Subskrybuj
wieloletni członek redakcji miesięcznika „Znak”, prezes S.I.W. Znak, działacz opozycji demokratycznej, publicysta, tłumacz. Uczestnik ekipy Tadeusza Mazowieckiego w latach 1989—­1990. Członek władz organizacji społecznych, m.in. Fundacji Batorego, KiK­u, Fundacji Roberta Schumana, PEN­Clubu. Odznaczony m.in. Krzyżem...

Marcin Król, człowiek wolny

Demokracja nie może być „zimna”. Musi zawierać jakąś treść, jakąś wizję dobrego życia, nie może ograniczać się do „letniej wody w kranie” – temu przekonaniu Marcin pozostawał wierny przez całe życie.

Ostatnie moje spotkanie z Marcinem Królem pamiętam bardzo dobrze – bo też nie było to dawno, już w trakcie pandemii, na czerwcowym zebraniu rady Fundacji Batorego. Potem, podczas obiadu, rozmawialiśmy nie o byle czym, nie wymienialiśmy krakowsko-warszawskich plotek ani żartów – ale mówiliśmy o romantyzmie. Namawiałem Marcina, żeby dopisał kolejny rozdział do swojej opublikowanej przed ćwierćwieczem świetnej Podróży romantycznej, żeby opisał, co się dzieje w ostatnich latach z romantyczną tradycją, jak się ją czyta na wysokich piętrach humanistyki, a jak używa, eksploatuje i poniewiera w szkole, w publicystyce i w polityce. Jaką postać przyjmuje dziś strywializowany „romantyzm obronny”, któremu tyle miejsca poświęcił we wspomnianym zbiorze esejów. Bo przecież – choć nie przekonałem Marcina do tego zadania – zgadzaliśmy się, że kultura polska bez romantyzmu nie istnieje, że nic wspanialszego niż romantyzm – nie tylko jako rozmach geniuszu literackiego, ale jako śmiałość myśli – polskiej kulturze się nie przydarzyło. I nie tylko polskiej – Marcin odesłał mnie do lektury swego ulubionego Izajasza Berlina i jego interpretacji romantyzmu europejskiego.

To było ostatnie spotkanie – a pierwsze, jeśli nie jest późniejszym pamięciowym artefaktem, sytuuję w połowie lat 70. i widzę młodego Marcina z ówczesną żoną Małgosią Dziewulską i w towarzystwie Henryka Krzeczkowskiego, usadowionych na starej skórzanej kanapie w pokoju Jerzego Turowicza w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a wokół nich krąg osób przybyłych na cotygodniowe zebranie. W tamtych latach dość szybko rozprawiano się z omówieniem wydanego numeru i zaplanowaniem następnego, a kluczowa część spotkania poświęcona była wieściom głównie z Warszawy, a nieraz z Paryża, Londynu czy Nowego Jorku, gdy przychodził gość, co właśnie wrócił z dalszych wojaży. Może właśnie wtedy Marcin wrócił z kilkumiesięcznego pobytu w Ameryce? Z pewnością znałem już wówczas Króla i Karpińskiego Sylwetki polityczne XIX wieku (Znak, Kraków 1974) – książkę, która pomimo srogiego ocenzurowania była w latach 70. elektryzującą lekturą odsłaniającą nowe horyzonty, nieznane sposoby myślenia o Polsce i prowadzenia polityki, a nie tylko irredenty w sytuacji zniewolenia, nauczającą patriotyzmu najwyższej próby, czyli patriotyzmu krytycznego.

Henryk Krzeczkowski, postać tajemnicza i po lekturze poświęconej mu książki Wojciecha Karpińskiego (Henryk, Zeszyty Literackie, Warszawa 2016) jeszcze bardziej intrygująca, miał zdolność przyciągania ludzi wybitnych. W ten sposób powstał krąg młodych warszawiaków składający się m.in. z Marcina i Małgosi, Wojciecha Karpińskiego, Jolanty Strzeleckiej, których Krzeczkowski przyprowadził do „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, i którzy związali się na dłużej z krakowskim środowiskiem.

Marcin Król i Małgosia Dziewulska byli zachwycającą parą – ludzi świetnie wykształconych, o żywej inteligencji i mądrych sądach, last but not least: bardzo przystojnych. Jednym słowem – najlepsze i jakże rzadkie okazy starej inteligencji w młodym wydaniu.

