Było tylko kwestią czasu, żeby twórcy teatrów dramatycznych West Endu i Broadwayu zaczęli sięgać po scenariusze filmowe. Zjawisko adaptowania filmów na musicale znane jest tu od lat. To trend podobny temu, który twórcom filmowych superprodukcji każe myśleć raczej o kontynuacjach i różnego rodzaju przeróbkach – prequelach, remake’ach i spin offach – niż o nowych, oryginalnych opowieściach. Zgodnie z logiką inż. Mamonia, dziś tak wiernie wdrażaną przez algorytmy serwisów internetowych, lubimy to, co dobrze znamy. A skoro tak, podobnych treści trzeba nam dostarczać jak najwięcej.
Musicale z filmowym pierwowzorem mają jednak pewną przewagę: zmiana medium sprzyja powstawaniu nowej jakości. Zdarza się więc, że dzieła fabularnie bliskie oryginałom pod względem estetycznym są świeże, a światopoglądowo nawet odważniejsze, choć w granicach musicalowej konwencji. Billy Elliot, Legalna blondynka czy Kinky Boots, obok popularności widzów, zdobyły też uznanie krytyków.
Teatry dramatyczne zaczęły bezpiecznie – od komedii, choćby Dziewczyn z kalendarza czy Jak zabić starszą panią. Coraz częściej sięgają jednak po mniej rozrywkowy repertuar. Powodów, dla których teatralna adaptacja filmu Josepha L. Mankiewicza była jedną z najgorętszych zapowiedzi tego roku, jest zresztą więcej.
*
Trudno sobie wyobrazić, co mogłoby pójść nie tak. Za adaptację i reżyserię przedstawienia odpowiada Ivo van Hove, uznany belgijski reżyser. Jego Tragedie rzymskie pokazywane były w Polsce w ramach Festiwalu Dialog-Wrocław, zaś opera Łaskawość Tytusa to koprodukcja m.in. Teatru Wielkiego-Opery Narodowej w Warszawie. Wcześniej wielokrotnie przenosił filmowe opowieści na deski teatrów, choćby Szepty i krzyki Ingmara Bergmana czy Sieć według scenariusza Paddy’ego Chayefsky’ego. To ostatnie przedstawienie, na podstawie filmu z 1976 r., półtora roku temu spotkało się ze znakomitym przyjęciem brytyjskich krytyków, a obecnie z powodzeniem grane jest na Broadwayu.
W roli Margo Channing, gwiazdy teatralnej u szczytu kariery, obsadzono Gillian Anderson – aktorkę przede wszystkim telewizyjną, znaną najbardziej z roli agentki Dany Scully w kultowym serialu Z Archiwum X. Anderson przechodzi obecnie renesans popularności, dzięki rolom w serialach Upadek, Hannibal czy tegorocznym Sex Education. W czwartym sezonie The Crown o brytyjskiej rodzinie królewskiej zagra Margaret Thatcher. To też jej powrót na West End po rewelacyjnej roli Blanche DuBois w Tramwaju zwanym pożądaniem z 2014 r., którą polscy widzowie mogli podziwiać w kinach w ramach cyklu NT Live. Z kolei ambitną Eve Harrington, psychofankę Margo, zdeterminowaną, by – nie tylko na scenie – zająć jej miejsce, gra Lily James, wschodząca gwiazda, znana już z hollywoodzkich superprodukcji: głównych ról w disneyowskim Kopciuszku czy kontynuacji musicalu opartego na piosenkach Abby – Mamma Mia! Here We Go Again. * Dalej też jest filmowo. Już wprowadzającemu nas w historię Margo i Eve krytykowi Addisonowi DeWittowi (Stanley Townsend) od niemal pierwszej chwili towarzyszy kamera – i podąży za nim również w kuluary. Tyle że trudno dziś mówić o kulisach sławy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W mediach społecznościowych relacjonujemy przecież – wszyscy, nie tylko gwiazdy – nasze życia całą dobę. Z kolejnych ról nigdy nie wychodzimy. Co najwyżej zamieniamy wizerunek publiczny na prywatny, a jednym i drugim zarządzamy z podobną starannością. Ściany scenografii (raz mieszkania, raz garderoby) unoszą się więc od czasu do czasu, podpowiadając, że kulisy też są sceną. Może nawet tą najważniejszą. Jeśli jakąś prawdę da się jeszcze dostrzec tam, gdzie ściany zdobią fotosy pięknej, młodej, idealnej Margo (z czasem zastąpione przez fotosy Eve), to tylko w lustrach. Ich odbicia bywają równie bezwzględne dla gwiazdy już spełnionej i tej aspirującej. Tylko w nich widzimy twarze bez makijażu. Demaskują słabość, zmęczenie, ból i upływający czas. Niczym w okrutnej baśni, przepowiadają też przyszłość. Teatralne, dobrze doświetlone lustereczka powiedzą przecie wszystko, nawet nieproszone. Tym chętniej, że twórcy przedstawienia i w nich zamieścili kamery, dzięki czemu ujawnioną prawdę zobaczymy nad sceną – w dużym zbliżeniu. Gdzieś nad tym filmowo-teatralnym mikrokosmosem unosi się duch Andy’ego Warhola – srebrno-szare kulisy scenografa Jana Versweyvelda mają przypominać Factory. Nowojorskie studio artysty to w końcu miejsce, gdzie dekadę po premierze…