Anna Mateja: Kiedy zdarzyło się Pani powiedzieć: „Mam dość. To, co robię, nie ma sensu – pomoc jest marnotrawiona, ludzie roszczeniowi, świata nie zmienię”?
Janina Ochojska: Nigdy. Jakkolwiek pięknoduchowsko to zabrzmi. Mimo że byłam świadkiem trudnych sytuacji, które w udzielaniu pomocy nie powinny się były zdarzyć. Na przykład podczas powodzi w 1997 r. na tereny, z których zeszła woda, wysyłano ciężarówki używanych ubrań. Uważano widać, że wszystkie domy zalane były po dach i powodzianie zostali w tym, w czym uciekali przed wielką wodą. Tymczasem większość z nich potrzebowała sprzętu do usuwania skutków powodzi i naprawy domów, a nie cudzych ubrań. Ich zamoknięte sterty widziałam później na poboczach dróg, bo nikt nie wiedział, co z tym zrobić.
Można zapytać wówczas: po co się angażować, skoro ludzie tego nie doceniają?
Zapytałabym nie „po co?”, ale „jak?”. Pomaganie to wiedza i umiejętności, więc jeśli chcemy zrobić coś dobrego dla innych, np. pomagając im w kryzysowych sytuacjach, musimy się tego nauczyć. Myślę o tym za każdym razem, kiedy widzę pomoc nieadekwatną do sytuacji, np. zbiórkę ryżu czy koców dla Nepalczyków – ofiar trzęsienia ziemi, które dotknęło ten kraj w kwietniu 2015 r. Oni tego potrzebowali, ale jaki jest sens zbierania tych rzeczy w Polsce i wysyłania na drugi koniec świata samolotem? Czy ktoś policzył, ile w wyniku takiej operacji kosztuje jeden koc czy worek ryżu? Może racjonalniej było kupić to, co potrzebne, na miejscu?
Kiedy w latach 90. organizowałam w Polskiej Akcji Humanitarnej konwoje do Kazachstanu i ogłaszaliśmy np. zbiórki odzieży, poza ubraniami przynoszono też zapasy mydła od dawna wycofanego z handlu czy herbaty madras, taniej i bardzo powszechnej w latach PRL-u. Podczas przeglądania tych darów niemal połowę kierowaliśmy do utylizacji, bo do niczego się nie nadawały. Zadawaliśmy sobie ten trud, wiedząc, że ludzie, odpowiadając na taki apel, zawsze przynoszą rzeczy, które nie są im potrzebne, ale to my ponosimy odpowiedzialność, czy to, co ostatecznie wyślemy w konwoju tirów, zostanie wykorzystane czy wyrzucone, a cały wysiłek zmarnowany.
Darczyńcy, którzy wygarniali z domu zapasy starej herbaty czy od dawna nienoszone futro, wyobrażali sobie, że skoro to jest pomoc dla ludzi niezamożnych, wszystko się przyda.
Angażując się w pomaganie, należy porzucić swoje wyobrażenia na temat tego, jakiej pomocy ktoś potrzebuje. Bo jeżeli ma ona służyć wychodzeniu z kryzysu, trzeba umieć wejść w sytuację, w jakiej znalazł się ten, komu pomagam. Wiele lat temu „Gazeta Wyborcza” organizowała zbiórkę pieniędzy na domy dziecka. Za zebrane środki planowano kupić węgiel i kurtki na zimę. Napisałam do redakcji, że od takich zakupów jest państwo i nie ma powodu, skoro płacimy podatki, zdejmować z jego instytucji tego obowiązku.
A jeżeli chcemy pomagać dzieciom z domów dziecka, powinniśmy zapytać je osobiście, czego by sobie życzyły. Wtedy może się okazać, że ich marzeniem są nie tyle ciepłe kaloryfery, ile łyżworolki albo modne buty, w których chodzą koledzy z klasy.
Ludzka ofiarność jest zawsze czymś dobrym i cennym, ale doświadczenie lat wolności powinno nas nauczyć, że państwo ma zobowiązania wobec obywateli. Jeżeli nie będziemy pilnowali wywiązywania się z nich, ono się z tych obszarów wycofa.
Zbiórka 3 mln zł na Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku to było coś dobrego czy przyzwolenie na to, żeby państwo przyznawało dotacje na działalność uznaniowo?