Ich wizyty wprowadzały dreszcz emocji, jakieś iskry zaczynały przebłyskiwać w naszych nieco ospałych naradach, a warszawskie i światowe wiadomości i plotki z pierwszej ręki dawały materiał do snucia politycznych scenariuszy. Po zebraniu Krzysztof Kozłowski i Mieczysław Pszon zwykli zabierać warszawskich gości na obiad do restauracji „Cechowej”, dokąd przy odrobinie szczęścia i talentu można się było „załapać” i kontynuować te pasjonujące rozmowy nad talerzem pierogów.

###banner###

Res Publica”

W 1979 r. Marcin wraz z gronem swoich intelektualnych – ale i serdecznych – przyjaciół zaczął wydawać w drugim obiegu „Res Publikę”, pismo wzorowane poniekąd na „Encounterze”, „Preuves” czy na „Kulturze” paryskiej. Po stanie wojennym w 1986 r. w ramach jakichś prób liberalizacyjnych reżymu – a także zapewne mających na celu rozbijanie opozycyjnego, co prawda mało jednolitego, frontu – doszło ku zgrozie i potępieniu przez część opozycji, zwłaszcza przez Adama Michnika, do spotkania Króla z Jerzym Urbanem i pojawiła się możliwość legalnego zaistnienia „Res Publiki”. Powstał wówczas pomysł promowany głównie przez Krzysztofa Kozłowskiego, by pismo wydawać w ramach Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak. W żywej dyskusji, która odbyła się na ten temat w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, niestety naraziłem się Marcinowi, występując przeciwko tej idei powodowany egoistycznym nieco lękiem o los naszego miesięcznika, czyli „Znaku”, który w tej konstelacji mógłby zejść na plan dalszy, a także o nadmierne skierowanie reflektorów cenzury na nasze działania. Ostatecznie sprawę przeciął Jerzy Turowicz, twierdząc, że możemy pomóc w samodzielnym uruchomieniu „Res Publiki”, ale jej włączenie do Znaku wiązałoby się z nadmiernym ryzykiem dla naszych przedsięwzięć. Tak się też stało i od 1987 r. pismo redagowane przez Marcina i Wojciecha Karpińskiego zaczęło się samodzielnie ukazywać w legalnym obiegu. Wspomniana różnica zdań nie przeszkodziła jednak temu, że w latach 90. Marcin współpracował bardzo aktywnie ze Znakiem, redagując wraz z Aleksandrem Smolarem znakomitą serię wydawniczą pod oddającą jej istotę nazwą „Demokracja – Filozofia i Praktyka” – w której Znak wraz z Fundacją Batorego wydał kilkadziesiąt najważniejszych książek czołowych teoretyków polityki, liberalizmu i demokracji.

„Res Publica” redagowana przez Marcina zajmowała się tym głównie, co jego pasjonowało w tamtych czasach, a często, mimo pewnej ewolucji poglądów, do końca życia. Filozoficzne podstawy wolności, refleksja antytotalitarna, mistrzowie myślenia o sprawach publicznych, którzy towarzyszyli mu zawsze, tacy jak Alexis de Tocqueville czy Hannah Arendt, i dla których przyswojenia Polakom położył wielkie zasługi, myśl „twórczego konserwatyzmu”, i oczywiście – sprawa polska: to były bodaj najważniejsze tematy dla pisma i jego redaktora.

Marcin niechętnie dawał się etykietować, sam cenił osoby „ponad podziałami”, jak Hannah Arendt, George Orwell czy Jerzy Giedroyc, jednak z pewnością zaliczony będzie do tradycji liberalnej i sam najżywiej się z nią identyfikował, raz w bardziej, raz w mniej konserwatywnym wydaniu.

Wciąż jednak krążył wokół problemu wolności, zarówno indywidualnej, ujmowanej w najbardziej egzystencjalnym sensie nadawania kształtu własnemu życiu poprzez sekwencję życiowych wyborów, jak i obywatelskiej, rozumianej jako aktywne uczestnictwo w zbiorowym losie. Rys konserwatywny jego liberalizmu widać, jak sądzę, w niektórych jego filozoficznych decyzjach, od których nigdy się nie odżegnał. Otóż twierdził, że istnieją rzeczy stałe, niezmienne i powszechne, takie jak ludzka natura – czymkolwiek ona jest w metafizycznym sensie – i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Którędy do snu?