce. Gdy po raz pierwszy byłam w Namibii, gdzie większość mieszkańców to luteranie, śpiew i radość z wiary obecne w trakcie nabożeństwa oraz serdeczność ludzi zrobiły na mnie wielkie wrażenie.
Jest Pani rzeczniczką Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce – pierwszą kobietą na tym stanowisku. Czy bycie „kobiecym głosem” Kościoła bywa trudne?
Zbieram informacje, przekazuję je w ramach Kościoła i wysyłam do mediów. Po prostu reprezentuję instytucję. Nikt nie odmówił rozmowy ze mną, dlatego że jestem kobietą. Czasem w Polsce oczekuje się, że rzecznikiem będzie duchowny, ale przecież także w Kościele rzymskokatolickim rzecznikami są nie tylko księża.
Deklaruje się Pani jako feministka?
Przyznam, że już podczas I roku studiów teologicznych usłyszałam, że jestem feministką. Nie kryłam bowiem, że poszłam na teologię ewangelicką, żeby zostać księdzem. Przekonanie to nie wynikało z bycia feministką, ale z Bożego powołania. Słowo „feministka” zabrzmiało wówczas jak przytyk, próba zaszufladkowania mnie i zamknięcia dyskusji.
A teraz mówi tak Pani sama o sobie?
Tak. Chciałabym jednak podkreślić, że istnieje wiele nurtów feminizmu. Jestem chrześcijanką i mój feminizm wynika z mojej wiary.
Co to znaczy dla Pani być feministką w Kościele?
Wierzę w to, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz – jako mężczyznę i kobietę. W relacji między nimi nie ma podległości – jest natomiast wspólna zależność od Boga. Kościół w moim rozumieniu jest wspólnotą ludzi równych sobie dzięki Chrystusowi, bez względu na płeć, pochodzenie czy kolor skóry.
Od lat rozwijam też feministyczną wrażliwość, poszerzając wiedzę „herstoryczną”: o kobietach w Biblii, w dziejach reformacji, w historii moich parafii (tej rodzinnej w Krakowie i tej obecnej w Warszawie) czy we współczesnym luteranizmie. Gdy byłam na studiach, spośród wybitnych kobiet reformacji znałam jedynie Katarzynę von Bora, żonę ks. Marcina Lutra. A teraz mogłabym wymienić choćby Argulę von Grumbach, która z odwagą wystąpiła w obronie pewnego studenta, zwolennika reformacji, pisząc list do władz uczelni w Ingolstadt. Ten dokument – w dużej mierze składający się z interpretacji tekstów biblijnych przywoływanych na rzecz idei reformacyjnych – był wielokrotnie przedrukowywany i cieszył się olbrzymim powodzeniem w XVI-wiecznych Niemczech. W historii polskiej reformacji warto wspomnieć protektorkę luteranizmu, a zarazem wierzącą i praktykującą luterankę królewnę Annę Wazównę, siostrę Zygmunta III Wazy. Inna fascynująca postać to Charlotte von Kirschbaum – sekretarka wybitnego teologa ks. Karla Bartha. Wiele osób twierdzi, że miała duży wpływ na ostateczny kształt jego Dogmatyki kościelnej, którą spisywała i redagowała. Rozwijała też własną myśl teologiczną, dotyczącą m.in. roli kobiet w księgach biblijnych. Nie można tu jednak pominąć tematów trudnych i odnoszących się do współczesności, jak chociażby kwestii prze mocy czy analizy płci społeczno-kulturowej. Rada ŚFL w 2013 r. przyjęła dokument „Płeć i sprawiedliwość – zasady postępowania” (Gender Justice Policy), który podkreśla, że Bóg obdarzył obie płcie integralnością i godnością, a relacje między kobietami i mężczyznami powinno budować się na sprawiedliwości.
Feminizm to tylko fragment mojej tożsamości.Przede wszystkim jestem chrześcijanką, ewangeliczką, luteranką. Chrześcijanką, bo wierzę w Jezusa Chrystusa, ewangeliczką, bo źródłem mojej wiary jest Ewangelia, i luteranką, bo w tym Kościele od dziecka rozwija się moja wiara.
Jak luteranie podchodzą do kwestii ordynacji kobiet?
Różnie. Ta kwestia rozstrzygana jest lokalnie, w danym Kościele krajowym. Obecnie ordynację kobiet praktykuje się w ponad 80% Kościołów zrzeszonych w ŚFL. Co ciekawe, wprowadzono ją już w latach 50. np. w Czechosłowacji – znacznie wcześniej niż w dużych Kościołach skandynawskich jak te w Szwecji czy Finlandii.
A jak to wygląda w Polsce?