To było coś bardzo dobrego. Minister kultury i dziedzictwa narodowego odmówił przecież wypełnienia promesy, w rocznej dotacji wysokości 7 mln zł, którą sam wcześniej złożył. Centrum otrzymałoby całą kwotę, gdyby jego władze zgodziły się na zasadniczą ingerencję władz ministerstwa w swoją działalność. Pomoc musi być wycelowana – adekwatna do sytuacji. I tutaj tak było. Gdyby ludzie nie okazali zrozumienia, ECS albo ograniczyłoby aktywność, albo zgodziłoby się na jej upolitycznienie zgodne z oczekiwaniami aktualnej ekipy rządzącej.
Przekazując datek, ludzie wysłali rządzącym komunikat: „To, co robicie, jest samowolą, a nam zależy na niezależności tej instytucji”.
Właśnie tak. Na tym opiera się pomoc – na rozpoznaniu potrzeb ludzi i zrozumieniu źródeł ich poczucia zagrożenia. Nie dokonamy tego, o ile wcześniej nie staniemy się świadkami sytuacji, w której się znaleźli. Świadkami współodczuwającymi. Na takiej postawie od 26 lat budujemy Polską Akcję Humanitarną. Dlatego uruchomiliśmy nasze misje w Iraku, Jemenie, Somalii, Sudanie Południowym, Syrii, Ukrainie. A w Bangladeszu pomagamy ludności Rohingya, która uciekła z Birmy przed czystkami etnicznymi. Chcemy być w tych miejscach, gdzie pomagamy, bo to pozwala na bieżąco reagować na zmianę sytuacji. Ocenić np., czy istnieje potrzeba sprowadzania leków, czystej wody lub żywności z Polski, czy można je kupić na miejscu, u nas zbierając jedynie pieniądze.
Osobista obecność pozwala dotrzeć do ludzi, a to jest rzecz fundamentalna w pomaganiu. Bo żeby skutecznie pomagać, trzeba przede wszystkim rozmawiać. Znaleźć na to czas, nie rozpoczynając rozmowy od pytania: „Czego potrzebujecie?”. Raczej usiąść z nimi i wysłuchać ich historii. Z ich opowieści wydobywamy informacje o tym, czego oczekują. Niezależnie od tego, jak konkretne byłyby to potrzeby, równie ważne jest coś innego – samo wysłuchanie. Bo ludzie chcą opowiedzieć o tym, co ich spotkało. Proszą o przekazanie swoich historii przekonani, że świat nie robi nic albo niewiele, żeby im pomóc, bo nie wie, co tutaj dzieje się naprawdę… Z prośbą: „Opowiedzcie o tym, bo ludzie nie wiedzą”, spotkałam się wszędzie.
Jak uwierzyć w sens swoich działań, jeśli na pomoc czeka np. 100 tys. ludzi?
W miejsce dziesiątek tysięcy bezimiennych osób należy podstawić twarz jednej osoby i jej historię. Ona czeka na pomoc. I jeszcze jedna, i kolejna, i następna. Pomocy nie oczekuje wówczas bezimienna masa ludzi, ale np. Nouria Ahmed z ośmioosobową rodziną, która po ucieczce z ogarniętego wojną Jemenu od trzech lat mieszka w obozie dla uchodźców w Dżibuti. Nie mogą liczyć na dobrze płatną pracę, nie stać ich na opłacenie szkół dla dzieci. Bywa, że otrzymują jedzenie od sąsiadów, a jeśli to zawiedzie, pozostaje im jedynie chleb i herbata. Pomoc dla Nourii i jej rodziny to wymierne dobro świadczone konkretnej osobie, a nie pomaganie, którego skuteczność rozpływa się w masie potrzebujących.
