Trudno pisać recenzję osobistej książki klasyka. Recenzja jest bowiem krytyczną weryfikacją tekstu, zakłada równość partnerów: autora i czytelnika-recenzenta. Recenzent nie powinien patrzeć z góry na książkę („napisałbym ją lepiej, niż autor”) – prawdziwa recenzja jednak nie może być także hołdem lennym („nie mogę skrytykować”). Krytyka – to próba dotarcia do prawdziwej wartości książki, ukazująca także miejsca, które można poprawić – czy to w kolejnych wydaniach, czy w innych tekstach tego autora. Czy można tak pisać recenzję Wisławie Szymborskiej? Czy można – Marii Podrazie-Kwiatkowskiej? Próbować trzeba. Tego też – jak sądzę – uczy ta książka. Zapomnijmy więc o fundamentalnym dorobku Pani Profesor; zapomnijmy o podręcznikach, które pomagały przed egzaminami – mamy książkę bez autora. Czytajmy samą książkę, nie autora.
Napiszę więc od razu: uważam, że Labirynty – kładki – drogowskazy to książka niezwykła. Spokojna. Mądra. Wyróżniająca się w humanistyce.
Teraz uzasadnię.
W zgiełku i pośpiechu współczesnego świata brakuje czasu na wnikliwą lekturę.
W świecie między kolejnym „lubię to” i przekartkowanym wielostronicowym bestsellerem, przepisującym instrukcje obsługi komputerów dla ubarwienia narracji – klasyczne „uważne czytanie” wydaje się niedzisiejsze. Nie ma podręczników powolnego czytania. Niestety! „Czas, czas, nie wracaj do tego zdania, czytaj kolejną książkę (jeżeli w ogóle czytasz)!” – mówi do nas świat. Ta książka jest przykładem, że można inaczej. Świat pędzi, może trzeba zwolnić? Może to nasze pośpieszne czytanie sprawia, że za dużo gubimy?
Autorka czyta bowiem spokojnie. Nie ma tu miejsca na karkołomne interpretacje współczesnych humanistycznych guru, na założone z góry odczytania, czynione w myśl zasady, że o tekście można powiedzieć wszystko. To powrót do korzeni, do prawdziwej filologii – tekst trzeba najpierw przeczytać, później starać się dokonać jego analizy i dopiero na końcu interpretacji (a przed przeczytaniem warto wybrać właściwą, zaakceptowaną przez autora wersję – tu widzimy wagę rozstrzygnięć edytorskich). Współcześnie zbyt często zaczynamy od końca – interpretacja poprzedza lekturę. W Labiryntach – kładkach – drogowskazach na początku jest uważne czytanie. Możemy mieć wrażenie współ-czytania z autorką, jak w dobrej analizie dzieła literackiego – wędrując w labiryncie, podążamy w stronę wyjścia. Interpretacji jest wiele, ale wyjście z labiryntu tylko jedno: analiza poprzedza interpretację. To klasyczna formacja – przepraszam za narzucającą się etykietkę – krakowskiej szkoły krytyki, której jednym z reprezentantów był mąż autorki, prof. Jerzy Kwiatkowski (współautor jednego ze szkiców).
Owoce uważnej lektury
Książka jest zbiorem szkiców. Wiele z nich dedykowanych jest badaczom literatury, większość z nich już się ukazywała – jednak przeważnie w księgach pamiątkowych ofiarowanych zasłużonym literaturoznawcom; funkcjonowały zatem w dość ograniczonym kręgu: zebrane w osobny tom, brzmią inaczej. Każdy z zamieszczonych tu szkiców jest wynikiem uważnej, spokojnej lektury – czy to dzieł literackich, czy prac innych badaczy (np. tekst o Wacławie Borowym). Wiele z nich to szkice bardzo osobiste, dotykające problemów głębszych niż budowa dzieła literackiego: popatrzmy zwłaszcza na szkic otwierający tom, „Bacz, o człowiecze, co głęboka noc rzecze”. Z rozważań nad literackim doświadczeniem nocy.
Większość szkiców dotyka obszaru Młodej Polski, jest tu też jednak np. Gombrowicz (ważny tekst „Pornografia” Witolda Gombrowicza i „Niebezpieczne związki” Choderlos de Laclos. Rozważania intertekstualne). Wychodząc od ważnej obserwacji edytorskiej (brak protestów Gombrowicza na zmianę tytułu powieści w tłumaczeniu włoskim, niemieckim, hiszpańskim, szwedzkim, duńskim – z Pornografii na Uwiedzenie), badaczka pyta: „czy na pewno nie miał świadomości, że idzie w Pornografii tropem zwłaszcza jednej powieści o uwiedzeniu (…) a może właśnie mając taką świadomość, stworzył utwór – jednak! – w pełni oryginalny, tyleż nawiązujący, co i odcinający się od tamtego nurtu (…)”. Cieszę się, znajdując potwierdzenie dla własnych obserwacji o wadze problemu sumienia u Gombrowicza („trzeba podkreślić, że wspomniane rozważania o »niewinności« kończą się u Gombrowicza pełnym wątpliwości pytaniem: »I wtenczas co? Zniknie poczucie grzechu, człowiek poczuje się tylko ofiarą?«”). Autorka nie idzie dalej w swoim przypisie – ale warto zauważyć interesujące perspektywy badawcze, zestawiając choćby rozważania św. Jana od Krzyża z fragmentami Dziennika („mgławica, którą jestem”), Pornografią, Kosmosem…
Badaczka podsumowuje swoje obserwacje – zastrzegając, że wybiega poza tekst (to pojawia się rzadko w tych szkicach) – „można zaryzykować tezę, że epilog do Pornografii, powieści o zabiegach mających na celu manipulację młodymi, dopisała studencka rewolta 1968 r. (…) Gombrowicz był w gruncie rzeczy, zwłaszcza w sensie społeczno-politycznym, konserwatystą”.
Innym gombrowiczowskim odniesieniem w książce Podrazy-Kwiatkowskiej jest szkic… o Wacławie Borowym, wybitnym poloniście i krytyku literatury. Autorka pieczołowicie omawia wagę badań Borowego dotyczących Żeromskiego i Wyspiańskiego, pisząc m.in. o rozprawie Łazienki a „Noc listopadowa” Wyspiańskiego.Warto spojrzeć na to trochę z boku, ponieważ dotyka to samej istoty filologii, szukania wyjścia z labiryntu. Podraza-Kwiatkowska pisze: „Borowy (…) demaskuje mylne poszlaki podsuwane przez wcześniejszych badaczy (np. posągi parkowe były w zimie obite deskami, więc Wyspiański nie mógł ich oglądać), a także prostuje omyłki samego Wyspiańskiego, który Pomarańczarnię wziął za Belweder”. O szkicu Borowego pisał – jako młody recenzent – właśnie Gombrowicz (w tekście Dziwne a nawet miejscami dziwaczne). Pisał zupełnie inaczej, niż Podraza-Kwiatkowska: ironicznie zapytywał, co go to obchodzi jako czytelnika, czy Wyspiański pomylił się,…