Mamy jeden urząd duchownego w trzech posługach: diakona, księdza i biskupa. Nasz Kościół dopuszcza ordynację kobiet, ale wyłącznie na diakonów. Synodalna Komisja ds. Teologii i Konfesji w 2008 r. stwierdziła, że z perspektywy teologicznej nie ma przeciwskazań, by kobiety były księżmi lub biskupami. Urząd duchownego wynika bowiem z rozumienia Chrztu Świętego i powszechnego kapłaństwa wszystkich ochrzczonych.
Dlaczego zatem kobiety nie są w Polsce księżmi?
Dwa lata toczonej wówczas dyskusji o ordynacji ujawniły, że polscy luteranie mają w tej sprawie różne opinie. Myślę, że na przeszkodzie nie stoją względy teologiczne (choć takie argumenty – oparte na Biblii – też są formułowane), ale przede wszystkim kulturowe. Niektórym osobom wciąż trudno jest zaakceptować kobietę w roli proboszcza. W naszym Kościele bowiem to parafianie wybierają księdza, który przez kolejnych 10 lat ma administrować parafią i być ich duszpasterzem. Co ciekawe, łatwiej zaakceptować kobietę jako duszpasterza niż jako osobę odpowiedzialną za kwestie administracyjne i kierownicze. Myślę, że znaczenie ma fakt, iż kobiet diakonów jest niewiele (13 kobiet na 158 duchownych), więc są w Polsce ewangelicy, którzy nie mieli okazji doświadczyć ich pracy. W parafiach, w których pracują kobiety – np. w Żyrardowie, gdzie diakon Halina Radacz pełni funkcje duszpasterskie i administracyjne – rośnie poparcie dla kobiet księży. Pewne zmiany już zaszły: od 1 stycznia 2017 r. diakoni mogą sprawować oba sakramenty: Chrzest i Komunię. Ponadto kobiety zajmują stanowiska kierownicze w naszym Kościele jako kuratorzy, czyli świeccy prezesi lub wiceprezesi rad parafialnych, szefowe instytucji (np. organizacji charytatywnej Diakonia) czy dyrektorzy szkół ewangelickich.
Zasadniczo luteranizm jest w stanie połączyć w jednej wspólnocie różne poglądy. Są liberałowie, konserwatyści, ale też osoby, które nie odnajdują się w żadnej z tych grup. Nie oznacza to, że się nie ścieramy i nie dyskutujemy. Wręcz przeciwnie.
Cały świat protestancki świętuje w tym roku jubileusz 500 lat reformacji. W polskim parlamencie spierano się o sposób upamiętnienia tego wydarzenia. Sejm ostatecznie nie ogłosił roku 2017 rokiem reformacji (wybrano zaś na jego patronów m.in. postacie związane z Kościołem katolickim – św. brata Alberta i bł. Honorata Koźmińskiego), Senat jednak w specjalnej uchwale z 1 lutego br. przypomniał wielkich Polaków, którzy byli protestantami. Jak przyjmuje Pani te polityczne spory dotyczące roli reformacji?
Z dużym smutkiem. Jako Polka i luteranka wiem, że reformacja odegrała ważną rolę w historii Polski – wpłynęła na szkolnictwo, język ojczysty, kulturę, teologię, działalność społeczną, świadomość narodową i obywatelską. Od razu przychodzą mi do głowy postacie wybitnych ewangelików – Mikołaja Reja, ojca literatury polskiej, który był najpierw luteraninem, a potem kalwinistą, wspomnianej wcześniej królewny Anny Wazówny, Oskara Kolberga, wybitnego etnografa, Samuela Bogumiła Lindego, autora słownika języka polskiego, Stefana Starzyńskiego, bohaterskiego prezydenta Warszawy. Te przykłady można mnożyć. To właśnie reformacja była ruchem, który sprawił, że takie postaci stały się częścią polskiej historii.
Senat postanowił ostatecznie uhonorować nie samo wydarzenie reformacji, ale protestantów, którzy odegrali ważną rolę w dziejach Polski. Dobrze, że doceniono przynajmniej ludzi, jeśli nie samo wydarzenie – ostatecznie Kościół to ludzie. Cieszę się też, że stosowne uchwały podjęły województwa: śląskie, dolnośląskie i warmińsko-mazurskie, w których rok 2017 został ogłoszony Rokiem Reformacji. Przykro mi było jednak czytać stenogram dyskusji, która odbyła się przy tej okazji w Senacie…
Niektórzy senatorzy podkreślali, że nie chcą czcić reformacji jako wydarzenia, które doprowadziło do rozbicia jedności Kościoła. Inni zastanawiali się, dlaczego władza świecka ma świętować wydarzenie o charakterze religijnym. Senator Czesław Ryszka (PiS) dzielił się swoimi przemyśleniami…