Kiedy w 2006 r. zakładaliśmy misję w Sudanie Południowym, mieliśmy fundusze na wybudowanie ośmiu studni. Czym jest studnia w tym rejonie świata, trawionym na przemian wojnami i klęskami żywiołowymi, najlepiej opowiadają ludzie. Bo to oni żyją, np. w obozach dla uchodźców, gdzie na 10 tys. osób są dwie studnie i nie ma ani jednej toalety. W takich warunkach troska o podstawową higienę czy zabezpieczenie się przed chorobami zakaźnymi jest utopią. Każda nowa studnia, z której korzysta około tysiąca ludzi, to skok cywilizacyjny dla takiej społeczności. Tym bardziej że PAH uczy jeszcze, jak dbać o higienę (szkoli kobiety, które przekazują tę wiedzę kolejnym osobom), rozdaje materiały do budowy toalet, a w wioskach narzędzia do uprawy ziemi, którą wreszcie można nawodnić. Gdyby mi ktoś w 2006 r. powiedział, że w ciągu 12 lat wybudujemy w Sudanie prawie 800 studni, to bym nie uwierzyła. To stało się możliwe za sprawą opowieści użytkowników tych studni, których historie udostępniamy w mediach społecznościowych. To dzięki nim hasło „Studnia w Sudanie” jest dziś równie nośne jak „Pajacyk” – akcja dożywiania dzieci w szkołach.
Teraz pytanie sprawdzające siłę stereotypowych wyobrażeń na temat Afryki – co jest jednym z najważniejszych narzędzi w Somalii?
Plastikowy kanister na wodę?
Telefon komórkowy. Nie mając komórki, nie kupisz kanistra na wodę. Somalia, także na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego, weszła od razu w obrót bezgotówkowy, który, choćby z racji inflacji, jest najpewniejszą formą płatności. Ale powszechne wyobrażenie jest takie, że to kraj, gdzie rewolucja technologiczna to daleka przyszłość. PAH ma misję na miejscu, więc szybko się zorientowaliśmy, że jeśli chcemy pomóc ludziom stanąć na nogi w państwie, które rządy innych krajów nazywają „upadłym”, musimy rozdawać komórki. Dzięki nim ludzie mogą zakładać małe biznesy, np. stragan z warzywami czy zakład krawiecki z jedną maszyną do szycia. Ponieważ jesteśmy na miejscu, widzimy, jak dzięki adekwatnej pomocy rozwiązujemy konkretne problemy. Nie ukrywam, że śledzenie zmian wywołanych udzieloną pomocą też jest dla nas ważne. Przecież tego wszystkiego mogłoby nie być. Ale jest. Razem z tymi, którzy wspierają nasze działania finansowo, możemy powiedzieć, że dzięki temu świat stał się nieco lepszym miejscem do życia.
Taka świadomość pomaga przetrwać krytykę? Bo chyba nie ominęła ona żadnej osoby ani instytucji zajmującej się pomaganiem innym.
Przekonałam się nie raz, że jeśli mam odwagę coś zrobić, zawsze pojawią się ludzie, którzy podważą wartość tego działania, uważając, że można to zrobić lepiej. Bezpodstawne opinie, że Jurek Owsiak, Anna Dymna czy ja dorabiamy się na dobroczynności, też nie są niczym nowym. Nie obrażam się o to. Po prostu przyjmuję do wiadomości, że są ludzie, którzy mają złe doświadczenia związane z pomaganiem – może trafili na kogoś nieuczciwego, kto sprzeniewierzył ich zaangażowanie czy pieniądze, może mają trudne życie i nie mają kogo poprosić o pomoc. To trzeba zrozumieć. I dalej robić swoje, licząc na to, że kiedyś także krytycy zmienią zdanie. Przecież Jurek Owsiak, który zbiera z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy ogromne sumy, rozlicza się skrupulatnie z każdej złotówki. I równie skrzętnie upublicznia raporty.
Fala krytyki, z którą się spotyka, jest wprost proporcjonalna do wysokości zbieranych sum?Tego nie wiem. Jurek Owsiak jest niezależny i charakterny, a to nie wszystkim się podoba. To niezrozumiały dla mnie paradoks, że człowiek, który stał się symbolem ogromnego dobra, przyciągającego ludzi jak magnes, co widać w dzień corocznej zbiórki, kiedy właściwie wstyd wyjść na ulicę bez przyklejonego serduszka, wywołuje tyle niechęci. W 2017 r., kiedy WOŚP pobił kolejny rekord zbiórki, mimo że telewizja publiczna po raz pierwszy odmówiła transmisji Finału, sama mówiłam, że w pewnym sensie hejt, z którym spotyka się Orkiestra i jej lider, pomaga w zbieraniu pieniędzy. Bo cóż z tego, że pojawia się bezpardonowa krytyka, skoro ludzi, którzy chcą pomagać, jest z każdym rokiem więcej, a ich hojność dyktuje także chęć pokazania krytykantom, że się mylą. Po tym, co się stało w…