Baktasz ma 24 lata i wolałby zginąć w Afganistanie. Gdyby wcześniej wiedział, że będzie całymi dniami przedzierał się przez zaśnieżone góry, ukrywając przed ludzkim wzrokiem, koczował w opuszczonej cementowni, kąpał w lodowatej rzece i głodował, to by się nie zdecydował na tę drogę. Może nawet trochę chciałby, żeby dosięgnęła go jedna z trzech bomb, które wybuchły 100 m od niego, na ulicach Dżalalabadu, rozrywając na strzępy ludzi na chodniku.
Tak mówi, marznąc w opuszczonej cementowni, na przedmieściach prowincjonalnego miasteczka Bihać na granicy bośniacko-chorwackiej. Jest w drodze od prawie dwóch lat. Mówi otwarcie o depresji, którą wszyscy tu mają. O zespole stresu pourazowego. Na ścianie fabryki, w której mieszka, ktoś węglem napisał: „Kiedy znowu rozkwitniesz, wrócę do Ciebie, mój Afganistanie”. Poniżej dopisano „I już nigdy nie będę pił wina”. Baktasz tłumaczy: „Jako muzułmanie nie powinniśmy pić. Ale tu się zdarza. Papierosy, wino. Żeby uciec choć na chwilę od problemów i bólu”.
Historia Baktasza to kropla w morzu. Morzu 8 tys. nielegalnych migrantów, którzy na zimę utknęli w Bośni. 22 tys. osób, które przedarły się przez granicę turecką, albańską, bułgarską i dotarły na Bałkany. 70 mln…